| | /Historia Płonącego Pogranicza/ 10 kilometrów na wschód od wsi Wojsk przy granicy położona była wieś Prądzonka, licząca około 15 domów. Tam też, w domu rolnika Ostrowskiego, znajdowała się placówka Straży Granicznej. Mieściła się w drewnianym budynku, krytym papą. W placówce tej służbę pełniło sześciu strażników: kierownik – Feliks Edel oraz Adam Kopeć, Zak, Woźniak, Ludwik Rydzewski i Stanisław Konwiński. Ten ostatni dojeżdżał ze wsi Zapceń i tam też spędził okupację u rodziny. Niektórzy twierdzą, że Konwiński już nie był w tym czasie strażnikiem, że przebywał u dzieci w Lipnicy, natomiast służbę w Prądzonce pełnił Paweł Sampara, który w czasie wojny znalazł się w ZSRR. Dziś rozbieżności te trudno wyjaśnić. W Zapceniu istniał posterunek wywiadowczy, który zlikwidowano w końcu września 1937 roku. Nie pozostało po nim żadnych śladów. Strażnik Żak był kawalerem, pochodził z Rembertowa, został ranny 1 września w Prądzonce i znalazł się w szpitalu w Bytowie. Potem nieznanymi drogami dostał się do Rembertowa i tu po raz drugi został ranny w Powstaniu Warszawskim. Po upadku powstania wywieziony został do obozu w Rzeszy. Strażnik Woźniak miał żonę pochodzącą z Prądzonki, toteż w czasie okupacji powrócił do tej miejscowości. Tu był kilkakrotnie aresztowany przez Niemców i zwalniany. Krótko przed zakończeniem wojny hitlerowcy znowu postanowili go aresztować. Wiedział, że zbliżają się do domu teścia Hinca, na wybudowaniu, gdzie mieszkał. Doniosłą mu o tym żona, mógł więc uciekać. Ale on i teraz niczego złego nie spodziewał się. Tym razem jednak zabrali go do lasu i tam zamordowali. Po egzekucji pojechali z łopatami do Lipnicy. Tu w restauracji, przy objedzie opowiadali, że „jednego psa mamy już za sobą”. Tak wspominają o tym mieszkańcy Lipnicy. Żona strażnika Barbara pozostała osamotniona z dwójką dzieci. W Prądzonce nie mieszkał ani jeden Niemiec. Był to przypadek rzadki w tych okolicach. Rolnik Józef Szyca posiadał gospodarstwo 75 ha, łącznie z lasem. Na jego posiadłości przy Jeziorze Kielskim znajdował się bunkier. Młody Szyca powołany został do Werhmachtu, a kiedy przybył na urlop, nie powrócił już do jednostki. Ukrywał się w lesie wraz z kolegą Leonem Ostrowskim z tej wsi. Od października 1943 roku do maja 1944 roku przebywali we wspomnianym bunkrze. Bunkier był miejscem schronienia 45 partyzantów oraz księdza aż do wpadki jednego z nich w Lipuszu. Maltretowany doprowadził żandarmów do bunkra. Część partyzantów zdążyła wcześniej opuścić swoją kryjówkę. Pozostali uciekali osłaniając się strzałami. Pewne światło na ostatnie chwile strażników w Prądzonce rzuca wspomnienie leśnika, Jana Wojciechowskiego, opublikowane pt.: „Z pierwszych dni wojny” w nadzwyczaj ciekawej i poszukiwanej książce „Gniewnie szumiał las” wydanej przez MON w 1982 roku. Jego leśniczówka o nazwie Bukówka położona była sześć kilometrów od Prądzonki, w kierunku Brus. 1 września 1939 roku Wojciechowski otrzymał polecenie z Nadleśnictwa Przymuszewo, aby natychmiast opuścić leśniczówkę i udać się – z rozkazu dyrekcji LP w Toruniu – na koncentrację do Lublina. Polecenia takie otrzymały wszystkie leśniczówki leżące na krańcach zachodnich Pomorza i Poznańskiego (podobnie jak strażnicy graniczni, którzy mieli zgrupować się w Rawie Ruskiej). Dzień wcześniej – również z polecenia Nadleśnictwa – Wojciechowski odstawił swoje własne krowy do Leśna, skąd gnane były w wielkim stadzie w kierunku Czerska. Straszny to był widok. Na łąkach znajdowały się setki krów, które ryczały z powodu nabrzmiałych wymion, gdyż nie miał ich kto wydoić. Ludzie panicznie uciekali dalej, w głąb kraju, pozostawiając cały swój dobytek. Żona Wojciechowskiego znacznie wcześniej opuściła leśniczówkę. Wyjechała do Torunia z trójką dzieci (najmłodsza Bożena miała wtedy 3 lata, a najstarsza Krystyna 6) oraz z 60-letnią babcią Skulską. Z Torunia wyjechała następnie pociągiem, zabierając się z transportem rodzin oficerskich aż do Przemyśla. Zabrała z sobą tylko to co najdroższe – dzieci, dla których musiała tam z płaczem żebrać o żywność, aby utrzymać je przy życiu. Do leśniczówki wczesnym rankiem 1 września wpadło z Prądzonki zdyszanych i zdenerwowanych strażników z ekwipunkiem w ręku bez swoich służbowych rowerów (nie zdążyli zabrać). Opuszczając placówkę w Prądzonce uciekli z mundurami w ręku i w drodze dopiero się ubierali, byli przekonani, że Niemcy gonią ich. W leśniczówce strażnicy rozdzielili się na dwie grupy. Jedna pojechała wozem leśniczego na Leśno i Brusy. Druga z kierownikiem Edelem i z dwoma strażnikami udała się pieszo wraz z leśniczym Wojciechowskim w kierunku Laski. Po dwóch kilometrach doszli do osady robotniczej Widmo II, zwanej Kulinowo. Mieszkały tu trzy rodziny robotników leśnych: Jana Śledzia, Bernarda Dalmera i Lehsmana. Tu kilka słów o tym jak przedstawiała się sytuacja w okolicy. Tylko syn Lehsmana, Jan był dobrym Polakiem. Jego ojciec i brat Franz nielojalnie postępowali wobec swojej Ojczyzny. Franz nielegalnie przekraczał granicę i brał udział w ćwiczeniach bojówek niemieckich, a później uciekł do Niemiec. Cztery kilometry od leśniczówki Bukówka w kierunku granicy niemieckiej znajdowała się leśniczówka Modrzejewo, gdzie pracował leśniczy Franciszek L. Trzy lata przed wojną był ścigany za defraudację i wtedy uciekł do Niemiec. Nieco dalej wspomina o nim w swojej pracy J. Wojciechowski, jak to Franciszek siedział na kamieniu z niemieckim strażnikiem. To jego, Franciszka L. posądzali Kaszubi, że zjawił się w Polsce w końcu sierpnia i umieszczał kierunkowskazy przy drogach leśnych, które miały ułatwić drogę Wehrmachtowi w tamtejszych rozległych lasach. (Franciszek L. po wojnie zmarł w RFN). Kilometr od leśniczówki Bukówka, na wybudowaniu zwanym Głuche znajdowało się gospodarstwo Piotra Ostrowskiego. Tej oficjalnej nazwy nie lubią Kaszubi i używają własnej: Kruszyn. Tam zgłosił się Wojciechowski do swego kolegi, gdy powrócił z ucieczki. Wtedy Ostrowski wziął pół wieprzka i poszedł do wójta Domisza w Lipnica, aby wyrobić mu dobrą opinię. Był to zabieg skuteczny. Wojciechowski znowu mógł pracować w dawnej leśniczówce. Nawet przez dłuższy okres udawało mu się unikać wpisania na folkslistę. Dopiero w październiku 1944 r. został już pod groźbą do tego zmuszony. Zmusił go do tego nadleśniczy, gestapowiec, Müller z Przymuszewa, który słynął z bezwzględności. Leśniczy Wojciechowski przebywał w tym czasie w areszcie gestapo w Gdańsku jako podejrzany o współpracę z partyzantami. Mając w perspektywie śmierć, Wojciechowski ustąpił. Mimo to został przeniesiony w góry Harzu. Jego żona z dzieckiem pozostała na Gochach. |
