Posesja Kulpińskich –w Gdyni przy ul. Wielkpolskiej 40
Ks. Franciszek Perschke i jego gospodyni późniejsza nauczycielka w szkole w Borowym Młynie, p. Pawłowska – przed plebanią. /ok. 1935r./
Wojenne losy
Pierwszy raz spotkałem księdza Franciszka Perschkiego, proboszcza z parafii Borowy Młyn, leżącej w Gochach w 1943 roku. Było to w Trzebuniu u rodziny Knopików. Z rodziną tą jestem spowinowacony, bowiem Leon, brat mojej matki, Bogumiły z domu Lew von Kiedrowska, ożenił się jeszcze przed wojną z Leokadią Knopik. Wujek Leon pracował wówczas w Brusach w Banku Ludowym, a następnie przeprowadził się do Gdyni, gdzie podjął prace w Urzędzie Skarbowym i zamieszkał w kamienicy przy ulicy Wielkopolskiej 40/4.
Kamienicę tą wybudowaliśmy wspólnymi siłami spokrewnionych naszych rodzin w 1936 roku, w tym przy udziale wujka Leona Lew von Kiedrowskiego. Budowa tej kamienicy prowadzona była na nazwisko mojego ojca Jana Kulpińskiego. Przed wybudowaniem tego domu mieszkaliśmy w Gdyni – Grabówku na osiedlu kolejowym.
W czasie okupacji pracowałem od marca 1942 roku w Gdyni-Grabówku w firmie Boersch Baugeselszaft, a poprzednio w portach w Gdyni i Gdańsku, jako doker przy rozładunku rosyjskiej bawełny, dostarczanej z Rygi. Pracę tą z innymi Polakami miałem do wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej.
Pierwszym, któremu udzieliłem pomocy w ukryciu się przed represjami hitlerowskimi był Wiktor Gliszczyński, partyzant z Borów Tucholskich, ukrywający się do tego czasu w okolicach Lamka u rodziny Główczeskich. Załatwiłem mu dokumenty na nazwisko Cybulski Wiktor i pomogłem otrzymać pracę w zakładzie, w którym sam już pracowałem tj. w firmie Boersch. Później został on moim szwagrem. Rodzina jego pochodziła z Zapcenia i Modzdziela. Ojciec Wiktora - Bernard był nauczycielem w Zapceniu, jego żoną była Antonina Lew Kiedrowska z Zapcenia.
Drugim, któremu w kolejności pomogłem , był właśnie ks. Franciszek Perschke, którego do Gdyni przywiozła Matylda Goebej. Zamieszkał on w naszej kamienicy przy Wielkopolskiej, a ja wyrobiłem mu dokumenty na nazwisko Soja Józef. Ks. Franciszek. Otrzymał pracę w ślusarni „ Johan Steck” przy ulicy Morskiej na Grabówku. Zatrudniono go tam w charakterze pomocnika ślusarza.
Jednym z następnych „partyzantów”, którym pomogłem był także ksiądz Feliks Wedelstaedt z Brus, któremu wyrobiliśmy dokumenty na nazwisko Dama Feliks. Zamieszkał on w mieszkaniu Marii Pestki, która pracowała w Urzędzie Miasta Gdyni w Wydziale Finansowym. Pani Maria dużo pomagała nam wszystkim, zwłaszcza w uzyskaniu tzw. „Lohstoierkarty” /dotyczyły one wynagrodzeń na podstawie, której Niemcy naliczali wielkość potrącanych podatków/, która była podstawowym dokumentem dla każdego pracującego. Maria Pestka pochodziła z Łęga.
W zakresie „wyrabiania dokumentów”, otrzymywałem również pomoc ze strony Jadwigi Gwizdały, która pracując w niemieckim urzędzie w Karsinie, dostarczała mi różne potrzebne do wyrabiania tych dokumentów dane. Janina Gwizdałowa pochodzi z Wojtala, obecnie mieszka w Sopocie, jest córka przedwojennych właścicieli młyna i tartaku w tej wsi. Ksiądz Wedelstaedt w późniejszym czasie zamieszkał u Beniamina Koniga, przy ul. Wolności 34 w wili Krawczyka. Jak się później okazało Beniamin Konig był współpracownikiem Gestapo, które go zwerbowało gdy był więźniem w obozie w Stutthofie. To Benianim Konig złożył na mnie i na Marie Pestkówne donos na Gestapo, które tylko wręcz cudem nie aresztowało mnie, bowiem gdy gestapowcy przyszli do firmy Boersch - 2 lutego 1945 roku, by mnie aresztować, byłem poza Gdynia w Raduniu w powiecie kościerskim. Aresztowano za to ks. Franciszka Perschkego i Marie Pestkę.
Jak się okazało po 15-tu dniach zostali oni zwolnieni z aresztu, ksiądz Perschke wrócił do swego mieszkania w naszej kamienicy. Jak wiem miał w nim specjalny pokój, w którym dla wtajemniczonych odprawiał msze święte. Ja oczywiście o tym zwolnieniu i powrocie księdza nie wiedziałem, bowiem 3 marca 1945 roku po wyrobieniu nowych dokumentów, razem z całą rodziną uciekliśmy z Gdyni - ja z Wiktorem Gliszczyńskim do Radunia, wujostwo do Trzebunia.
Do Gdyni wróciłem razem z ciotka Leokadia Kiedrowską 20 kwietnia 1945 roku i jakaż była radość, gdy w naszym mieszkaniu zastaliśmy, całego i zdrowego księdza Franciszka Perschkego.
Nie gloryfikując swych czynów, muszę jeszcze dopowiedzieć ,że udało mi się także udzielić pomocy w uratowaniu życia jeszcze wielu innym ukrywającym się przed hitlerowcami Polakom wśród nich Stanisławowi Sengerowi z Radunia, Władysławowi Zacharkowi z Gdyni, Tadeuszowi Weidt z Bydgoszczy i Romanowi Sampławskiemu z Rytla (o bohaterstwie Jana Kulpińskiego w tym względzie zaświadcza złożone w tej kwestii przez Wiktora Gliszczyńskiego oświadczenie notarialne, a także kserokopia listu księdza Franciszka Perschke. Redakcja nasza jest w posiadaniu tych odpisów).
Po wojnie w Wejherowie odbył się proces Beniamina Koniga, na którym m.in. zeznawałem. Świadkami byli także obaj księża: Perschke i Wedelstaedt i inni w tym lekarz obozowy z Stutthofu, który miał ponoć opatrywać po torturach rany Koniga. Jak mi wiadomo, Koning był prawdopodobnie pod „opieką” UB, o czym świadczyło zastraszenie przez jego funkcjonariuszy szewca Drewę z Gdyni, który dobrze wiedział, że umówieni u niego w warsztacie przez Koniga Polacy, zostali wystawieni Gestapowcom. Konig w tym czasie o tej samej godzinie w różnych miejscach Gdyni doprowadził do innych jeszcze aresztowań. Bojąc się gróźb UB Drewa nie zeznawał w tym procesie. Sam oskarżony – Konig - przed wejherowskim sądem dowodził , że był komunistą, że udostępniał swój dom dla słuchania audycji z Londynu jak i z Moskwy. Dowodził również że pomógł w wyrobieniu „legalnych papierów” wielu potrzebującym Polakom. Była to nieprawda bowiem Konig trudnił się handlem alkoholem, papierosów a także denuncjowaniem polskich patriotów. Sąd w Wejherowie uznał go winnym i „skazał” go na 22 miesiące wiezienia. Po odbyciu tej kary wyjechał on na Śląsk, gdzie był prezesem jakiejś spółdzielni, gdzie narobił prawdopodobnie nadużyć, po czym zbiegł do Szwecji.
Po wojnie próbowałem spotkać się z księdzem Feliksem Wedelstaedtem, który w tym czasie był proboszczem w Pruszczu Pomorskim, lecz on na to spotkanie „nie znalazł czasu”. Specjalnie w tym celu przyjechałem z Gdyni do Pruszcza Pomorskiego. Ksiądz w tym czasie był poza plebania, wypoczywał nad pobliskim jeziorem. Zawiadomiony o tym że jestem w jego plebani, nie przyszedł ! Może przyczyną tego było to, że wiedziałem, że to on wygadał się B.Konigowi, o tym, że to ja mu załatwiłem „ausweiss”, i na tej podstawie Konig zadenuncjował mnie do Gestapo.
Z kolei z księdzem Perschke widziałem się podczas mego pobytu w Brzeźnie Szlacheckim i Łąkim. Umówiłem się z jego inicjatywy na spotkanie kolejne w Borowym Młynie /1953 r./ lecz z mej winy /żona była w ciąży/ do tego spotkania nie doszło, i na tym urwał się nasz kontakt.
* Ksiądz Franciszek Perschke był proboszczem parafii w Borowym Młynie w latach 1933 – 1964. Urodził się on 18 września 1894 roku w Mściszewicach /ojciec Józef, matka Paulina z d. Thur/. Zmarł 19 stycznia 1968 roku w Kościerzynie.