5 września 1981 rok - Kazimierz Ogiejko (w białym fartuchu), kierownik OZ w Lipnicy - uroczystość nadania ośrodkowi im. Józefa Słomińskiego.
Aby umieć zapalać
Trzeba samemu płonąć/..../
Sentencja, którą umieściłem powyżej, najlepiej oddaje ten fragment życia lekarza Kazimierza Ogiejki, jaki pozostawił po sobie w Lipnicy. Poznaliśmy się już pierwszego dnia, kiedy przyjechał do Ośrodka Zdrowia w Lipnicy z drugiego krańca Polski z miejscowości Potok Górny, leżącej na Zamojszczyźnie. Na pewno wtedy nie przypuszczał, że pozostanie tu na Kaszubach na zawsze.
Pochodził z Kresów z okolic Nowogródka, lecz Kaszuby ukochał bardzo. Kiedy powołaliśmy Oddział Zrzeszenia Kaszubsko – Pomorskiego, był jednym z jego pierwszych członków. Pasjonowała go historia w ogóle, dlatego zainteresował się powstaniem lipnickiego ośrodka zdrowia i postacią Józefa Słomińskiego. Dzięki jego staraniom i przy poparciu Oddziałów ZK-P w Słupsku i Chojnicach /Oddziału ZK-P w Lipnicy wówczas jeszcze nie było, należeliśmy indywidualnie do oddziału słupskiego/, odsłonięto tablice pamiątkową i nadano imię Józefa Słomińskiego Ośrodkowi Zdrowia w Lipnicy.
Kazimierz Ogiejko towarzyszył wszystkim przedsięwzięciom ZK-P w Lipnicy, takim jak: budowa Pomnika Walki i Męczeństwa na Piszczatej Górze, Pomnika Odsieczy Wiedeńskiej w Brzeźnie Szlacheckim czy tablicy pamiątkowej na budynku szkolnym w Borowym Młynie. W poczekalni Ośrodka Zdrowia, wisiały gazetki pamięci o Józefie Słomińskim i dr Józefie Bruskim – byłym lekarzu. Miał on szczęście zaprzyjaźnić się ze Stanisławem Szrederem nauczycielem z Kłączna /dziś emerytem/. Senior rodu, Stanisław Szreder, to świetny gawędziarz i kopalnia wiedzy o Kaszubach. Kazik był dumny z tej znajomości. Zdarzało mi się także bywać w ich towarzystwie. Dyskutowaliśmy o historii, o ludziach, o zwyczajach kaszubskich. W szkole w Kłącznie „ czuć było kawał kaszubskiej historii”, ale ten wątek pozostawiam na następny mój felieton. Lekarz Ogiejko z językiem kaszubskim stykał się codziennie w swym gabinecie.
Niejednokrotnie, szczególnie na początku pobytu w Lipnicy, pani Janka Prondzińska- pielęgniarka, była tłumaczem pacjenta mówiącego tylko po kaszubsku. Później nie potrzebował już tłumacza, kaszubski język przestał być mu obcy, stał się swój - jego ! Nie tylko kaszubszczyzna fascynowała doktora. Był otwarty na człowieka, na jego problemy, losy /nie tylko zdrowie/. Do każdego odnosił się życzliwie i z wielką kulturą. Zawsze był do dyspozycji, jeżeli się tylko go potrzebowało. Miał autorytet u swojego personelu i wśród mieszkańców. Cieszył się każdą pozytywną inicjatywą w gminie; nowym chodnikiem, drogą, budowlą służącą ludziom. Ile to radości przysporzył mu przydział karetki dla Ośrodka. Pamiętam jak w wolnych chwilach przychodził do mnie, do biura i mówił: „Zbyszek! Co jeszcze byśmy zrobili dla naszej wsi?". tak zrodził się pomysł budowy apteki. To była jego inicjatywa. Czasy były ciężkie, pieniędzy w budżecie niewiele /tak jak dziś, nic przez te wszystkie lata nie zmieniło się w tej materii/. Była to odważna decyzja, ale widząc zapał Kazika, wszyscy którzy decydowali o gminie, zaangażowali się w jej realizację.
Doktor Ogiejko mobilizował władze gminne, Rejonowy Zarząd Aptek w Gdańsku, Służbę Zdrowia. Ileż to razy jeździłem z nim do gdańska z prośbą o wsparcie. Należy zdać sobie sprawę, że były to trudne lata w pozyskiwaniu materiałów budowlanych. Po cegłę jeździło się w okolice Debrzna. Ale mury powoli rosły, dziś trudno sobie wyobrazić Lipnicę bez apteki. Mam tylko pretensje, że nadanie tej aptece imienia Kazimierza Ogiejki odbyło się tak jakoś cicho, jakby wstydliwie. Chyba nie na taką pamięć zasłużył sobie ten wspaniały człowiek i lipnicki lekarz. Byliśmy blisko siebie. Podobnie jak z Kazimierzem Spiołkiem, o którym wspominałem uprzednio. Kazik Ogiejko był patriotą w pełnym znaczeniu tego słowa. Kochał nie tylko tę Małą Ojczyznę, w której żył, ale także sprawy kraju nie były mu obojętne. Wszystko, co dobrego się działo, wywoływało u niego spontaniczną radość. Tak np. zareagował na „karlińskie odkrycie ropy”. Miał nadzieje, że Polska dzięki temu wydźwignie się z kryzysu lat osiemdziesiątych. Wierzył w zwycięstwo „Solidarności”, ale miał do ówczesnych zawirowań politycznych własny osąd i dystans. Wiele dyskutowaliśmy o sytuacji w kraju. Dzieliliśmy się swoimi poglądami i wiedzą na tematy wtedy żywo dyskutowane. Zawsze tym co mógł, dodawał otuchy i wierzył przy tym, że będzie wkrótce lepiej. Przy tym nigdy nie pouczał, nie krytykował. Może, że sam za sobą miał sporo przykrych doświadczeń życiowych, które być może nauczyły go swoistej pokory. Pracował bowiem w różnych środowiskach, które niejednokrotnie musiał opuszczać.
Kiedyś jego syn: Darek, zadał mu pytanie: „Tato, dlaczego ty ze swoimi poglądami przyjaźnisz się ze Zbyszkiem Studzińskim, który jest sekretarzem w partii? Jak wiem ojciec mu odpowiedział; „Sekretarze w tym systemie muszą być i dobrze, że tu jest właśnie Zbyszek”!
Miłe to dla mnie zdanie usłyszałem po latach, właśnie od samego Darka, którego traktuję jako kolegę, choć rzadko się spotykamy, nad czym boleję, bo to bardzo inteligentny i mądry człowiek. Kazik zawsze ujmował mnie swoim stosunkiem do żony Danusi. Kiedy studiował jako dojrzały mężczyzna / mąż i ojciec/ w Akademii w Szczecinie, Danusia pracowała jako nauczycielka i wychowywała dwoje małych wtedy jeszcze dzieci – Małgosię i Darka. Dziś byłby ON dumny z swych dzieci i wnuków mieszkających w Lipnicy, którą ukochał i pozostał w niej na zawsze.
Myślę, że w dzisiejszej naszej rzeczywistości potrzebny był jego optymizm i wiara w lepsze jutro. Jego stosunek do życia i człowieka można wyrazić dziś słowami czeskiego Noblisty – Scheiferta:
„Otrzyj łzy i mokrymi uśmiechnij się oczyma.
Codziennie przecież coś witasz, coś się pięknego zaczyna”