| | Ks. Adolf Pojda - Kapłan i człowiekW cyklu: Sylwetki (liczba artykułów 37)[NG: 36] Autor: Aleksandra J. Ostroch - (liczba artykułów: 1)Słupsk Parafia p.w. św. Ottona w Słupsku była co się zowie godnym wyzwaniem dla katolickiego kapłana-Polaka. Zarówno Słupsk, jak cały tamtejszy region zdominowany był przez protestantów niemieckich. Religia katolicka, która istniała tu już w czasach piastowskich, została później niemal do reszty wyparta. Już w pierwszej połowie XVI wieku Słupsk, będący wówczas w rękach Brandenburczyków, stał się jednym z pierwszych ośrodków reformacyjnych na Pomorzu. Miejscowa ludność bądź uległa wniesionym przez Niemców wpływom protestanckim, bądź nie miała odwagi upominać się o swoje prawa. Dość powie¬dzieć, że jeszcze w początkach XIX wieku garstka tutejszych katolików nie miała nie tylko własnego kościoła, ale nawet własnego duszpasterza, czy zorganizowanej gminy wyznaniowej. Prośby o utworzenie przynajmniej takiej gminy, składane od 1843 r., pozostawały bezskuteczne. Władze „nie chcąc zrażać sobie ludności wyznania ewangelickiego" bardzo niechętnie zezwalały na zakładanie parafii katolickich i w ogóle źle widziały wszelkie formy organizowania się ludności autochtonicznej. Dopiero przybyły w te strony w 1851 r. kapłan misyjny z Wrocławia, Aleksander Pfeiffer, zwrócił uwagę na sytuację tutejszych katolików. Ostatecznie, po rozmaitych pertraktacjach, w 1857 r. przyłączono Słupsk do... diecezji wrocławskiej. Jednak oficjalnie zatwierdzono istnienie słupskiej parafii dopiero w 1887 r. Katolicy słupscy zyskali więc wreszcie duszpasterza, ale jeszcze przez długi czas parafia nie miała żadnej siedziby, ani swojej świątyni. Budowę kościoła -pierwszego od wieków katolickiego kościoła w tym mieście - zainicjował w początkach lat 70. ks. proboszcz Oscar Schoenburn. Temu energicznemu kapłanowi udało się nie tylko pokonać wszelkie przeszkody ze strony formalnej, ale także nieoczekiwanie pozyskać i poparcie, i wsparcie materialne ze strony wysoko postawionych osób. Budowę kościoła dla Słupszczan sponsorował m.in. dwór saksoński oraz ówczesne „pierwsze damy Europy'': Augustyna - cesarzowa Niemiec oraz Elżbieta - cesarzowa austriacka (tzw. Sissy). „Wśród parafian istniała świadomość, że w dalekiej przeszłości wiara rzymsko-katolicka w Słupsku była powszechna, a wszystkie kościoły były katolickie. Szukając miejsca pod budowę, chciano jakoś nawiązać do tamtej przeszłości" - czytamy w opracowaniu Z. Machury na temat słupskiej parafii. I znaleziono miejsce nie byle jakie. Nowy kościół zbudowano na wzgórzu, na terenie średniowiecznego grodziska, w miejscu niegdysiejszej kaplicy książęcej. Kaplica ta, p.w. Najświętszej Marii Panny, powstała prawdopodobnie już w drugiej połowie XII wieku i wzmiankowana jest od 1281 r. Było to więc miejsce uświęcone bardzo starą tradycją. Budowa kościoła trwała tylko półtora roku. Powstała świątynia z czerwonej, nie otynkowanej cegły, prosta w formach, jednonawowa, z prostokątnym prezbiterium, zamkniętym absydą, pokryta dwuspadowym dachem, przechodzącym w sześcioboczna wieżę. Na narożach ozdobne wieżyczki z łamanym dachem oraz portal zwieńczony trójkątnym szczytem, dopełniały całości. Styl budowli nawiązywał do neogotyku, do tego dopasowano wystrój wnętrza - bogato rzeźbiony, strzelisty ołtarz główny oraz ołtarze boczne, konfesjonał, ambona i Stacje Męki Pańskiej. Większość wystroju była wykonana przez firmy i fachowców z Wrocławia. Stąd sprowadzono (czynne do dziś!) organy, a także dzwony, witraże, itp. Wrocławski malarz był autorem obrazów, a wrocławskie Towarzystwo św. Bonifacego ofiarowało figurę tegoż świętego. Tyle pamiątek" ze Śląska mógł tu znaleźć w niespełna pół wieku potem ks. Pojda. Kościół został poświęcony 11 grudnia 1873 r. Patronem obrano św. Ottona z Bambergu, biskupa i misjonarza Pomorza. Położony w ramionach rzeki Słupsk jest miastem mostów i gotyckich zabytków. Jeżeli ks. Pojda, przybyły tu jesienią 1917 r., miał czas i chęć na spacery-a pewnie taki czas znalazł, bo przecież chciał zapoznać się z miejscem, w które los rzucił go tak daleko od Śląska - mógł obejrzeć stary zamek książąt pomorskich, z których ostatni jeszcze w XVI wieku nosił słowiańskie imię Bogusław oraz rzucić okiem na ocalałe fragmenty dawnych murów obronnych i niezwykłą ośmioboczną kaplice św. Jerzego. Dostrzegł z pewnością górującą nad miastem pięćdziesięciometrową wieżę gotyckiego kościoła, niegdyś Mariackiego oraz kościół podominikański i ponorbertański, stanowiący pamiątkę innej religijnej przeszłości. Mógł przejść Mostem Dziewic, który także w pewnym sensie do tamtej przeszłości nawiązywał, bo jego nazwa pochodzi podobno z czasów, kiedy mostem chadzały zakonnice z pobliskiego klasztoru. Mógł zwrócić uwagę na ciemną, o spadzistym dachu Basztę Czarownic, niegdyś basztę obronną, przerobioną potem na więzienie kobiet obwinianych o czary. Ostatnią czarownicę spalono tu w 1701 r., co zbiega się z datą przejęcia Słupska przez Królestwo Polskie. W Polsce, jak wiadomo, czarownic tak zaciekle nie poszukiwano. Pamiątki z przeszłości stały w dość silnym kontraście z ówczesną rzeczywistością. Słupsk współczesny ks. Pojdzie był miastem zdominowanym przez Prusaków i protestantów, miastem prężnym, dobrze zorganizowanym, o silnie rozwijającym się przemyśle. Region zdominowany był przez junkierski Pommerscher Landbund. ziemiaństwo o skrajnie nacjonalistycznych poglądach. O panujących tu klimatach wymownie świadczy fakt, że Słupsk - jako niemiecki Stolp - już wkrótce miał się stać jednym z pierwszych ośrodków NSDAP, a w latach 30. prawdziwym bastionem hitleryzmu. W 1932 r. Hitler właśnie tutaj osiągnął jeden z najlepszych wyników wyborczych w skali całej Rzeszy. Dla katolickiego księdza-Polaka parafia słupska była więc dosłownie i w przenośni diasporą, zarówno w sensie wyznaniowym, jak narodowościowym i światopoglądowym. Działalność duszpasterska Ks. Pojda został tu ponadto inspektorem nadzorczym działającej przy parafii publicznej szkoły katolickiej, liczącej około 150 uczniów. Szkoła ta oprócz wiedzy ogólnej uczyła religii, śpiewu sakralnego oraz przygotowywała dzieci do przyjęcia sakramentów św. – spowiedzi, I Komunii i Bierzmowania. Uczniowie mogli korzystać z biblioteki szkolnej, zaopatrywanej w książki sumptem parafii. Nietrudno zgadnąć, że w czasach ks. Pojdy nie brakło w niej polskich książek. Nauczyciele tej szkoły byli bliskimi - jeśli można tak powiedzieć - współpracownikami proboszcza, łączyli bowiem jednocześnie funkcje kościelnego i organisty. W chwili objęcia parafii przez ks. Pojdę nauczycielem był tutaj Antoni Dobrzyński, następnie od 1920 r. Eryk Dulski, a od 1925 r. - Franz Thom i Anna Kalisz. W obowiązkach duszpasterskich wspomagali ks. Pojdę wikarzy - kolejno ks. Haen, ks. Masławski i ks. Brzycki. Były to jedyne lata, kiedy ks. Pojda miał pomocników - w mniejszej parafii w Leszczynach już nie było wikarych. W parafii słupskiej, nieporównanie większej, było też i znacznie więcej pracy. A także sporo poważnych problemów. Już na samym początku, w 1917 r. zatknął się ks. Pojda z problemem posługi duszpasterskiej dla robotników sezonowych. Trwała wojna, mężczyzn wezwanych na front starano się zastąpić robotnikami zwerbowanymi z coraz dalszych, zajmowanych terenów. Przybywało więc coraz więcej robotników napływowych, głównie Polaków i Ukraińców. Jednocześnie obowiązywało zarządzenie, że robotnikom tym nie wolno opuszczać miejsca zakwaterowania bez zgody policji. Chcąc więc pójść na nabożeństwo w Słupsku bądź Sławnie, robotnicy pracujący w innych miejscowościach za każdym razem musieli starać się o zezwolenie, które niechętnie wydawano. Było to ogromne utrudnienie, czasem wręcz uniemożliwiające uczestnictwo w życiu religijnym. W jedno tylko Boże Narodzenie zatrzymano i ukarano cały wagon robotników polskich jadących na świąteczne nabożeństwo bez przepustki. W 1917 r. kilkunastu księży z Pomorza Zachodniego, w tym także proboszcz słupski, interweniowało w tej sprawie u delegata metropolity wrocławskiego oraz w Ministerstwie Wojny. Chodziło o to, by zapewnić robotnikom pełną możliwość udziału w niedzielnych nabożeństwach. Delegat zachował jednak całkowitą obojętność w tej sprawie, natomiast dowództwo szczecińskiego okręgu wojskowego dało negatywną odpowiedź, pouczając jednocześnie, że księża powinni z patriotycz¬nego obowiązku tak wpływać na robotników, aby na czas wojny podporządkowali się wszelkim ograniczeniom. Ks. Pojda nie chciał pozostawiać tych ludzi samym sobie. Jako kapłan czuł się zobowiązany zrobić wszystko, aby każdemu z wiernych jego parafii dana była możliwość wysłuchania Słowa Bożego i dostęp do praktyk religijnych. Dostrzegał też i inne potrzeby robotników - traktowanych nieufnie przez władze, nie znających dostatecznie języka, w obcym środowisku, w dodatku w czasie wojny. Zorganizował więc Katolicki Związek Robotników, mający nieść robotnikom, napływowym stałą pomoc i wsparcie. Choć parafia była bardzo rozległa, a wyjazdy na prowincję nie tak proste jak dziś - nie dysponował przecież samochodem, ani nie było powszechnych dzisiaj linii autobusowych - starał się docierać z posługą duszpasterską do wszystkich zakątków. Często dojeżdżał do oddalonego o 26 km Sławna, gdzie oczekiwała go duża grupa katolików. W Sławnie nie było wtedy katolickiego kościoła ani nawet kaplicy. Jak w początkach chrześcijaństwa, odprawiał tam nabożeństwa i udzielał sakramentów w prywatnym lokalu, użyczonym przez miejscowego zduna nazwiskiem Laske. W pomieszczeniu tym, gdzie urządzono ołtarz, konfesjonał i ustawiono kilka ławek, zbierali się miejscowi katolicy, robotnicy napływowi, a podczas trwania wojny także internowani w tym mieście żołnierze. Dzięki systematycznej pracy ks. Pojdy ten mały ośrodek religijny stał się zalążkiem późniejszej parafii, od 1924 r. przekształcony w tzw. lokalię. W 1928 r. zbudowano tu kościół. W rok później powstał kościół katolicki w Kozinie. Aktywną pracą duszpasterską obejmował zresztą całą parafię. Wiele satysfakcji przynosiły mu kontakty z rodzinami kaszubskimi, w których widział współbraci zdominowanych przez Prusaków podobnie jak Ślązacy. Znajdywane w ich sercach i domach ślady polskiego oby¬czaju, języka, pieśni, przechowywane niekiedy jeszcze polskojęzyczne modlitewniki lub inne pamiątki, utwierdzały go w przekonaniu, że się nie myli i zachęcały do zdwojonej pracy. Z kolei ludzie ci, czując życzliwe zainteresowanie, łatwiej otwierali serca dla tego kapłana, który okazał się bardziej swój, niż się spodziewali. Do parafian ks. Pojdy zaliczała się rodzina Mateusza i Marii Kostkowskich, z małym synkiem Bronisławem. Urodzonego 11 marca 1915 r. w Słupsku Bronisława chrzcił jeszcze poprzedni proboszcz, ks. Sauer, lecz pewnie jego rodzice mieli później kontakt i z ks. Pojdą. Czy mogło im wtedy przejść przez myśl, że i proboszcza, i ich małego synka czeka w przyszłości ten sani tragiczny los? Rodzina Kostkowskich przeniosła się po wojnie do Bydgoszczy. Tam Bronisław ukończył gimnazjum i podjął życiową decyzję -wstąpił do seminarium duchownego we Włocławku. Był młodym człowiekiem o wielkiej czystości serca, głębokim umiłowaniu Chrystusa, bez reszty wiernym raz obranej drodze. Wiernym tak dalece, że świadomie wybrał więzienie i ryzyko śmier¬ci. Po wybuchu II wojny światowej hitlerowcy zlikwidowali seminarium, wykładowców aresztowali, a uczniom zadali pytanie, czy wola zrezygnować z kapłaństwa i odejść wolno, czy jako duchowni chcą podzielić los swych nauczycieli? Bronisław wybrał to drugie. Nie wyrzekł się kapłaństwa. Został osadzony w obozie w Dachau, skąd słał jeszcze przez jakiś czas przejmujące listy do rodziców, pełne głębokiej wiary i przeczuć rychłej śmierci. Nie przeżył obozu. W 1999 r. kleryk Bronisław Kostkowski został beatyfikowany przez Jana Pawła II jako jeden z 108 polskich Męczenników II Wojny Światowej... Jak już było wspomniane, część parafian - nie tylko tych napływowych, ale stałych mieszkańców Słupska i okolicy - była polskiego pochodzenia. Świadczą o tym chociażby odnotowywane w księgach parafialnych nazwiska - Koralewscy, Wiśniewscy, Wróblewscy, Szaszarowscy. Z myślą o nich ks. Pojda zaczął wygłaszać kazania i czytać Ewangelię w dwu językach - po niemiecku i po polsku. Stało się to dla niektórych przysłowiową solą w oku i początkiem długiej batalii, która w końcu zmusiła go do opuszczenia Słupska. Boje o polskie słowo Przełożeni ks. Pojdy spodziewali się, że jako proboszcz w słupskiej diasporze zostanie wreszcie odsunięty od kontaktów z Polakami i wszelkiej działalności na rzecz polskiej sprawy. Stało się jednak inaczej. Ks. Pojda natrafił tu na grupę miejscowych parafian o polskich korzeniach, do tego dochodzili Polacy pracujący sezonowo w słupskich fabrykach i okolicznych gospodarstwach rolnych, a jako kapelan miejscowego garnizonu miał bliski kontakt z Polakami ze Śląska i Wielkopolski wcielanymi do pruskiej armii. Co więcej, w należącym do jego parafii Sławnie znajdywali się internetowani żołnierze rosyjscy i austriaccy, wielu polskiego pochodzenia. Podczas wyjazdów duszpasterskich w dalsze tereny parafii spotykał rodziny katolików kaszubskich, które z wdzięcznością przyjmowały kapłana mówiącego ojczystym językiem. Było więc dla kogo pracować i głosić kazania po polsku. Ks. Pojda poczytywał sobie za obowiązek otoczyć rodaków na obczyźnie opieką i bronić ich prawa do modlitwy w ojczystym języku. Nawiązał więc współpracę z prezesem Wychodźstwa Polskiego, ks. Bolesławem Domańskim i założył Katolicki Związek Robotników, mający chronić polskich robotników sezonowych. Wychodząc naprzeciw potrzebom duchowym swych polskojęzycznych parafian, zaczął gromadzić polskie książki dla biblioteki parafialnej, a przede wszystkim głosić w czasie nabożeństw Ewangelię i kazania w polskim języku. Sądząc po burzy i gromach, jakie wywołało to polskie czytanie Ewangelii można by sobie wyobrażać jakąś kolosalną, zmasowaną polska agitację. W rzeczywistości tych „szokujących'" wystąpień było tylko tyle, że w czasie odprawianej tradycyjnie po łacinie mszy, ks. Pojda czytał Ewangelię w dwu językach wpierw po niemiecku, następnie po polsku. Raz - podkreślmy - jeden raz na miesiąc wygłaszał także dziesięciominutowe kazanie w polskim języku. Ks. Pojda nie był w tym bynajmniej wyjątkiem, w podobny sposób postępowało więcej księży. Polskojęzyczne kazania oficjalnie nie były bynajmniej zakazane. Władze wymagały tylko, aby kazania te dotyczyły wyłącznie kwestii religijno-moralnych i nie trwały dłużej jak dziesięć minut. Większości niemieckich parafian krótkie polskie kazania i Ewangelie wcale nie przeszkadzały, a parafianie o polskich korzeniach oczywiście cieszyli się, że ich dostrzeżono i mogą słuchać Słowa Bożego w swoim języku. Niestety, istniała w Słupsku jeszcze stosunkowo niewielka, ale bardzo wpływowa grupa parafian o „polakożerczych” można rzec, poglądach, która nie potrafiła się z tym pogodzić. Parafianie ci pod przywództwem radcy Waltera Brossoka. rozpoczęli kampanię przeciw polskiemu proboszczowi od rozmowy, w której usiłowali nakłonić go do zaniechania polskich Ewangelii. Argumentowali, że tak polscy jak niemieccy parafianie znają jeżyk niemiecki, więc polszczyzna w kościele jest zupełnie zbyteczna. Nie do końca było to prawdą, bo wśród robotników sezonowych bywali i spod rosyjskiego zaboru, niektórzy aż z Ukrainy, niekoniecznie mocni w niemieckim. Rozmowa skończyła się fiaskiem; ks. Pojda wierny swoim zasadom, nie myślał się podporządkować wymaganiom grupki szowinistów. Było to jednak dopiero pierwsze starcie, zapowiadające przyszłe kłopoty. Obóz radcy Brossoka nie dał za wygraną i choć, jak już wspomnieliśmy, głoszenie po polsku kazań nie było sprzeczne z prawem, złożył doniesienie policji i władzom miasta. Wpływy tych ludzi były na tyle silne, że nadburmistrz zażądał od proboszcza wyjaśnień i poniechania propolskiej działalności. Ks. Pojda przez pewien czas dawał odpowiedzi wymijające i niczego w swym duszpasterstwie nie zmienił. Wybierał się na Śląsk, gdzie rozwijały się gorączkowe przygotowania do Plebiscytu. Kapłani z innych regionów potrzebowali na taki wyjazd zezwolenie proboszcza, co w jego przypadku nie było potrzebne. Jako urodzony na Śląsku, miał prawo zagłosować. Oczywiście zamierzał z tego prawa skorzystać. Co więcej, pragnąc możliwie jak najbardziej poprzeć sprawę polską, wystarał się o miesiąc urlopu i wyjechał na Śląsk, by przyłączyć się do akcji plebiscytowej. Nie mógł postąpić inaczej - była to przecież chwila, na którą Śląsk czekał tak długo, chwila niezmiernie ważna, może przełomowa. Nawet jeśli zdawał sobie sprawę, że - jak mówiono - „jeszcze się taki nie narodził co by uczciwie przeprowadził plebiscyt", była to wymarzona okazja, aby wiele zrobić dla polskiej sprawy. Na Śląsku niejeden z księży był zaangażowany w Polskiej Komisji Plebiscytowej i z pewnością był zaangażowany w działalność plebiscytową niejeden z jego przy¬jaciół. Ks. Władysław Robota na przykład omal nie przypłacił życiem członkostwa w Komisji - dokonano na niego zamachu, który się na szczęście nie powiódł. Ks. Jan Pojda z Książenic był poszukiwany przez niemieckich bojówkarzy za to, że dostarczał powstańcom żywności. I on omal nie zginął w zasadzce. Nie sposób i nie miejsce tu wszystkich wyliczyć... Słupski proboszcz nie był więc wyjątkiem. Włączając się w akcję plebiscytową postąpił tak, jak wielu śląskich księży-patriotów. Jednak dla pruskich szowinistów był to występek wołający pod niebiosa, którego nie mogli w żaden sposób przełknąć. Wyjazd na Śląsk w czasie Plebiscytu stał się koronnym argumentem przeciwników ks. Pojdy. Domagali się odtąd odwołania go z parafii. W tymże 1921 r. landrat słupski Kremer wystąpił do władz regencji o wydalenie ks. Pojdy ze Słupska, jako osoby „podburzającej przeciw niemczyźnie". Kiedy donosy nie przyniosły rezultatów, postanowiono zniszczyć go fałszywymi plotkami i insynuacjami. Od 1923 r. rozpoczęto pod wodzą radcy Brossoka kampanię oszczerstw kompromitujących proboszcza, dbając oczywiście, aby plotki dotarły do władz i jednocześnie rozeszły się gromkim echem po mieście. Zastosowano metodę półprawd, przekłamań, fałszywych pozorów i zwykłych pomówień. Oszczerstwa te najłatwiej było osnuć wokół prywatnych kontaktów towarzyskich ks. POJDY łączących go ze znajomymi pochodzącymi, podobnie jak on, ze Śląska. Ks. Pojda, jak wielu Ślązaków, lubił w wolnym czasie pograć ze znajomymi w skata. Jest to popularna do dzisiaj towarzyska gra karciana, o podobnym statusie jak w innych środowiskach brydż. Oczywiście, jeśli kto się uprze, może zagrać hazardowo nawet w „Czarnego Piotrusia", jednak nikt na Śląsku nie kojarzy skata z hazardem. Grywano w skata zwykle dla rozrywki w niedzielne popołudnie w domach, świetlicach, na działkach i bardzo często na plebaniach. Dziś odbywają się turnieje skata w wielu domach kultury, jak chociażby w leszczyńskim. Ks. Pojdzie jednak zarzucono uprawianie hazardu i „nie zwrócenie wygranej” a także bezprawne zawłaszczenie obrączki z kolekty i nawet nakłanianie do krzy¬woprzysięstwa! Te kampanie plotek rozpętano dwukrotnie, jednak za każdym razem przeprowadzone postępowanie wykazało niewinność ks. Pojdy. Śledztwo przeprowadzone przez słupską prokuraturę nie potwierdziło słuszności zarzutów. Również biskup odniósł się sceptycznie do afery z krzywoprzysięstwem. Po zbadaniu szczegółów l listopada 1924 r , sprawę zamknięto z braku dowodów win. Biskup wysłał delegata, mającego nakłonić opozycję parafialną i proboszcza do pojednania, jednak nie udało mu się tego przeprowadzić. W tym samym 1924 r., w maju, zaatakował ks. Pojdę miejscowy Pommerscher Landbund - stowarzyszenie junkierskie o skrajnie nacjonalistycznym charakterze. Była to jedna z najbardziej wpływowych organizacji w tym regionie. Atak zawarty w przemówieniu na zjeździe Landbundu był na tyle poważny że ks. Pojda wytoczył sekretarzowi Landbundu sprawę o zniesławienie. Tym razem jednak poniósł porażkę. Wpływy junkierstwa okazały się zbyt silne prokurator umorzył postępowanie, przyznając rację Landbundowi. Tymczasem radca Brossok i jego poplecznicy, rozsierdzeni fiaskiem swej plotkarskiej akcji już w grudniu 1924 r. wystosowali do arcybiskupa wrocławskiego memoriał, w którym wyliczyli w punktach wszystkie „występki" ks. Pojdy i zażądali usunięcia go z parafii. Sprawa trafiała na coraz wyższe szczeble. Z takim samym żądaniem wystąpił prezydent regencji koszalińskiej do ministra spraw wewnętrznych Prus oraz do nadprezydenta prowincji zachodniopomorskiej. Doszło do tego, że l września 1925 r. sprawa ks. Pojdy dotarła aż do pruskiego sejmu! Wielka zaiste odpornością psychiczną i siłą charakteru odznaczał się ks. Pcjda, skoro mimo tak uporczywej nagonki i otwartej wrogości części Słupszczan nie dawał się zastraszyć. Przez wszystkie te miesiące, potem lata, pracował zgodnie ze swym sumieniem, walcząc o godność i prawa tych najniżej postawionych w społecznej hierarchii - robotników, których bieda zmusiła do szukania pracy na obczyźnie, a w których miejscowa społeczność widziała raczej jedynie siłę roboczą. Leżała mu na sercu także sytuacja miejscowych parafian polskie¬go pochodzenia, zagrożonych wynarodowieniem, pozbawionych swoich przedstawicieli w życiu społecznym. Znajdujący się w podobnej sytuacji Ślązacy osiągnęli już o wiele więcej, stworzyli silny ruch narodowościowy, który - choć tępiony przez władze - skupiał ludzi potrafiących walczyć o ich prawa i w efekcie nawet doprowadził do wyzwolenia części Śląska. Tutaj oczywiście trudno było marzyć o takich efektach, ale i tutaj Polacy mogli jakoś się zorganizować, na tyle, by stać się respektowana mniejszością. Z tą myślą nie przestawał działać, mimo narastających przeciwności. W grudniu 1924 r. - w tym samym czasie, kiedy poplecznicy pana radcy złożyli przeciw niemu memoriał - włączył się w działalność wyborczą związaną z wyborami państwowymi do Reichstagu i Landtagu. Nakłaniał oczywiście do głosowania na kandydatów przychylnych Polakom. Krytyki i szykany osładzała mu wdzięczność tych, których sprawy bronił. Mimo konfliktu z szowinistycznie nastawionym obozem, pozostawał osobą cenioną w mieście i darzoną szacunkiem. Świadczy o tym m.in. fakt, że jeszcze w 1925 r., a więc już po kampanii krytyk i insynuacji, ks. Pojda piastował funkcję deputowanego dwu deputacji miejskich, zajmujących się sprawami szkół i wychowania młodzieży. Atmosfera jednak zagęszczała się i w tymże 1925 r. zaczęły się rozgrywać ostatnie już odsłony dramatu, l września poseł Kickhöffel wystąpił w parlamencie berlińskim z interpelacją w sprawie „groźnego dla państwa" zjawiska organizowania się mniejszości polskiej na Pomorzu oraz niebezpiecznej jakoby działalności słupskiego proboszcza, ks. Pojdy. „Podczas gdy w Polsce wszystkie prawne środki ochrony niemczyzny są z brutalnością deptane, na całkowicie niemieckim Pomorzu Zach. Związek Polaków w Niemczech bez żadnych przeszkód rozwija coraz szerszą działalność werbunkową. Duszą polskiej agitacji w okręgu Koszalin jest ks. Adolf Pojda, który dla ludności mówiącej zaledwie w 5-7% po kaszubsku czyta Ewangelię św. w języku polskim (...)" - grzmiał Kickhöffel. Następnego dnia jego przemowa ukazała się w prasie krajowej, która nie szczędziła ks. Pojdzie słów oburzenia i ostrej krytyki. Słupski „Zeitung fur Hinterpommern" opublikował mowę pod tytułem „Polskie knowania na Pomorzu Zachodnim", zapowiadając cykl artykułów poświęconych owym „knowaniom”, z uwzględnieniem działalności ks. Pojdy na czele. Artykuły te zaczęły się wkrótce ukazywać, dając początek oskarżycielskiej kampanii prasowej, która trwała aż do jego rezygnacji z funkcji proboszcza parafii św. Ottona. Należy może przypomnieć, w jakim klimacie politycznym toczyła się walka ks. Pojdy z pruskim szowinizmem, czemu wystąpienia tej niewielkiej początkowo grupy osób były tak zaciekłe i czemu zaczęły zataczać coraz szersze kręgi, dochodząc do skali krajowej. Otóż pierwsze lata po wojnie światowej – lata pobytu ks. Pojdy w Słupsku - były dla Niemców czasem głębokiej frustracji. Złożyły się na to bardzo ważkie przyczyny: przegrana wojna, poważne straty terytorialne, ogólne zubożenie ludności, społeczne rozruchy, niejasna przyszłość, antybolszewicka fobia. Niemcy cierpiały na honorze jak nigdy dotąd, a winnych swej klęski wolały widzieć w innych narodach, które jakoby im „wbiły nóż w plecy". Do „winnych" należeli także pogardzani dotąd Polacy, którzy nie tylko skorzystali na wojnie „wybijając się na niepodległość", ale jeszcze odzyskali kawał cennego dla obu stron Śląska. Niedawna porażka na Śląsku była bardzo bolesna. Polski ruch narodowościowy w Niemczech zwalczano zapamiętale już przedtem, o czym Ślązacy wiedzą najlepiej, teraz - świeżo po utracie części Śląska - na wszelką działalność polskiej mniejszości reagowano wręcz alergicznie. Na tle powojennej frustracji pienił się szowinizm, nienawiść do sąsiadów i niestety, już w tych latach rodził się faszyzm. Ks. Pojda znosił szykany i ataki prasowe jeszcze przez rok. We wrześniu 1926 r. zwrócił się do kurii z prośbą o pomoc i pośrednictwo w zamianie parafii z którymś z proboszczów z polskiej części Śląska. Takie zamiany były wówczas częściej praktykowane, gdyż wielu niemieckich księży nie chciało pozostawać w Polsce, odciętych granicą od ojczyzny, krewnych i przyjaciół. Prośbę uzasadniał: „Z powodu ciągłych prześladowań ze strony szowinistycznej niemieckiej prasy i władz administracyjnych, za to że opiekuję się polskim robotnikiem, niosę pomoc wychodźstwu polskiemu i czytam w kościele Ewangelię po polsku -postanowiłem zamienić się z jakimś proboszczem na polskim Śląsku". Kuria przychyliła się do tej prośby i sprawę załatwiono stosunkowo szybko. Już 26 listopada 1926 r. w wyniku porozumienia między kard. Betramem a kard. Hlondem, ks. Adolf Pojda został mianowany proboszczem parafii p.w. Trójcy Przenajświętszej w Leszczynach, w jego rodzimym powiecie rybnickim w miejsce ks. Pawła Gedigi, który z kolei miał przejąć parafię w Słupsku. Odejście z parafii słupskiej po dziesięciu latach pracy, pozostawianie podopiecznych i polskich parafian, dla których był tak wielkim wsparciem – na pewno nie było łatwą decyzją. Czy ks. Pojda podjął ją jedynie dlatego, że „nie wytrzymał" nagonki, choć przez długi czas pozostawał niezrażony? Czy doszły jakieś naciski przełożonych, zwłaszcza tych niezbyt miłujących „polski żywioł”. Istniała zresztą już ogólna tendencja do zastępowania polskich księży niemieckimi. A może zdarzyło się jeszcze coś, co przekonało go o beznadziejności dalszej walki.? Nie dowiemy się już, z jakimi ludźmi się wtedy stykał, jakie słyszał jeszcze wypowiedzi, zaobserwował zjawiska. Wiadomo jednak, że już wtedy horyzont zaczynał się powoli zaciemniać nad Niemcami i Słupskiem także. Od 1923 roku istniała partia hitlerowska na razie jeszcze na marginesie życia politycznego. Jedna z pierwszych „komórek" tej partii powstała już wtedy właśnie w Słupsku. Rok 1926 był rokiem pierwszego jawnego wystąpienia nazistów w tym mieście. W tym samym roku ks. Pojda podjął decyzję opuszczenia Słupska. Można się więc zastanawiać, czy miało to jakiś związek, czy w mieście zapanował już wtedy taki klimat, że ks. Pojda ostatecznie stracił wiarę w sens pozostawania w tym miejscu? Oczywiście patrząc z bardziej prywatnego punktu widzenia, powrót na Śląsk i to polski Śląsk, możliwość pracy w wolnej ojczyźnie, bardzo blisko rodzinnej miejscowości, było na pewno dla niego wielkim szczęściem i spełnieniem marzeń. Gorycz porażki przemieszała się więc z radością powrotu, myśli o konieczności poniechania rozpoczętych spraw mieszały się z projektami swobodnej pracy na Śląsku. Z takimi zapewne uczuciami w sercu opuszczał miasto nad Słupią. Po odejściu ks. Pojdy sprawa polska w Słupsku upadła. Brak tego kapłana i nowa, niekorzystna dla Polaków sytuacja została zauważona także w Polsce. Polski wicekonsul w Szczecinie donosił w 1927 r.: „W parafii Stolp nie ma obecnie polskich nabożeństw, ani polskich kazań. Proboszczem jest ks. Gediga, Niemiec, który przed paroma miesiącami objął urzędowanie po polskim proboszczu Pojdzie. Władze niemieckie dążą celowo do usuwania polskich księży i zastępowania ich niemieckimi". |
