NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny
Obiekt archeologiczny w pobliżu Rowów

Obiekt archeologiczny w pobliżu Rowów


Kościółek w Rowach

Kościółek w Rowach


Nadmorska wieś Rowy stała się współcześnie głośna w kraju z tytułu funkcji, jaką przejęła w latach 80 XX wieku po innej kaszubskiej, nadmorskiej wsi — Chałupach. Nim owe Chałupy rozsławił rodzimy song o angielskim tytule „Chałupy welcome to", tamtejsi rybacy przepędzili z okolicznych plaż zbierających się co lato naturystów, motywując ten desperacki czyn troską o zdrowie moralne swych latorośli. Wtedy to golasów przytuliły Rowy — także wieś rybacka, ale widać bardziej tolerancyjna. Mimo tego ryzykownego gestu. Rowy nie doczekały się specjalnego songu. A i naturyści widać nie bardzo polubili tę miejscowość, gdyż w następnych latach skierowali swój wzrok ku mieleńskim plażom. I tak wątpliwa sława letniej stolicy nagości na zawsze pewnie ominęła Rowy, na szczęście.

Mają bowiem Rowy swoją prawdziwą, porywającą, a nieznana powszechnie mieszkańcom naszego regionu, a tym bardziej licznie odwiedzającym tę miejscowość turystom spoza regionu, historię.
Co innego wędkarze, którzy znają Rowy z wiosennych i jesiennych ciągów płoci ostatnim odcinkiem Łupawy z jeziora Gardno do Bałtyku i z powrotem. Cześć tych dorodnych, gnanych instynktem rozrodu ryb pada wtedy łupem niezliczonych rzesz amatorów łatwego wędkowania, zjeżdżających tu z całego niemal kraju. Udane połowy ,,oblewa" się w miejscowej gastronomii , w lokalach gwarnych dzięki owym płociowym ciągom o każdej porze roku. Tuż za wąskim pasemkiem piaszczystego lądu groźnie szumi Bałtyk. Tak samo jak sto, dwieście, pięćset lat temu. Niemy świadek zdarzeń, odchodzących w mrok przeszłości. A inni świadkowie?
Kto wie, że niepozorna tablica nagrobna na rowieńskim cmentarzu z tajemniczym napisem: A. S. J. 1775, przez dwa bez mała stulecia zdobiła trawiony niszczycielskimi wpływami deszczu i wiatru grób Adama Salomona Jarka? Rodzonego syna Jana Jarka Gostkowskiego ze starego słowiańskiego, pomorskiego rodu osiadłego wśród Słowińców, człowieka, który w Rowach piastował kiedyś godność pastora i wygłaszał kazania w pięknej polszczyźnie, którą miejscowi Słowińcy nie tylko dobrze rozumieli, ale uznawali za uszlachetniony język ojczysty.
Ród Jarków-Gostkowskich, jak większość pomorskich rodów szlacheckich, sięgających po urzędy i dostojeństwa w państwie brandenbursko-pruskim, którego częścią po pokoju westfalskim stało się Pomorze Słupskie - nie oparł się germanizacji. Wtapiał się z pokolenia na pokolenie w niemieckość. Aż w którymś pokoleniu wydał wybitnego marszałka pruskiego — Dawida Yorcka von Wartenberg.. Ale przecież nikt nie jest w stanie zatrzeć słowiańsko – kaszubskiej przeszłości tego rodu, podobnie jak słowiańskiej przeszłości Rowów, niegdyś znanego portu, stanowiącego ważny punkt na mapie podróży bałtyckich żeglarzy wszystkich narodowości. Rowy przez wieki całe były portem schronienia, ale też niejednokrotnie ostatnim miejscem na ziemi, zwłaszcza dla tych, którzy lekceważyli groźbę jesiennych i zimowych sztormów w pobliżu Ziemi Kaszubów - Słowińców.
Miejscem szczególnie fatalnym dla żeglarzy był wysoki klifowy brzeg w pobliżu niewielkiej osady Dąbki, nie opodal Rowów. Prawie nie było takiej jesieni, żeby w owym fatalnym miejscu nie dochodziło do żeglarskiej tragedii. Rwały się żagle, łamały maszty, pękały liny, oszalały żywioł miażdżył drewniane kadłuby żaglowych statków. Wilgotna ciemność nadbałtyckich nocy i sztormujące wiatry uniemożliwiały ratunek tonącym. Następnego dnia po burzy mieszkańcy Rowów nieodmiennie spotykali ten sam widok: na gasnącej w porannym słońcu fali kołyszące się szczątki rozbitych statków i wczepione w nie ciała marynarzy. Najliczniej padały ofiarą żywiołu statki norweskie i holenderskie - o czym można wnosić z faktu, iż marynarzy tych właśnie nacji najwięcej spoczęło na rowieńskim cmentarzu, chowano tu również marynarzy szwedzkich ( m. in. w 1717 roku odnotowano zbiorowy pogrzeb marynarzy tej narodowości) a także — niemieckich, francuskich a nawet... mauretańskich.
W nieco innych okolicznościach Rowy zetknęły się również, i to bardzo bezpośrednio, z historii Anglii, a nawet można powiedzieć, iż miały na nią pewien wpływ. Jak wynika z opisu zawartego w pracy S. Clive pt „Kirche und Kirchhofin Rove" w lipcu 1390 roku do portu w Rowach wpłynął statek z grupą rycerstwa zachodniego na .pokładzie. Jak się wkrótce okazało, statkiem tym płynął z Bristolu do Gdańska -słynny rycerz zwany Henrykiem Derby z Lancasteru - wraz z towarzyszami, Otrzymawszy w Rowach pomoc i uzupełnienie wody oraz żywności, statek po jakimś czasie odpłynął do miejsca przeznaczenia, gdzie na Henryka i pozostałych rycerzy czekał mistrz krzyżacki Konrad Zoller von Rothestein. On ich to bowiem zwerbował do służby rycerskiej pod znakiem czarnego krzyża. Tej służby, w której ogniem i mieczem mieli pustoszyć polskie pogranicze oraz ziemie pruskie i litewskie. Rycerz Henryk z Lancasteru, jak wynika z dalszego biegu historii, poznawszy ową krzyżacką służbę dokładniej, nie pozostał w niej zbyt długo — powrócił do Anglii. W dziesięć lat po wizycie w Rowach zadziwiające losy doprowadziły go do tronu angielskiego: koronował się jako Henryk IV, Król Anglii.
W Rowach nie pozostał oczywiście żaden ślad po wizycie przyszłego angielskiego monarchy. Ale w skrupulatnie prowadzonych kronikach Zakonu pozostał dokument: pisany w Rowach list rycerza Henryka z Lancasteru, w którym zawiadamia on Zakon o swym przymusowym pobycie w tej miejscowości i wynikającej stąd zwłoce. List wysłany został z Rowów pierwszego dnia pobytu tj- 20 lipca 1390 roku drogą lądową przez umyślnych posłańców — co też zostało zaznaczone.
I w ten sposób skromny słowiński port Rowy wszedł do historii dwóch przyszłych wielkich mocarstw — Zakonu, z którego wyrosło potężne państwo pruskie oraz Anglii, która dała początek, potędze brytyjskiej.
Okres, któremu w naszym cyklu poświęcam najwięcej uwagi, to znaczy wiek XVII przynosi Rowom nowe impulsy rozwojowe i okazję do utrwalenia swego miejsca w historii. Wiemy o tym już z miejscowych źródeł pisanych. Zachował się m. in. reskrypt pochodzący z roku 1602, w którym mieszkająca w owym czasie w Smołdzinie księżna Ertmunta nadaje kościołowi parafialnemu w Rowach spore ilości drewna z przeznaczeniem na gruntowną restaurację świątyni i plebani. Do dostarczenia drewna zobowiązani zostali posiadacze ziemscy z Dębiny i Objazdy.
Na tle tego wydarzenia bardzo zagadkowo rysuje się postać ówczesnego pastora protestanckiej parafii, powstałej w okresie reformacji z przekształcenia parafii katolickiej, założonej już w roku 1282 (z tego okresu pochodzi książęcy dokument fundacyjny kościoła w Rowach ). Otóż nie znamy imienia gospodarza parafii, którego księżna Ertmunta zastała w Rowach. Nie zachowało się ono w żadnym dokumencie. Z zachowanych dokumentów wynika jednakże, iż księżna po przybyciu do Smołdzina była zgorszona sytuacją panującą w Rowach. Tamtejszy pastor musiał być człowiekiem wyjątkowo impulsywnym, gdyż nie tylko szybko wpadał w złość, ale niemal natychmiast sprawców swego niezadowolenia okładał bezwarunkową ekskomuniką. Klątwy kapłańskiej bano się w owych czasach jak ognia. Nic więc dziwnego, że kto mógł omijał pastora i jego probostwo jak najdalej. Opuszczone, bez pomocy i życzliwości ludzkiej, powoli podupadało. Księżna Ertmunta przerwała tę sytuację jednym dokumentem: probostwo nakazała odbudować miejscowej szlachcie, a pastorowi zakazała stosowania ekskomuniki pod groźbą zdjęcia z urzędu. Po tym akcie życie duchowe w słowińskich Rowach wróciło do normy.
Szczególnie upodobała sobie Rowy kolejna pani „na Smołdzinie”, księżna Anna Gryfitka". Ona także wsparła miejscowy kościół, fundując parafii wyjątkowo cenne naczynia liturgiczne: póżnogotycki pozłacany kielich konfirmacyjny z wyrytym nazwiskiem fundatorki: Anna Croy - Archot. Ale Księżna Anna w odróżnieniu od swej wujenki, Ertmunty, Niemki, nade wszystko dawała tysięczne dowody ogromnej sympatii dla słowińskich mieszkańców Rowów, czego wyrazem jest m. in. to, iż była matką chrzestną wielu tutejszych dzieci, również chłopskich.
Minęły dziesiątki lat, w Rowach zmieniły się trzy pokolenia, kiedy w XIX wieku przybyli tam badacze tzw. problemu etnicznego Słowińców, a miejscowa ludność z czcią pokazywała im stary zajazd, gdzie księżna Anna po każdorazowym przyjeździe ze Smołdzina do Rowów zatrzymywała się na krótszy lub dłuższy popas — zostawiała powóz i konie, a sama szła do wsi i składała wizyty w rybackich checzach. ( cdn.)

 

 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: tanie odżywki polar Darmowe gry flash Zlewy kuchenne