NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Animacja – reanimacja?

W cyklu: (liczba artykułów 50)

[NG: ]   Autor:  - (liczba artykułów: 16)

Na lekturę dobrej książki każdy moment jest właściwy. W przypadku „Problemów animacji kultury na Pomorzu” możemy uzyskać dziś dodatkową perspektywę: książka omawia dziesięć pierwszych „potransformacyjnych” lat w kulturze, a teraz jej wnioski percypujemy z odległości kolejnych prawie dziesięciu lat. Od razu powiem, że duży bagaż przemyśleń zachował aktualność w obecnej chwili.

Recenzowany zbiór stanowi pokłosie forum odbytego w Starbieninie jesienią 1999 r., a w druku wyszedł w historycznym momencie, jakim był ostatni rok poprzedniego tysiąclecia. Ślad tego jest w książce - dziele Instytutu Kaszubskiego, a przede wszystkim ówczesnego „dr hab.” Cezarego Obrachta-Prondzyńskiego - więcej niż zauważalny.

Wstęp wymienionego właśnie redaktora tomiku przechodzi szybko w tegoż referat o sytuacji kultury lokalnej na wolnym rynku usług kulturalnych (WRUK). Miejscami optymistyczny, częściej refleksyjny, zadumany też nad pewnymi paradoksami naszego świata, wskazuje na najważniejsze grupy zagadnień na styku kultury, władzy i pieniądza, podkreśla niedocenianie kultury, ale wymienia też najistotniejsze zmiany, jakim jej egzystencja została poddana na onym wolnym rynku finansowym i medialnym.

Wśród 10 punktów tylko jeden jest otwarcie optymistyczny - zniesienie cenzury, ograniczeń ustrojowych, utrudnień w obiegu i inicjatywie itp. Kilka zmian jest zasadniczo neutralnych, bo np. wymiana kadr, nowe formy uczestnictwa w kulturze czy przemiany wartości same w sobie nie muszą szkodzić kulturalnej atmosferze w społeczeństwie, ale reszta już wyraźnie zaciąża na jej losach. Nietrudno dostrzec, że zwornikiem wszystkiego jest teraz kasa. Przebija ona mniej lub bardziej z wszystkich tekstów zamieszczonych w materiałach starbienińskich. Dodatkowo redaktor tomu porusza ciekawy wątek porównań kultury „przed” i „po”. Tu jednak zostaje tylko cytować Noblistkę, bo praktycznej i sensownej możliwości takich porównań nie ma.

Najbardziej abstrakcyjny z nich popełnił Dzierżymir Jankowski kreśląc sylwetkę wzorcowego animatora kultury (WAK) w obecnej epoce. Za zasłoną słów kryje się u niego wiele ciekawych refleksji (np. zmiana jako główne constans dzisiejszej rzeczywistości), ale pożytek praktyczny z nich jest niewielki. Opis rozlicznych ról, nurtów i transformacji przeważa nad diagnozą, a gdy dochodzimy do eksplikacji warunków, jakie musi spełniać skuteczny WAK, łatwo zauważamy, że sprawa jest beznadziejna: tych wymagań są cztery strony! Nie mamy tylu noblistów, by starczyło po dwóch-trzech na każdy ośrodek kultury, a w pojedynkę tych paragrafów „nie udźwigną; taki to ciężar”. Może więc lepiej nie korzystać z kultury i być głupszym?

Refleksje praktyka publikuje Stanisław Pestka, rozważając kaszubskość na tle pomorskości i problemy tożsamości w czasach przełomu i inwazji WRUK-u. Tylko część tych myśli ma optymistyczny wydźwięk, a im bliżej teraźniejszości, tym szarzej. Wymarzonej „republiki czytających” raczej prędko nie będzie, a „konfesjonalizacja elit” nie poszerzy nam kulturalnego żniwa, a jeśli już, będzie to raczej monokultura.

Po starym działaczu zabiera głos młody wówczas AK - Maciej Nowak, dyrektor Nadbałtyckiego Centrum Kultury - i relacjonuje dotychczasowe sukcesy swego ośrodka. Są one wcale liczne i niekiedy spektakularne, jednak wynika z nich nieodparcie, że w tej branży nie ma reguł. Może to być zaletą dla obrotnego menadżera, ale zwykły szary animator może nie docenić uroków pionierskiej przygody na wspomnianym WRUK-u. Zwłaszcza że narażanie budżetu to teraz większy grzech niż za czasów „materialistycznej” komuny. Paradox rex! Logiczna kolejność: najpierw zarobimy, potem wydamy (na kulturę) powoduje, że zatrzymujemy się na etapie zarabiania. Świat potem dzieli się jak na obrazku: bogaci to chamy, a geniusze biedni, frajerów zaś nie widać. Może jeden Bodzianowski swą wygraną w totka przeznaczył na sztukę, ale chyba już mu się skończyła.

Drugą połowę „Problemów...” zajmują autoprezentacje wybranych ośrodków kulturalnych, bliższych południowo-zachodnim krańcom Kaszub. Są to Parchowo, Brusy, Lipnica, Miasteczko Krajeńskie i Lębork. Dwa teksty dotyczą Gdańska, ostatni jest obszerną panoramą działań wieżyckiego uniwersytetu. Nie można zarzucać autorom, że piszą wybiórczo, ale widać braki w statystyce (frekwencja, nakłady), sporo jest też laurek wystawionych sobie. Ale wiadomo, że polegli w boju nie piszą relacji z walk. Z drugiej mańki dokumentacja tych działań przynosi w lekturze sporo pożytku, a gdyby ktoś mniemał, że „animator to ma klawe życie”, dowie się jak jest naprawdę. Miło też konfrontować własne obserwacje z obrazem od wewnątrz. Nawiedziwszy niegdyś „Miasteczko Kraj.”, jak podaje tablica na dworcu, nie zauważyłem tam bogatego życia, a jednak było to złudzenie. Dodam, że z gatunku tych miłych.

W zakończeniu recenzowane wydawnictwo przynosi alternatywną relację ze Starbienina, którą dał w „Pomeranii” Stanisław Janke. Uzupełnia ona poznawczo zamieszczone teksty i porządkuje je chronologicznie. Autor dodaje też parę dobrych wskazówek od siebie, nakreślając stan rzeczy w kulturze Wejherowa, gdzie ideał zdaje się również sięgnął WRUK-u, a jednak kultura trwa.

Niewątpliwie wybija się z tekstu Jankego prowokacyjne faux pas ówczesnego wiceministra kultury z nadania AWS Arkadiusza Rybickiego: „Polityki kulturalnej państwa nie ma.” (Mogę się spodziewać, że ktoś przytomnie go zaraz zapytał co więc on właściwie robi.) Pochwała wolnego rynku w ustach decydenta nie przekonała słuchaczy, bo z jednej strony słuchacze wiedzieli więcej i lepiej, a z drugiej minister nie mógł być obiektywny. Słusznie zwracano uwagę, że kultura nie jest autonomiczna, wątpiono też w jej szanse na wolnym rynku, gdzie wolność znaczy co innego niż w polityce i inaczej się mierzy, ma też swoją - całkiem wymierną - wartość. Minister chyba przegrał to starcie, a gdzie jest teraz, nie umiem powiedzieć. WRUK potrafi niszczyć swych zwolenników, potrafi też zniewalać i żądać, niekiedy daremnych, ofiar.

W dyskusji, której książka nie zamieszcza, głosy zdawały się niestety dysonować. Dylematy kultury na prowincji zdradzał Dariusz Radtke, AK ze Starogardu, replikował mu M. Nowak, ale dał się w tym wszystkim słyszeć pogłos niepewności co dalej. Samorządy i instytucje ogólnie nawalają, jednostki z inicjatywą nie mają siły przebicia, a większych grup społecznych po prostu nie ma. Każdy ma też pełne ręce innych zajęć, co rodzi „spychologię” znaną jeszcze sprzed WRUK-u. Redaktor Janke kończy optymistycznie - pogratulować wiary.

Lata mijają, referaty zostają, podobnie jak dylematy. Czytając „Problemy...” po latach właściwie wszędzie da się dostrzec drugie dno. Niestety pieniędzy jest za mało i na WRUK-u animator animatorowi wilkiem. Może nie jest aż tak źle, jak się wydaje, może po przeliczeniu na jakieś imprezoosobogodziny wszystko wychodzi znośnie, ale poziom imprez kulturalnych raczej spadł, podobnie frekwencja. Rynek wessał wszystko i wypluł po przeżuciu. Teraz nic nie jest takie samo. I twórca, i działacz, a także i odbiorca przeszli przez totalną, a nawet totalitarną, wszystkoobejmującą rynkową wyżymaczkę. Nawet abnegując ekonomię nie można z niej wyjść. Po drugiej stronie zwierciadła („kaszubskiego” również) jest TO SAMO. A trzy drzazgi z tego lustra tkwią teraz w oku każdego animatora, a imiona ich to Strach, Trud i Nieopłacasię. (S.C.)

* C. Obracht-Prondzyński (red.), Problemy animacji kultury na Pomorzu, Instytut Kaszubski Gdańsk 2000.


NAJI GOCHE | e-mail: