NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny
Pani Ludwika Tesmer (1946 r.) ze „swoimi aktorami” - uczniami SP w Nowej Wsi po przedstawieniu Jasełek.

Pani Ludwika Tesmer (1946 r.) ze „swoimi aktorami” - uczniami SP w Nowej Wsi po przedstawieniu Jasełek.


Wspomnienia nauczycielki z lat 1945 - 1946

Rok 1945. Ewakuowana przez Niemców znalazłam się w miejscowości Dziengel, (Dzięgiel obecnie Gm. Konarzyny – red.) pow. Chojnice. Piątego marca wkroczyła tu Armia Radziecka. Teraz moje marzenie o zawodzie nauczycielskim zaczyło stawać się realne. Miałam lat 23. Kiedy Armia Radziecka zajęła ziemię człuchowską poszłam z Dziengla do Sępolna Człuchowskiego — piechotą 14 km.

Gmach szkoły w Sępolnie stał pusty, wewnątrz zdewastowany. 25 marca zbierałam w tej szkole książki, czyste kartki papieru i odkładałam do skrzyni. Pomagały mi w tym dzieci, które nie wiadomo skąd się wokół mnie znalazły. Od czasu do czasu o mury szkolne odbijało się echo wystrzałów, ale następnego dnia szłam już z gromadką dzieci do szikoły.

Jakie to były dzieci? W różnym wieku, od 5 do 15 lat. Starsze chciały się uczyć, młodsze bawić. Na czystych kartkach zaczęliśmy pisanie: znalezionym ołówkiem, piórem... kredką — co kto znalazł lub przyniósł z domu. Nie wiedziałam jak mam uczyć, na czym się oprzeć, ale wiedziałam, że dzieci pragną nauki.

Uczyłam wszystkie razem w jednej klasie, która wspólnie uprzątnęliśmy. Codziennie dzieci przybywało: autochtoni, Kaszubi, zza .Buga, osiedleńcy z centralnej Polski. Wraz z dziećmi znosiłam ławki, które trzeba było szukać w zagrodach i w polu. Wybite szyby zatkaliśmy papierem i deskami, żeby wiatr nie zwiewał kartek z ławek. Bywało, że rano klasę zastawaliśmy usłaną słomą, na której spali w nocy strudzeni żołnierze.

Po pracy zatrzymywałam się u znajomych. Dni były pełne niespodzianek: wracali zabłąkani uciekinierzy, po polach wałęsało się bezpańskie bydło, mężczyźni unieszkodliwiali niewypały wojenne. Ktoś strzelał ze znalezionego karabinu, celując w komin szkolny. W tym czasie młodsze dzieci uczyłam pisać, a starszym czytałam fragmenty książek, które mi ocalały sprzed wojny.

Jednego z owych pierwszych dni do szkoły wtargnęli ludzie z karabinami, podający się za polską milicję. Kazali mi się zaraz z klasy wynosić, dwaj kopnięciem przewrócili stół, kopali j przewracali ławki, karabinem strącili wiszące na ścianie polskie chorągiewki. Dzieci zaczęły krzyczeć — nie wiem na czym by się skończyło, gdyby nie żołnierz radziecki, który zwabiony tymi głosami przybiegł, co zobaczywszy opryszkowie — zbiegli. Schwytano ich potem w okolicy Miastka i rozpoznano jako dawnych SS-rnanów. Zdarzali się też wówczas szabrownicy, którzy zabierali z takim trudem zgromadzone przez dzieci krzesła i sprzęt ze szkoły.

W pierwszych dniach kwietnia wybrałam się na pożyczonym starym rowerze do oddalonego o 30 km Człuchowa - ktoś powiedział, że organizuje się tam Inspektorat Szkolny... Otrzymałam tani nominację na tymczasową nauczycielkę w Sępolnie Człuchowskim. Odtąd miałam otrzymywać stałą pensję. Na pytanie według czego mam uczyć inspektor odpowiedział: według wariantu "c". Rower, który zostawiłam pod inspektoratem, skradziono, poszłam więc z powrotem pieszo. Kiedy dotarłam do Sępolna było późno - ale dzieci czekały i pytały czy zostanę u nich. Z radością przyjęły wiadomość, że będziemy się dalej uczyć.

Poszłam też do sąsiednich Konarzyn w pow. Chojnice i poprosiłam tamtejszego starszego nauczyciela, żeby mi wytłumaczył ów "wariant C" i pożyczył programu. Popatrzył na mnie z politowaniem i dal mi do zrozumienia, że porywam się z motyką na słońce. Było mi przykro, że sama niewiele umiem — a uczę. Ale żal mi było dzieci, które kochałam: były bardzo przywiązane do mnie i do szkoły. Były wśród nich dzieci po przebytym obozie hitlerowskim, przygarnięte przez krewnych i znajomych, dla nich -szkoła była także domem. Uczyłam więc dalej. Młodsze pisały i rysowały, starsze czytały z moich książek.

1 lipca poszłam znowu do inspektoratu. Poprosiłam o przekazanie mnie na kurs pedagogiczny, bo pragnęłam jak najszybciej zdobyć kwalifikacje. Kurs taki organizowano w Złotowie. Wówczas otrzymałam pierwszą pensję — 600 złotych. Kupiłam pończochy, papier, zeszyty, zostało jeszcze na bilet do Złotowa.

Uczyłam do końca lipca, a potem wyruszyłam koleją do Złotowa. Na stacjach trzeba było czekać wiele godzin, do zatłoczonych pociągów nie można się było dostać. Z Człuchowa do Chojnic jechałam na dachu parowozu — blisko komina. Tam na stacji bardzo śmiano się ze mnie, bo byłam cała okopcona dymem i sadzami. Z Chojnic w nawpół rozbitym wagonie jechałam do Złotowa całą dobę. Podczas długich postojów trzeba było nosić drzewo z lasu, maszynista palił i parowóz dopiero ruszał.

W Złotowie przyjęto mnie na kurs. Często wychodziliśmy wtedy z internatu by czekać długie godziny przed domem starosty na przydział soli, chleba, kartofli lub buraków czerwonych i kapusty. Kurs pedagogiczny skończyłam pomyślnie i w grudniu wróciłam do Człuchowa. Szkoła w Sępolnie była już zajęta, wybrałam więc inną w Nowej Wsi o 5 km od Sępolna. Stanęłam do pracy 15 grudnia.

Do szkoły początkowo nie mogłam się dostać. Wspólnie z sołtysem odryglowaliśmy jednak drzwi. Wewnątrz nawóz koński i dużo słomy. We wsi puste chaty. Zamieszkałych zagród bardzo mało, przeważnie autochtoni. Przy pomocy sołtysa i ludności autochtonicznej szkoła została na tyle oczyszczona, że mogłam rozpocząć pracę. Ławki zbieraliśmy z pól i z pobliskiego lasu, gdz"ie były porozrzucane. Zgłosiło się 11 dzieci, ale nie było książek ani zeszytów. Wyszukiwaliśmy druki poniemieckie by po czystej stronie pisać.

Po czterech dniach zgłosiło się więcej dzieci. Wśród nich były także dzieci rodziców Niemców: dzieci były dobre, ale rodzice ich nieufni. Byli tacy co przeszkadzali. Ginęły ławki i tablice, niszczono sprzęt.

Coraz więcej przybywało nowych mieszkańców: z Rzeszowskiego i Wileńskiego. Dla ludności autochtonicznej został otworzony kurs repolonizacyjny, który prowadziłam w gadzinach wieczornych. Dla starszej młodzieży utworzono też kurs oświaty dorosłych, którego zajęcia organizowałam po południu. Na kursach tych uczyłam mówić, czytać i pisać po polsku. Początkowo zdarzało się, że przeszkadzali mi w tym osadnicy zza Buga, były wypadki, że kursanci wychodząc z klasy byli obrzucani piaskiem i miałem węglowym. Jeden z nich został wynurzany w miale torfowym i popiele. Wszystko to musiałam jakoś łagodzić, ale dostało się i mnie. Z jednej strony anonimy — by nie zajmować się uczeniem autochtonów, z drugiej oni stawali się podejrzliwi wobec mnie, frekwencja na kursach zmalała.

Zmieniać się zaczęło dopiero od lutego 1946 r. Wtedy na kursie oświaty dorosłych wyćwiczyłam sztukę pt. „Mundur swatem". Wystawialiśmy ją w okolicznych wsiach. Z dziećmi przygotowałam sztukę pt. "Szumi Bałtyk", którą daliśmy na l Maja. Dzień ten obchodzony był niezmiernie uroczyście. Na boisku szkolnym zebrali się bez wyjątku wszyscy mieszkańcy wsi. Sztuka; śpiew i deklamacje wierszy — wszystko co dały dzieci — było oklaskiwane z wielkim entuzjazmem.

Na jednym z zebrań rodzicielskich wygłosiłam referat na temat ziem odzyskanych. Sołtys ob. Kossakowski zaapelował do ludności, by naprawić drzwi w szkole, okna i bramę. Wybrana została rada szkolna, budynek szkolny stopniowo reperowano.
Pieszo, rowerem, furmanką, docierałam na konferencje do inspektoratu do Człuchowa. Przydzielono szkole trochę pieniędzy na dożywianie dzieci. W różnych sprawach radziłam się wtedy kierownika szkoły w Przechlewie (12 km) ob. Gospodarka, zaprowadziłam kancelarię szkoły. Równocześnie raz w miesiącu jeździłam do Zlotowa do liceum pedagogicznego dokształcać się. Przez wszystkie trudności przebrnęłam i zdobyłam kwalifikacje.

Rok 1947 był już łatwiejszy. Szkoła rozwijała się. Wyszłam za mąż i po pewnym czasie uczyłam już w szkole razem z mężem. W 1959 roku stare budynki szkolne opuściliśmy, wprowadzając się do nowej pięknej szkoły.

Ludwika Tesmer * (16.09.1921 – 15.07.1995)
Urodziła się w rodzinie Kuczkowskich na Zaborach w parafii Wiele. Podczas nauki w Liceum Pedagogicznym w Złotowie poznała przyszłego męża także słuchacza tej szkoły - pochodzącego z Zakrzewa – Antoniego Tesmera.
Pani Ludwika była nauczycielką języka polskiego. Pracowała w szkołach podstawowych w Sąpólnie Człuchowskim (1945 r.), Nowej Wsi (1945-1967) oraz w Suchej Koszalińskiej (1967 – do czasu przejścia na emeryturę ). Z kolei jej mąż nauczyciel historii był nasamprzód nauczycielem w Nowej Wsi (1948- 1967) a potem jak małżonka w Suchej Koszalińskiej. W tej miejscowości oboje zmarli i zostali pochowani na miejscowym cmentarzu.
W Suchej Koszalińskiej mieszka dwójka dzieci państwa Tesmerów – druga dwójka w Koszalinie. Tradycje nauczycielskie w rodzinie podtrzymuje po dziadkach ich wnuczka, córka p. Hanny Ajerskiej, której dziękuję za udzielone mi informacje (i zdjęcie) o swoich rodzicach.
Dziękuję także za życzliwość i pomoc p. Mścisławowi Wikaryjczakowi dyrektorowi SP w Przechlewie /tz/


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: suplementy apartamenty wakacyjne