NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Znad jezior Gardzieńskiego i Łebskiego

[NG: 36]   Autor: Eugenia Romanówna - Toruń (liczba artykułów: 1)
Smołdzino. Dom z dachem naczółkowym.

Smołdzino. Dom z dachem naczółkowym.


Rowy. Dach stodoły z „wolim oczkiem”. Sciany
szachulcowe.

Rowy. Dach stodoły z „wolim oczkiem”. Sciany
szachulcowe.


Kluki. Gospodarstwo słowińskie.

Kluki. Gospodarstwo słowińskie.


Rowy. Żuraw - rosocha.

Rowy. Żuraw - rosocha.


Rowy. Szopa rybacki ze starej łodzi.

Rowy. Szopa rybacki ze starej łodzi.


(Wspomnienia z wyprawy etnograficznej, zorganizowanej staraniem prof. dr B. Stelmachowej z Zakładu Etnologii i Etnografii U. M. K. w Toruniu, w sierpniu 1948).

Wyprawa nad jezioro Gardzieńskie i Łebskie 'była najciekawszą i najmilszą spośród wszystkich wypraw dokonanych przez studentów etnografów w ostatnim sezonie letnim. Wprowadziła nas ona w teren obfitujący w zespół ciekawych i różnobarwnych form morfologicznych, zapoznała nas z kulturą ludową oraz ze specyficzną gospodarką i sposobem bytowania na tak odmiennym i odległym zakątku Polskiej ziemi.
...Dogodną drogą, w niespełna dwie godziny jazdy autobusem, dostajemy się ze Słupska do jednej z najstarszych osad, związanej już ze strefą przybrzeżną — Smołdzina. Położona u stóp Rewekolu, najwyższego wzniesienia tej okolicy, po półn.-wschodniej jego stronie, wieś ta wykorzystała do rozbudowy łatwy do obrony odcinek, pomiędzy wyniosłym wzgórzem, i blisko do niego podchodzącą rzeką Łupawą.
Uważny przegląd osiedla pozwala bez trudu odczytać stopniowy jego rozwój: okrągły plac lekko wyniesiony z kościołem i zwartym pierścieniem domów naokoło, stanowił prawdopodobnie zaczątek, może nawet jako słowiańska okolnica. Dalszy rozwój osady postępował półkoliście wzdłuż krawędzi wzgórza.
Stare chaty trzciną kryte, budowane na szachulec, dwuizbowe, z kominem centralnym w pośrodku, zbliżone w konstrukcji do chat kaszubskich, stanowią odmienny obraz aniżeli cześć wsi rozbudowana po przeciwnej prawej stronie rzeki. Wzniesione w tej ostatniej nowoczesne piętrowe domki z balkonami, hotelikami, ulice brukowane, są pochodzenia bardzo niedawnego i w przeciwieństwie do niezwykle ciekawej starszej części nie wyróżniają się żadnym interesującym szczegółem.
Na południe od Srnołdzina wśród niskiego i prawie równego otoczenia wyrasta wspaniały Rewekol (115 metrów). Stanowi on półn.-wsch. zakończenie i najwyższy punkt amfiteatru wzgórz czołowo - morenowych, otaczających od południa jezioro Gardno. Oglądany z daleka, przedstawia się jako regularny stożek. Wzgórze Rewekol było ,,świętą górą" dawnych mieszkańców wybrzeża. Na nim składano ofiary bogom słowiańskim. I dlatego tak ważnym jest dla nas to przepiękne wzgórze. Sama jego nazwa zresztą wywodzi się ze słowiańskiego określenia: „koło na Rewie", Rewą określa lud przybrzeża półwyspowe wysunięcia lądu w morze. Dziś jeszcze spotykamy nazwę osady Rewa, przy nowotworzącej się mierzei w północnej części Kępy Oksywskiej. Rewekol zatem stanowił istotnie „koło" (okrągłe wzgórze) wysunięte w morze. Z czasów tych utrzymuje się tradycja, że na wzgórzu wznosiła się latarnia, zbudowana przez odległych przodków, pozostałej tu jeszcze autochtonicznej słowińskiej ludności.
Wejście na szczyt Rewekolu nie przedstawia specjalnych trudności. Osiągamy go bez zmęczenia idąc dogodną, szeroką, spiralnie wijącą się drogą. Stoki wzgórz porośnięte drzewami sosnowymi, świerkowymi i bukowymi. Małe okienko1 wśród krzewów (wieża triangulacyjna chwilowo niedostępna) daje niezwykle ciekawy widok na bardzo pouczający wycinek krajobrazu: obserwujemy tu zbiegające się różnorodne formy morfologiczne, typowe dla nowopowstałych jezior przybrzeżnych. Widoczny na północnej krawędzi jeziora pas mierzei odcina obecnie od otwartej przestrzeni wodnej dawniejszą zatokę morską. Niski, bagnisty brzeg wciąż zacieśniającego się jeziora oraz blisko podchodzące doń od południa wzgórza morenowe pozwalają na żywo odczytać historię powstania tego tak niedawno ukształtowanego krajobrazu,
W bliskim sąsiedztwie Rewekolu na półn.-zachodzie rozsiadły się Człuchy, niewielki lecz bardzo charakterystyczny przysiółek rzędowy. Leży on na pograniczu bagnistych łąk u stóp krawędzi dość znacznej wydmy, powstałej z nanosów rzeki Łupawy.
Człuchy mało zmienione przez obce wpływy, przedstawiają pod względem etnograficznym ważny zabytek. Uderza nas tu przede wszystkim układ zabudowań. Przy drodze wznoszą się długie stodoły, które mają z boku lub w pośrodku odrzwia służące jako bramy wjazdowe nie tylko do samych stodół, lecz do całego obejścia gospodarskiego. Inne zabudowania tworzą pozostałe ramy czworoboku. Podwórze zamyka z drugiej strony dom mieszkalny. Na zewnątrz przed stodołą pusty plac dochodzący do samej drogi. Ostatni zwłaszcza szczegół wskazuje na przejściową fazę w rozwoju osadnictwa słowiańskiego. Puste przestrzenie bowiem są pozostałością po ogródkach, które, jak świadczą o tym przeprowadzone w tej mierze badania, zajmowały przestrzeń między stodołą a drogą. Cennym zabytkiem etnograficznym są również dość licznie zachowane tu strzechy trzcinowe cztero spadło we, dwuizbowe wnętrza domów z zachowanym piecem centralnym, stare szachulcowe ściany, w miejscach silnie zniszczonych pokryte szalowaniem. Prymitywne żórawie oparte na naturalnych rozwidlonych pniach dopełniają całości typowego słowiańskiego zakątka.
Następnym, ciekawszym momentem w naszej wędrówce były Kluki, położone na po-łud.-zachodnim wybrzeżu jeziora Łebskiego. Osada powstała w odmiennych warunkach aniżeli poprzednie, wyróżnia się odmiennym sposobem bytowania mieszkańców. Krótsza
droga do niej od Smołdzina prowadzi wzdłuż kanału, odwadniającego bagniste pobrzeża jeziora Łeby. Równina ta, produkt akumulacyjny zachodniego, dziś już zamarłego wlotu rzeki do jeziora, stanowi olbrzymie połacie nieco podmokłych łąk, o wybujałym nadmiernie gąszczu trawiastym.

W niewielkiej odległości od Kluk mijamy las świerkowo-sosnowy, rosnący na bardziej już osuszonym terenie. Las przecina wyborowa szosa, zbudowana kilkanaście lat przed wojną przez sołtysa i miejscową ludność. Prowadzi nas ona do samych Kluk Smołdziń-skich.
W szeregu domów, dziś różnych już typów, stojących po obu stronach drogi, napotkać można wiele jeszcze starych chat. Niektóre z nich trzysta lat liczące wykazują prymitywną budowę. Opierają się one na fundamencie z luźno ułożonych głazów, z których cztery największe, podłożone na narożnikach, stanowią główne oparcie. Sposób budowy notowany często u naszych Kaszubów. Uczucie swojskości wywołują bielone wycinki szachulcowych ścian, pochylone trzcinowe strzechy z dobrze nam znanymi naczółkami, niekiedy nawet czterospadowe.
Sąsiednie przysiółki, należące do Kluk Smołdzińskich, jak Pawełkowicze i Żelazne Kluki zachowały w silniejszym jeszcze stopniu niczym nie zmącony swoisty charakter, I dlatego może czujemy się tu, wśród tych niskich, strzechą krytych chatach, jak w prawdziwej wsi polskiej. Wszak to dzieło Słowińców. Z przedwojennej cyfry 631 mieszkańców pozostało obecnie 244. Na miejsce wysiedlonych Niemców przybyła nowa ludność polska, która przywykła już do trudnych warunków i dzielnie kontynuuje pracę poprzedników.
Otoczenie moczarami, brak dogodnej komunikacji i odległość od większych ośrodków ochroniło ten zakątek od wpływów germańskich i pozwoliło żyć jej mieszkańcom własnym życiem słowiańskim. Wykazali oni szczególny zmysł w dostosowaniu się do-podmokłego bagnistego otoczenia, które mimo długo trwających prac melioracyjnych, wciąż jeszcze jest niedostatecznie osuszone i trudne do przebycia. Wszak do dziś dnia do przysiółka, zwanego Zimne Kluki można dojść tylko długim drewnianym pomostem, wzniesionym na dość znaczną wysokość ponad mokradłami. Szczególne to robi wrażenie w dzisiejszym, cywilizowanym świecie, w samym środku Europy.
Mokre podłoże wycisnęło swoiste piętno na wszelkich dziedzinach życia. Domy np. nie są ściśle zespolone z fundamentem. Gdy ten ugrzęźnie zbyt głęboko w elastycznym podłożu, podnosi się domy i podważa podwalinę. Ruchome budowle na niestałym dnie! Rzecz zdawałaby się- niewiarygodna, a jednak prawdziwa! Nawet koń ma tutaj specyficzne „obuwie", które mu nakładają w okresach dżdżystych, kiedy grunt staje się bardziej grząskim. Są to pospolicie zwane „klumpy" — szerokie, drewniane oprawy, powiększające powierzchnię oparcia kopyta.
Charakter terenu wymaga ustawicznej pracy polegającej na oczyszczaniu rowów, poszerzaniu ich, wzruszeniu ziemi po spaleniu trawy, zbytnio wybujałej na wilgotnym podłożu. Kilka narządzi jakimi .sio miejscowa ludność posługuje pokazuje rysunek. Uderza prymitywny, lecz bardzo celowy ich kształt.
W okresie początkowego osiedlenia ludność żyła wyłącznie z rybołówstwa. Uprawiano tyle tylko ziemi, ile to było konieczne do życia. Nie dbano o zwiększenie plonów, traktowano zajęcie na roli jedynie ubocznie. Najwymowniejszym tego świadectwem jest fakt, że jeszcze czterdzieści lat temu uprawiano ziemię ręcznie łopatami.
Z czasem, dzięki przedsiębiorczości bardziej energicznych jednostek, zyskano coraz większe tereny cło uprawy, założono ogrody, rozwinięto hodowlę bydła na szerszą skalę. Dziś więc mieszkańcy Kluk są i rolnikami i rybakami. Ziemia torfiasto-piaszczysta daje niezłe plony. Szczególnie rodzą się tu ziemniaki i — też rzecz niezwykła — czarny owies. Łąki sprzyjają hodowli bydła, drobne rybki stanowią doskonały pokarm dla świń. Uzyskiwany przed wojną nadmiar produktów potwierdza zasadę, że wola ludzka przezwycięża wszelkie trudności.
Życie rybackie, mimo ogromnego zniszczenia w okresie wojennym i powojennym, trwa nadal. Przy każdej prawie chacie wiszą narzędzia rybackie, sieci suszące się po połowach, naprawiane .lub odświeżane. We wnętrzu dziewczęta zajęte są pilnie przygotowaniem przynęty na węgorze.
Dużo ciekawych szczegółów etnograficznych dostarczają te odległe, w bagnach ukryte Kluki!
Z Kluk o świcie przewijamy się motorówka przez jezioro Łeba na przeciwną stronę do Bolencza. Gęsta ranna mgła zasłania cały widok. Sternik wpatrzony bez przerwy w kompas — kieruje prosto do celu. W Bolenczu, małej przystani rybackiej czekają już na naszą łódź rybacy z nocnym połowem. Przeładowują go na kuter, który z kolei zabiera połów z następnych przybrzeżnych przystani i dostawia do miasteczka Łeby.
Na południowym skraju mierzei Łebskiej, pod olbrzymimi wydmami, widnieje kuka szop rybackich. Niektóre z nich mocno zniszczone chylą swe strzechy trzcinowe ku ziemi. I one wszystkie kryją swoiste cechy słowiańskie, wyrażone czy to w przyźbowym dachu trzcinowym, czy w białych kwadratach szachulca, gdzie miejscami odpadłe partie gliny z sieczką odsłaniają pionowo sterczące drążki, okręcone słomą. Rybacy mieszkają w nich tylko w okresie połowów.
Przeprawa przez mierzeję jest trudna. Drogi na mapach znaczone, przeważnie już nie istnieją. Zatarły je dziko królujące tu siły przyrody: piasek wędrujący lub gąszcze, rozpościerające się w podmokłych obniżeniach. To też z prawdziwą radością powitaliśmy brzeg morski!
Poznany odcinek wybrzeża stanowi prawdziwe bezludzie. Tylko plaża piaszczysta opłukiwana przez bijące fale, nieskończone pasma wydm o różnych rozmiarach, miejscami swobodnie wędrujące, miejscami złączone w zwarty wał, stanowią jedyne urozmaicenie. Za wydmami kryją się szopy rybackie nowego typu, chwilowo bezużytecznie stojące. Poza tym pustka.
Pierwsza osada jaką napotkaliśmy na mierzei, idąc na zachód, były Rowy. Ciekawie rozbudowane pomiędzy morzem i jeziorem Gardno w pobliżu ujścia rzeki Łupawy do morza. Po prawym brzegu rzeki zaledwie kilka domków bezładnie rozrzuconych u podnóży wydm. Większość osiedli zajmuje lewobrzeżną część. Osada związana z tak wielkimi zbiornikami wodnymi zachowuje oczywiście charakter czysto rybacki. Już przy samym wejściu do wsi witają nas ciekawe szopy rybackie ze starych łodzi, przeznaczone na sprzęt. Szop takich spotkaliśmy kilka. Są one szczególnie charakterystycznym obiektem dla typowych nadmorskich wsi rybackich. Wnętrze wsi również bogate w cenne pamiątki dawnej kultury ludowej. Nie mniej od prymitywu w budownictwie i życiu Kluk, zadziwiły nas oryginalne chaty kurne, do dziś jeszcze spotykane na zachodzie! Co prawda uległy lekkiej „modernizacji", nie mniej jednak pewne szczegóły nie budzą najmniejszych wątpliwości co do ich pierwotnego charakteru. Szczególnie podkreślić należy podwójne poddasze z silnie zadymionymi i osmolonymi belkami stropu górnego, widniejące szpary pod dachem, komin dobudowany nie w środku," jak zwykle, lecz z boku. Przy jednej, specjalnie przez nas badanej chacie, zwróciły uwagę ważne dla kultury polskiej szczegóły: płatew, na której spoczywają krokwie, nie wysuwa się poza pion utworzony przez pozostałe belki zrębowe, lecz stanowi z nimi jedną ciągłą linię. Rys wyłączny dla budownictwa polskiego. Fakt godny zanotowania! I nie bez znaczenia jest dach czterospadowy, trzciną kryty!
Większość domów jest zbudowana w podobnym stylu: są wydłużone, szachulcowe, z trzcinową strzechą, z jednym lub kilkoma półkolistymi odchyleniami, zwanymi. ,,wole oczko". Przy chatach często spotykane stare zórawie, Całość robi miłe wrażenie i również wydaje się nam bliskie i znane.
Punktem końcowym naszej wyprawy była Gardna, Położona nad samym jeziorem, na wyniosłych wzgórzach morenowych. Jeszcze wyraźniej aniżeli w Smołdzinie. wyodrębnia się spośród splotu ulic okazały plac, otoczony wokoło zabudowaniami. W przerwach między nimi wybiegają kręte ulice, układ zgodny z pierwotnymi okolnicami. Rozwój osiedla wybiegł oczywiście poza ramy pierwotnego swego zasięgu: budynki rozsiadły się w różnych odcinkach wyniosłości, schodząc od partii wyższych do samego jeziora. Rozwijające się życie zaciera stare ślady. Nie wiele tu już pozostało okazów czysto ludowych. Parę tylko stodół drewnianych, parę strzech wyziera wśród czerwonych dachówek. Dlatego też wyszukiwanie pierwotnych form na naszym Pomorzu ma pierwszorzędne znaczenie dla etnografii polskiej.
Ostatni obraz, który nam utkwił w pamięci, to rozłożyste olbrzymie sieci rozwieszone na pałach, lekko poruszające się ponad tonią jeziora Gardzieńskiego. Było ich dużo. Pasmo za pasmem sunące w głąb. Na brzegu powalone sztenderki, łodzie wyciągnięte z wody. Miły obraz z życia rybackiego, jeden z wielu spotkanych w tej nadwodnej krainie.
Po wyprawie gardzieńskiej odbyliśmy szereg innych w rejonie Gdyni, Gdańska, Helu i Żarnowca. Najbardziej interesującą jednak była powyżej omówiona. Pozwoliła nam ona zbadać kulturę ziemi tak długo od Macierzy oderwanej a minio to kryjącej w sobie choć nieliczne, lecz prawdziwie polskie ślady!
Wyprawa ta doszła do skutku dzięki staraniu Prof. dr. B. Stelmachowskiej oraz dzięki poparciu Departamentu Nauki Ministerstwa Oświaty i życzliwemu poparciu Rektora U. M. K. prof. dr. Koranyego.

(Ziemia – Ilustrowany Miesięcznik Krajoznawczy nr 12 – Warszawa grudzień 1948r.)

NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: upadłość T-Bomb 2 glutamina professional Gadżety reklamowe pobyt stały w Niemczech|motory sprzedaż blog filmowy mentis pozycjonowanie sieć serwerów cs 1.6 Forum Kraj Praca