| | Deportacja Jana Bińczyka i jego syna Józefa aresztowano z 3 na 4-go marca 1945 roku o godzinie pierwszej w nocy w zabudowaniach Eleryków / Kurc /. Tej nocy razem z żołnierzami NKWD, zjawił się jeden z mieszkańców Borowego Młyna : August T. oraz jego szwagierka Gertruda H., by wskazać kogo aresztować. Rosjanie żądali przyznania się do przynależności do formacji SS. Nie pomogły tłumaczenia matki Cecylii, że Józef był na to za młody. Zaczęli go bić do tego stopnia, że stracił przytomność, a krew leciała mu z nosa i ust. Jeden z Rosjan zwrócił się do wspomnianego konfidenta o potwierdzenie przynależności młodego Bińczka do tej hitlerowskiej organizacji. Ten dał odpowiedź wymijającą – „ to German”. W tym momencie, jak by ktoś podpowiedział Bińczykowej, znajdź zdjęcie Józka. Matka wyszukała je i podała oficerowi w stopniu majora. Dokładnie je obejrzał i stwierdził, że to nie SS lecz Arbeitsdienst – Służba Pracy. W okresie wojny każdy 16 lub 17-latek był powoływany do pracy i szkolenia wojskowego na okres 3-6 miesięcy. Byli oni umundurowani. Prowadzący przesłuchanie mówił biegle po niemiecku. Po zadaniu kilku pytań dotyczących tej organizacji zaprzestano bicia. Wszyscy sądzili, że będą wolni i że Rosjanie sobie pójdą. Poszli, ale najpierw potłukli okna i drzwi, oraz zabrali z sobą Bińczyków, ojca i syna oraz Łucję Rudnik lat 25, mieszkankę Borowego Młyna z obecnej ulicy Jana Pawła II 13-cie. Osadzono ich w areszcie, który mieścił się w budynku przy dzisiejszej ulicy Długiej 13. W tym czasie budynek ten należał do p. Gostomczyka – właściciela restauracji, a obecnie należy do państwa Breszków. Aresztanci następnego dnia zostali przeniesieni do starej szkoły – obecnie mieści się tam przedszkole. Ponownie tam rozpoczęto przesłuchania ojca i syna, których przez bicie do krwi chciano zmusić do przyznania się do przynależności do SS i do NSDAP. Na podwórku szkolnym była przygotowana szubienica, by ich powiesić. Egzekucji jednak nie dokonano. Ponownie znaleźli się w areszcie. O nieludzkim traktowaniu Bińczyków opowiadała nam ciotka Waleria Kosing, teściowa Gertrudy Jutrzenki Trzebiatowskiej /porwanej/, która przebywała razem z nimi i była świadkiem tych zdarzeń. Po ponownych przesłuchaniach wyprowadzonego z aresztu Józefa Bińczka i Henryka Bruskiego dołączono do grupy około 30-tu osobowej, w której część stanowili żołnierze Wermahtu. Grupę tą poprowadzono przez Upiłkę, Lipczynek do Przechlewa. Na nocny postój zatrzymano ich w Dąbrowie Człuchowskiej. Podczas marszu Józek Bińczyk zastanawiał się nad ucieczką. Zdawał sobie sprawę, że jest to jego jedyna okazja i ostatnia szansa bowiem znajdował się w znanym mu terenie w odległości dwudziestu kilometrów od domu. Wspólną ucieczkę zaproponował swojemu koledze Henrykowi, ale ten nie przejawiał zainteresowania. Po prostu się bał. Józek wykorzystując godziny wieczorne i panującą zadymkę śnieżną, przed która schronił się opatulony w szynel pilnujący ich zmęczony i śpiący strażnik, po cichu wymknął się i rozpoczął ucieczkę. Na przemian szedł i biegł co sił w kierunku domu, aby jak najdalej uciec od swych prześladowców. Chcąc uniknąć rosyjskich patroli posuwał się lasem w niewielkiej odległości od szosy. Radość zaczęła go ogarniać, gdy ujrzał zabudowania leśniczówki Wieczywno. Prawa stroną zbliżał się do rzeki Chociny w pobliżu mostu u Krzyża. Nagle dopadł go wilczur z rosyjskiego pościgu. Jak się później okazało, w nocy podczas kolejnego sprawdzania stanu osobowego prowadzonej grupy, Rosjanie spostrzegli jego zniknięcie. Wszczęto alarm i natychmiast ruszył pościg konny za zbiegiem w kierunku Borowego Młyna. Ponownie pojmany, zbity i przytroczony do konia, nasamprzód za nim poganiany i wleczony został później, gdy opuściły go siły, rzucony na jego grzbiet i dowieziony na miejsce postoju grupy. Na drugi dzień droga ich niewolniczego marszu pobiegła, poprzez chojnickie więzienie, poczym pognano ich poprzez Tucholę, Koronowo, Fordon do Działdowa, skąd wywieziono ich bydlęcymi wagonami do uralskiego obozu w Kopiejsku leżącym za Czelabińskiem. Józef Bińczyk przeżył „Ural” przede wszystkim, że był młody i silny, a przy tym zaradny życiowo, co mu np. bardzo się przydało w organizowaniu żywności by przeżyć. Były przypadki, że życie uratował zjadając kota, czy też psa. Nie bał się, że mógł za to być skazany na śmierć, głód był silniejszy! Do Borowego Młyna powrócił razem z Augustem Rudnikiem z Zagwiazdego w dniu swych urodzin 20 listopada 1948 roku, a więc po 3 latach i 7-miu miesiącach „katorgii”. Po trzech miesiącach znowu „ograniczono mu wolność” powołując do odbycia zasadniczej służby wojskowej. |

![Benedykt Reszka [Rumia]](/foto/autorzy/51.jpg)