NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

  []

Wspomnienie o Konradzie Konnaku - nauczycielu z Gochów, Zaborów i Krajny

W cyklu: (liczba artykułów 39)

[NG: ]   Autor:  - (liczba artykułów: 4)

11 października 2009 r. minęła 70. rocznica rozstrzelania przez Niemców w Karolewie k. Więcborka nauczyciela Konrada Konnaka.

Urodził się 19 lutego 1903 r. w Świętej k. Złotowa. Ta część Krajny po I wojnie światowej pozostała w Niemczech.

Środowisko polskie w tej wiosce było bardzo liczne, dobrze zorganizowane i świadome. Świadczą o tym m.in. pocztówki zachowane w naszym starym albumie rodzinnym, przesyłane z podróży po zachodnich Niemczech, pisane w okresie międzywojennym przez autochtonów piękną polszczyzną i tylko z niemieckim adresem. W tej wiosce zbudowano od podstaw, za pieniądze Polskich Towarzystw Szkolnych, jedną z dwóch szkół dla mniejszości polskiej w Niemczech.

Starszy brat Konrada Konnaka Edmund, będąc uczniem jeszcze pruskiego gimnazjum w Chojnicach, był członkiem Towarzystwa Filaretów im. Tomasza Zana, zrzeszającego Polaków. Na fotografii widnieje obok późniejszego Patrona Związku Polaków w Niemczech, księdza Józefa Styp-Rekowskiego, pochodzącego z Płotowa k. Niezabyszewa, oraz innych krewnych naszej rodziny ze strony Matki. Edmund zdał maturę już w niepodległej Polsce (1921), a następnie ukończył seminarium duchowne w Pelplinie i pozostał w Polsce.

Przykład brata miał zapewne wpływ na to, że Konrad przedostał się przez zieloną granicę i zgłosił do seminarium nauczycielskiego w Tucholi. Został tam przyjęty po półrocznym propandium, czyli specjalnym kursie przygotowawczym dla młodzieży z Pomorza i Krajny, która nie miała podstawowego wykształcenia uzyskanego w szkole polskiej. Seminarium ukończył w 1923 roku.

Pierwszą posadę nauczycielską powierzono mu w Wierzchocinie na Gochach. Była to wioska położona tuż przy dawnej granicy polsko-niemieckiej, wsławiona udziałem i zwycięstwem w „wojnie Palikowej” o przesunięcie na zachód granicy państwowej w 1920 roku. Czyn ten upamiętniają obecnie krzyż i tablica na otwartej w 2008 r. Strażnicy Tradycji i Patriotyzmu Mieszkańców Gochów. Kronika szkoły w Wierzchocinie, którą założył K. Konnak, znajduje się podobno w archiwum szkoły w Borowym Młynie.

Po roku Konrad został przeniesiony do Czapiewic na Zaborach. Uczył tam w latach 1924-29.

W tym czasie zaprzyjaźnił się z Józefem Gierszewskim, który był nauczycielem w sąsiednim Czarnowie, a podczas wojny majorem „Rysiem”, jednym z dowódców Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf Pomorski”. Przyjaźń naszej rodziny z tym niepospolitym człowiekiem potwierdza nie tylko jego obecność na fotografii weselnej moich rodziców Konrada i Kazimiery z domu Gatz w roku 1928, ale również odwiedziny, jakie mu z całą rodziną składaliśmy w późniejszych latach w Kowalewie. Podczas wojny, już jako komendant „Gryfa”, Gierszewski bywał i zatrzymywał się kilkakrotnie w domu moich dziadków Gatzów w Czapiewicach. Nasza Matka Kazimiera z d. Gatz była zaprzysiężoną, a z tytułu przedwojennej znajomości z rodziną komendanta, naturalną łączniczką „Gryfa Pomorskiego”.

W książkach Ojca z okresu pracy w Czapiewicach pojawia się na pieczątkach pierwotna forma nazwiska: „Konak”, taka jak jego dziadka Jana, zapisanego w rejestrze chrztów parafii Radawnica z roku 1827.

Przodkowie Konnaków pochodzą ze wsi Szwecja między Jastrowiem a Wałczem, a słowo „konak” znaczy w języku polskim, niemieckim i tureckim pałac królewski i gmach rządowy. Istnieje przesłanka, że nazwisko to powstało w związku próbami odzyskania tronu szwedzkiego przez króla Zygmunta III Wazę, szukającego możliwości uniezależnienia się podczas podróży od gościny u innowierców - wielmożów Wielkopolskich.

W roku 1929 nauczyciel Konrad Konnak, został powołany do pracy w Szkolnictwie Polskim w Niemczech. W Buntowie, tuż przy ówczesnej granicy polsko-niemieckiej, na swojej ojczystej złotowskiej Krajnie, zorganizował Katolicką Szkołę Polską. Jak podają w powojennych wspomnieniach jego koledzy, radził sobie świetnie, bo pochodząc z Krajny znał doskonale polskie środowisko i jego problemy. Był w tym środowisku polskim po prostu swój.

Dowodem jego skutecznej działalności i pracy może być fakt, że obecnie dyrektorem szkoły w tej miejscowości jest Marek Guhs, potomek jednego z jego uczniów z lat 1929-36.

W 1936 r. Niemcy odebrali K. Konnakowi prawo nauczania i pobytu w Niemczech. Uzasadnieniem był błahy pretekst, a powodem zbytnia aktywność. Nie pomogły interwencje rządowe i Ojciec musiał wrócić do Czapiewic. Rząd polski, uznając działania niemieckie za bezpodstawne, odebrał w politycznym rewanżu prawo nauczania w Polsce 6-ciu nauczycielom niemieckim.

W Czapiewicach pozostał jednak tylko do najbliższych wakacji. Od września 1937 roku przeniesiono go z powrotem na Krajnę, teraz już na polską stronę - objął szkołę w Sitnie k. Więcborka.

Była to niezwykła wioska. Liczyła 628 mieszkańców, w tym zaledwie 72 Polaków. Polska szkoła mieściła się w budynku pod strzechą, a dobudowana do niej klasa szkoły niemieckiej była już murowana i pod dachówką. Polakami byli w przewadze biedni robotnicy, pracujący w zamożnych niemieckich majątkach ziemskich. Polsko-niemiecki pakt o nieagresji zawarty w 1934 roku umożliwiał Niemcom w Polsce nie tylko szeroką działalność propagandową, ale i przygotowanie dywersji wojskowej. Praca nauczyciela w otoczeniu niemieckim, prowokującym konflikty, świetnie zorganizowanym i mającym dużą ekonomiczną przewagę, nie była łatwa.

W dniu wybuchu wojny Konrad Konnak wyekspediował żonę z trójką dzieci na pociąg, którym rodziny urzędników miały być ewakuowane do Radomia. Sam, będąc równocześnie sołtysem w Sitnie, uważał, że powinien pozostać na miejscu.

Pociąg ewakuacyjny jednak już nie odszedł, bo wysadzono mosty. Po powrocie do Sitna rodzina nie zastała już Ojca, który uprzedzony przez wycofujące się wojsko polskie, odjechał na rowerze do swego brata Edmunda, proboszcza w oddalonej o 100 km Dębowej Łące k. Wąbrzeźna. Tam na wakacjach przebywał wtedy jego 8-letni wówczas syn Zdzisław, piszący teraz te wspomnienia.

Matkę z trójką dzieci przyjęła na swój wóz uciekająca przed wkraczającymi Niemcami polska rodzina. Dotarli do Fordonu i względnie szczęśliwie przeżyli niemieckie bombardowanie mostu na Wiśle, zapełnionego uciekinierami. W ostrzale z broni pokładowej został tam ranny mój młodszy brat Kazimierz.

Ojciec i ja uciekaliśmy z Dębowej Łąki przez Golub-Dobrzyń i Lipno w kolumnie kilku wozów wiozących dobytek stryja-proboszcza. Niespodziewanie naprzeciw, od strony Włocławka, nadeszła długa kolumna wojska niemieckiego. Dalsza ucieczka straciła sens. Jeden z żołnierzy wyskoczył z szeregu, zabrał rower Ojca i odjechał w kierunku, z którego przyjechaliśmy.

Przypadkowo uzyskana w tym czasie wiadomość, że Mama z trójką dzieci nie wyjechała pociągiem ewakuacyjnym i pewnie znajduje się na łasce Niemców w Sitnie, połączona zapewne z naiwną wiarą w przysłowiową kiedyś praworządność pruską, zadecydowały o szukaniu kontaktu z rozbitą rodziną i o decyzji powrotu nas dwóch do Sitna.

Rozstaliśmy się z pozostałymi uciekinierami i pieszo przez Lipno, po noclegu w stogu słomy, dotarliśmy do Torunia. Tam Ojciec szukał możliwości zatrzymania się u swojego kolegi Pawła Grzędy - przed wojną również polskiego nauczyciela w Podróżnej na pograniczu, ale w jego domu przy ul. Czarnieckiego nikt na dzwonek nie reagował. Przenocowaliśmy więc w słynnym „Hotelu pod Modrym Fartuszkiem”. Następnego dnia ojciec kupił rower. Przez zniszczony bombardowaniem most kolejowy przedostaliśmy się na drugą stronę Wisły. Wieczorem dotarliśmy do Bydgoszczy. Rano, jeszcze po ciemku, wymknęliśmy się z hotelu i przez jakieś ogródki działkowe wyjechaliśmy na rowerze z miasta.

Dopiero wieczorem dotarliśmy na drogę między Mroczą a Sitnem. Było już ciemno i ojciec prowadził rower. Minął nas wtedy jakiś rowerzysta, który usłyszał pewnie gadaninę przemęczonego całodzienną drogą 8-latka, rozpoznał nas i pewnie zadenuncjował Niemcom.

Dotarliśmy do jakiejś polskiej rodziny na obrzeżu Sitna. Tam niezwłocznie zasnąłem i obudziłem się dopiero późno w nocy, ale już w mieszkaniu Niemca o nazwisku Paul, właściciela sklepu spożywczego. Aresztowania więc nie pamiętam. Rano poszliśmy do naszego mieszkania w szkole. Zastaliśmy je splądrowane, a na podłodze rozbite radio i skrzypce.

Pamiętam głośne „Heil Hitler” wchodzącego Niemca Melcherta, właściciela dużego gospodarstwa, a potem jazdę jednokonną powózką do Więcborka. Konwojował i wiózł nas uzbrojony w dubeltówkę Niemiec Wiese, który przed wojną obrabiał swoim zaprzęgiem deputat rolny nauczyciela. W Więcborku zatrzymaliśmy się w jakiejś restauracji. Ojciec zamówił tam dla mnie śniadanie. Były to świeże bułki posmarowane pasztetówką. Nigdy później nie jadłem czegoś równie smacznego. Ojciec nie jadł, tylko nerwowo chodził po pokoju i kilkakrotnie powtarzał: „Jesteśmy aresztowani!”

Odprowadzono nas potem do siedziby ówczesnej władzy niemieckiej. Mieściła się ona w willi przedwojennego sędziego grodzkiego w Więcborku. Musiałem tam kilka godzin siedzieć i czekać na ławce w korytarzu, bo pewnie już śpiącego przeniósł mnie ojciec do więzienia. Na pryczy więziennej, obok Ojca, obudziłem się dopiero następnego dnia rano.

Była to dwuosobowa cela wyposażona w dwie prycze i wiadro. Spałem na jednej pryczy razem z Ojcem. Przykrywaliśmy się płaszczem, bo jedyny koc leżał na gołych deskach.

W celi siedział z nami więzień o nazwisku Socha, który w ataku płaczu i szlochów padał na kolana i razem klęcząc odmawialiśmy wielokrotnie litanię. Obok przy wejściu do więzienia była cela jednoosobowa. Siedziała tam jakaś kobieta, a w głębi cela wieloosobowa, w której trzymano - jak mi się wydaje - kilkunastu młodych mężczyzn.

Po kilku dniach zabrano mnie od Ojca i umieszczono w jakiejś ewangelickiej ochronce, niedaleko kościoła ewangelickiego, stojącego wtedy naprzeciw sądu i wiezienia. Tam przebywałem w dzień w otoczeniu dzieci niemieckich, ale mówiących po polsku. Na noc odprowadzano mnie do jakiegoś parterowego domu nad jeziorem, za kościołem parafialnym, niedaleko rynku. Stamtąd próbowałem wieczorem kilka razy bezskutecznie uciekać przez okno do Ojca w więzieniu.

Zabawę, którą siostry ewangelickie dzieciom organizowały, moi rówieśnicy przerywali krzykiem: „Twój tata będzie rozstrzelany.” Nie rozumiałem wtedy jeszcze co to znaczy, ale ze sposobu mówienia domyślałem się, że będzie to coś niedobrego, i wdawałem się z nimi w bijatykę.

Pewnego dnia przyprowadzono mnie ponownie pod więzienie i kazano czekać obok wartownika pod drzwiami. Po jakimś czasie zaczęli wychodzić więźniowie, głośno wyczytywani po nazwisku. Usłyszałem głośne: „Konrad Konnak”. Ojciec przeszedł obok mnie i stanął w szeregu pod ścianą. Nie nawiązał już ze mną kontaktu wzrokowego. Po chwili odprowadzono całą kolumnę szosą obok kościoła ewangelickiego w stronę Jastrzębca, do obozu w Karolewie, mieszczącym się w zabudowaniach majątku.

Kiedy kolumna oddaliła się o jakieś 100 metrów, wyrwałem się w jej stronę, ale po przebiegnięciu niewielkiego odcinka dogonił mnie na rowerze jakiś nastolatek, chwycił za kołnierz i posadził na ramie roweru. Wtedy, po raz pierwszy w tej wojnie, się rozpłakałem.

Po paru - czy może kilkunastu - dniach, idąc rano przez miasto w grupie dzieci nocujących nad jeziorem i niosąc bańkę z mlekiem, zobaczyłem z daleka moja Mamę stawiającą rower pod płotem willi, w której Niemcy przesłuchiwali Ojca pierwszego dnia po aresztowaniu. Rozpoznałem Mamę z daleka, m.in. dzięki temu, że nosiła wyróżniającą się brązową skórzaną kurtkę.

Rzuciłem na jezdnię konewkę z mlekiem i pobiegłem w jej stronę. Mama mnie uspokoiła, zapewniła, że niedługo po mnie przyjdzie i kazała posłusznie dołączyć do pozostałych dzieci. Rzeczywiście, przyszła do mnie około południa i po okazaniu dwóch zezwoleń na odebranie syna i powrót do Czapiewic i zapłaceniu za rozlane przeze mnie mleko zabrała mnie ze sobą. Zezwolenia te zachowały się do dzisiaj w moich dokumentach.

Pozwolono nam zobaczyć się z Ojcem w Karolewie. Z późniejszego opowiadania Mamy o rozmowie z Ojcem wiem, że wyrażał nadzieję, że go wypuszczą, bo podał, iż Niemców nie prześladował, czego dowodem miało być to, że sprzątaczką w jego szkole była potrzebująca pomocy niemiecka wdowa.

Po noclegu u jakiejś polskiej rodziny na obrzeżu Sitna, odjechaliśmy rano do Czapiewic, odległych o 95 kilometrów.

Dowiedzieliśmy się później, że przed egzekucją Niemcy chcieli w szczególny sposób upokorzyć i wobec nielicznej pozostałej jeszcze ludności polskiej poniżyć polskiego nauczyciela. Przywieźli więc Ojca do pracy przy wybieraniu buraków cukrowych w gospodarstwie Niemca Erdmana, położonym naprzeciwko szkoły w Sitnie. Przewieziono go potem z powrotem i po torturach w piwnicy pałacu majątku Karolewo rozstrzelano 11 października 1939 r., wraz z sześcioma innymi mieszkańcami tej okolicy. Niemcy nie wybaczali tym, którzy odrzucili możliwość germanizacji.

Na miejscu kaźni, obok zbiorowej mogiły, stoi obecnie kaplica, w której na tablicy pomordowanych zamieszczono również nazwisko Konrada Konnaka, jednego z nielicznych, spośród tysięcy zamordowanych w tym miejscu, którego zwłoki rozpoznano podczas ekshumacji. Kaplicę poświecił biskup Bernard Czaplicki, podczas wojny więzień obozu w Dachau.

Biskup Czaplicki odprawił też, w 1969 r., ceremonię pogrzebową księdza Józefa Styp-Rekowskiego w Zakrzewie. Za udział w tym pogrzebie w mundurze nadleśniczego - na prośbę Matki - zapłaciłem w ówczesnych uwarunkowaniach politycznych utratą stanowiska, które było w nomenklaturze komitetu powiatowego partii. Tak zamknęło się koło historii.

Na dawnym budynku szkoły w Buntowie uhonorowano naszego Ojca tablicą pamiątkową:

* NAUCZYCIEL *

KONRAD KONAK ZGINĄŁ ZA POLSKĄ SZKOŁĘ W BUNTOWIE

CZEŚĆ JEGO PAMIĘCI

1929 1959

Marek i Maria Guhsowie - wspomniani nauczyciele z Buntowa, pochodzący też z rodziny osiadłej od wieków na tej polskiej ziemi, opisali chlubną działalność Konrada Konnaka w opracowaniu „Życiorysy znane i mniej znane mieszkańców naszej ojcowizny”.


NAJI GOCHE | e-mail: