NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

(Historia rodziny v. Wedel od roku 1945)
Szanowne Panie, Szanowni Panowie

Poproszono mnie, abym opowiedziała państwu o pożegnaniu rodziny v. Wedel z Pomorzem oraz o dalszej historii rodziny po 1945 roku.
Mówiąc o historii ucieczki muszę poruszyć temat tabu, który jest w Polsce traktowany z dużą wrażliwością. Ucieczki jest także tabu w Niemczech. Nikt nie chce wspominać tego mrocznego czasu ponieważ wywołuje on ciągle bolesne wspomnienia. Dla nas, potomków ludzi, którzy w roku 1945 musieli opuścić swoją ojczyznę, jest ten temat nierozdzielny z historią rodziny oraz stanowi część własnej tożsamości.
Urodziłam się w roku 1955, czyli 10 lat po zakończeniu wojny. Czas o którym mam mówić znam głównie z rodzinnych opowieści. Moja mama pochodzi z Saksonii. Tata Ernst v. Wedel urodził się w 1925 r. na Pomorzu, w małej wiosce Suliszewo koło Łobza. Jego ojciec, Friedrich Wilhelm v. Wedel urodził się we wsi Kania koło Chociwla. Posiadłość gdzie dorastał do 1945 była ponad 600 lat w posiadaniu Wedlów... 700 lat Pomorze było głównym regionem całego rodu Wedlów. Były wyjątki, na przykład Wedlowie z Reetz-Nörenberg (Recz/ Ińsko) opuścili Pomorze. W XVII w. uzyskali wpływy w Danii i w Norwegii. Ich przodkowie Wedel – Wedelsborg w Danii oraz Wedel-Jarlsberg w Norwegii, należą tam dzisiaj do najważniejszych rodzin. Mimo zmian politycznych i społecznych. Wedlowie do XX w. należeli na Pomorzu do największych posiadaczy ziemskich.
Od XIII w. pomorscy książęta przekazali rodzinie duży majątek który stanowił swoisty wedlowski kraj. Odpowiedzialność za jego rozwój spoczywał w rękach rodu. Później po rozwiązaniu lenna, był on we władaniu indywidualnym. Uczucie wspólnej rodowej odpowiedzialności, trwało do końca. Do dziś czuje się związek z pomorskim domem gryfickim np. w postaci nadawania imion (Bogislav).
W pierwszych miesiącach 1945 roku Wedlowie jak inni musieli pożegnać się z Pomorzem. Uczucie strachu potęgowały słowa pewnego oficera „ Gdy sowieccy i polscy żołnierze potraktują nas tak jak my ich traktowaliśmy na początku wojny, to ułaskaw nas Boże!”...Wielu Niemców, którzy planowali ucieczkę, miało nadzieję, na powrót do domu po wojnie, której koniec był do przewidzenia. Inni nie mieli takich złudzeń. Przekonanie, że Niemcy mogliby liczyć na nagrodę za gardzącą człowiekiem politykę Hitlera, nie zdobyło uznania.
Mój tata mówił o wujku, który powiedział:„oddam chętnie mój cały majątek gdy my Niemcy pozbędziemy się „brązowej zarazy”(na myśli miał Nazistów)”. Ojciec, który w 1945 r. miał 19 lat powiedział, że aby to zrozumieć potrzebował więcej czasu.
W styczniu 1945 r. armia rosyjska rozpoczęła szturm na Rzeszę…Na froncie pojawiły się szyldy z napisem: „Czerwonoarmisto stoisz teraz na niemieckiej ziemi – godzina zemsty wybiła!”
I przyszła zemsta za to co rosyjska ludność przed paroma laty wycierpiała ze strony armii niemieckiej. Opisy tych okrucieństw są przerażające, lecz chciałabym sobie i państwu ich zaoszczędzić.
Wg planu zorganizowana ucieczka powinna rozpocząć się dopiero wtedy, gdy front oddalony był ok 15 km od miasteczka. Przy wcześniejszej ewakuacji obawiano się, paniki która mogła zblokować szlaki komunikacyjne. Wprowadzono organizację kolumn dla poszczególnych miejscowości, nieplanowane kolumny były surowo zabronione.
Odpowiedzialni byli miejscowi przewodniczący kół niemieckich socjalistów, którzy myśleli raczej o rozkazach z góry niż o ludziach.
28 stycznia udało się Rosjanom zdobyć most w Starym Osiecznie. Była to miejscowość w 1350 roku nadana rodzinie von Wedel. Swego czasu Wedlowie posiadali 23 miast, 7 miasteczek, 78 wsi, obszerne lasy oraz wrzosowiska. Przez stulecia dolina Drawy w oparciu o Osieczno i Drawno, była naturalną granicą między Niemcami a Polską… 30 stycznia Rosjanie opanowali Jarosławsko k. Myśliborza. Była to pierwsza miejscowość Wedlów zajęta przez Rosjan. Nadeszli gdy kolumna samochodów stała gotowa do wyjazdu. Właściciel Jarosławska Wedego von Wedel został aresztowany. Po przesłuchaniu oznajmiono mu, że jest wolny. Obrócił się aby iść i nagle został zbity dwoma strzałami. Duży majątek w Jarosławsku został doszczętnie spalony. Samochody zostały splądrowane. Pani Ottonia. von Wedel z dziećmi jesienią 1945 roku została przez polskie władze wydalona i musiała iść piechotą do Brandenburgii.
Do miejscowości na Pomorzu dotarły pierwsze fale uciekinierów ze wschodu, musieli otrzymać miejsca do spania i jedzenie. Niektórzy miejscowi wysyłali swoje dzieci na zachód przy czym sami zostawali by organizować ewakuację wiosek i opiekę dla uchodźców. Nielegalna ewakuacja była ciągle karana śmiercią. 31 stycznia moja babcia Charlotte von Wedel opuściła swój dom. Jechała wozem gospodarskim na którym zbudowano dach z elementów ciągnika. W tym pojeździe siedziało także 6 jej córek w wieku od 2 do 16 lat, oraz inni ludzie z wioski i uciekinierzy ze Szczecina, razem 14 osób. Zabrano tylko niezbędny bagaż ciepłe ciuchy, pościel i żywność. Nie było miejsca na osobiste przedmioty czy też pamiątki rodzinne. Mój dziadek i inni mieszkańcy zostali w domu ponieważ myśleli, że kobiety i dzieci wrócą najpóźniej za parę tygodni. Rodziny nie mogły sobie wyobrazić, że to pożegnanie z Pomorzem jest pożegnaniem na zawsze…Na początku lutego wojska rosyjskie zajęły posiadłości von Wedlów w Płotnie i Przywodziu k. Pełczyc. Tutaj rodziny zostały zaskoczone przez Rosjan i nie mogły na czas uciec. Był transport 60 samochodów który jednak ruszył na zachód. Gdy krótko po tym dotarła armia sowiecka spaliła doszczętnie majątek i dużą część wsi. 3-go marca Rosjanie zdobyli 9 majątków Wedlów przede wszystkim w okolicach Nowogardu, Dobrej, Chociwla i Stargardu. Sytuacja była chaotyczna: niektóre kolumny zostały wyprzedzone przez rosyjskie czołgi i wysyłane z powrotem, wielu zostało przez Rosjan zastrzelonych albo rozjechanych czołgami. W Zwierzynku koło Dobrej rodzina von Wedel ewakuowała się razem z mieszkańcami wsi… Ulice i mosty były zapchane, noce były mroźne, tysiące uciekinierów zmarło.
Z niemieckiej ludności zmarło na Pomorzu 489 tys. ludzi, jest to 26,4% całej ludności…
Dziś Państwo w Polsce a my w Niemczech chcemy razem patrzeć w przyszłość i zapomnieć okrucieństwa wojny. Niemiecki historyk powiedział: „Kto nie uczy się z historii, będzie zmuszony ją powtórzyć.” – i to jest coś czego powinniśmy dzisiaj w Europie wszystkimi siłami unikać.
Jest to więc dla wszystkich stron bolesne, ale też ważne, że możemy, korzystając z lekcji historii, uczyć się od siebie nawzajem.
Poproszono mnie także, abym opowiedziała państwu o dalszych losach rodziny v. Wedel. Zachód Niemiec był nieznany rodzinie v. Wedel. Tylko niektórzy mieli w tej części kraju krewnych. Także tu miasta i wioski były zniszczone. Nie było mieszkań, jedzenia oraz pracy.
Uciekinierzy ze wschodu warunków do przeżycia dla swoich rodzin i schronienia poszukiwali głównie na wsi. Nie byli przyjmowani entuzjastycznie.
Moi dziadkowie z dziećmi, musieli mieszkać w nieogrzewanym garażu w Ostholstein, na północ od Hamburga. Była wtedy niezmiernie ostra zima nawet Bałtyk zamarzł. Później otrzymali pokoik na poddaszu u pewnego rolnika. Ciężko było wyżywić rodzinę. Pracy było niewiele, więc dziadek i ojciec małym starym traktorem z ewakuacji zaczęli świadczyć usługi transportowe i w ten sposób trochę zarabiać.Nie wiadomo było, gdzie osiedlili się inni Wedlowie.Dopiero po pewnym czasie odnalazło się rodzeństwo, krewni i dziadkowie.
Każdego z członków rodziny troszczył się o siebie i własną rodzinę, o znalezienie dachu nad głową, o pracę, o stworzenie nowego domostwa.
Z tego czasu zachował się list, mego dziadka Friedricha -Wilhelma von Wedel napisał on do swojego brata Martina, który osiedlił się ze swoją rodzina w okolicach Hannoveru w Niedersachsem. W liście dziadek opisuje swój smutek po opuszczeniu ojczyzny na Pomorzu. I nie ma w nim mowy o utracie bogactw, prestiżu, pałaców, lecz o bólu spowodowanym niepowetowaną stratą dokumentów dotyczących kilkuwiecznej historii rodziny. Napisał, „ Utrata zdjęć rodziców i przodków jak również pamiętnika czy korespondencji rodziców jest dla potomków jakby pozbawieniem korzeni ich siły.”
Widać jak bardzo rodzina utożsamiała się ze swoją historią. O historii tej myślano w poszczególnych generacjach, wiedziano o wielu szczegółach z życia przodków, z historii domu, wsi i kraju. Utrata starych, przez pokolenia dziedziczonych dokumentów i portretów przodków zaburzyła wewnętrzne jestestwo. Zewnętrzne warunki kazały traktować tę utratę marginalnie. Jako „dobrzy Prusacy” nie obnosili się ze swoimi osobistymi troskami i biedą, Troszczyli się w poczuciu dużej samodyscypliny o potrzeby swojej rodziny Na zachodzie
nikogo nie interesowała historia uchodźców, ponieważ każdy musiał uporać się z biedą owych czasów. Smutek i przerażenie spowodowane utratą ojczyzny i znacznej części własnego jestestwa zostało, jak określają psycholodzy, „przytłumione”.
Znana niemiecka psycholog Astryd von Friesen stwierdziła: „Gdyby miliony uchodźców ze Wschodu popadłoby po zakończeniu wojny w depresję i użalanie się nad samym sobą, byliby zupełnie niezdolni do pracy, a Niemcy nie mogłyby przeżywać szybkiej odbudowy i „cudu gospodarczego” lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych”.
Patrzono w przyszłość, działano, podejmowano każdą pracę, która pozwoliłaby ludziom przeżyć. Podobnie było w rodzinie Wedlów. Np. ostatni właściciel majątku Wieleń Pomorski Albert von Wedel, był handlarzem ryb, później z żoną przejęli prowadzenie małego domu starców. Inni członkowie rodziny pracowali w firmach gorseciarskich, artykułów gospodarstwa domowego, w gospodarstwach chłopskich a inni wykorzystywali na przykład swój talent do gry na pianinie i byli organistami w kościele.
Dla dzieci i młodzieży wykształcenie było na pierwszym miejscu. Mój inny dziadek mówił:
„Tego co macie w głowie nikt nie może wam odebrać.”
Wielu z tych, którzy byli w czasie ucieczki jeszcze dziećmi, rozwinęło w sobie silne poczucie ambicji wynikającej z wieloletniego ciężkiego położenia. Musieli oni odnaleźć się w zupełnie nowym świecie, w którym nikt nie chciał wiedzieć niczego z długiej historii rodziny na Pomorzu.
Kilku Wedlów wyemigrowało do USA lub Kanady i początkowo pracowali tam na farmach lub przy ścince drzew w Kanadzie. Dla tych, którzy zostali w Niemczech, pojawiły się nowe wyzwania i szanse. Po raz pierwszy wielu miało możliwość wyuczyć się zawodu, który odpowiadał im.Do czasów drugiej wojny niemile widziane było, aby synowie wykonywali inne zawody niż rolnicy czy oficerowie. Zawody takie jak duchowny, historyk były przyjmowane z zmarszczeniem czoła...Po wojnie te ograniczenia były bez znaczenia. Kilku Wedlów zostało przy tradycyjnych zawodach ; oficer, rolnik, leśnik, lecz innym pasowało zostać nauczycielem, lekarzem, naukowcem, rzemieślnikiem. Czyli zgodnie z własnymi życzeniami i talentami. Mój ojciec został inżynierem a później przedsiębiorcą, moja matka została weterynarzem. Dawniej obydwie kariery byłyby nie do pomyślenia.
Te nowe możliwości postrzegane były jako wyzwolenie. Równocześnie generacja naszych rodziców próbowała swoim dzieciom przekazać historię rodu na Pomorzu i wymiar wartości przekazywanych przez pokolenia. To nie mogło być całkiem proste, ponieważ moje pokolenie wzrastało w zupełnie innym świecie. Nasz świat nie składał się z zamków
i potężnych majątków, nie znaliśmy miast których herby były jednocześnie herbami rodzin co do dzisiaj ma miejsce na Pomorzu... Mieszkaliśmy z naszymi rodzicami w ciasnocie małych mieszkań, musieliśmy zdobywać wykształcenie jak w owym czasie każde inne dziecko i musieliśmy wykształcić w sobie własne uczucie do ojczyzny, w której przyszło nam mieszkać. Tutaj na Pomorzu było podobnie. Rodzice naszych polskich rówieśników, którzy opuścili Kresy, zostali katapultowani w zupełnie nowe, obce im środowisko., które dla ich dzieci nieco później stało się ojczyzną.
Tradycja nie tak łatwo umiera, wzrastaliśmy ze wspomnieniami naszych rodziców o Pomorzu, z nielicznymi rzeczami, które mogli uratować i przywieźć do nowej ojczyzny.
To, co z Pomorza zachowało się, to kilka książek o historii rodziny, kilka albumów, drobiazgów ze srebra, kilka obrazów przodków, które przed ucieczką zostały ze względu na oszczędność miejsca wycięte z ram i zrolowane…
Podróże na Pomorze możliwe były dopiero później, lecz wielu byłych uchodźców obawiało się konfrontacji ze starą ojczyzna.„Chcę zachować mój dom takim we wspomnieniach, jaki był przed 1945”, brzmiało wiele razy słyszane zdanie.
Tęsknota za Pomorzem była mimo to ogromna…
Konflikt emocjonalny, z którym musieli sobie dawać radę wszyscy uchodźcy, jest szczególnie wymowny dla mnie w zdarzeniu, które mój ojciec przeżył w roku 1959.
Ojciec został zaproszony w tym roku przez Politechnikę w Warszawie w celu wygłoszenia wykładu. Podróże prywatne do Polski były w owym czasie niemożliwe, lecz ojciec wyraził zgodę na podróż pod dwoma warunkami, które zostały spełnione: chciał jechać swoim samochodem i zabrać ze sobą „asystenta”. Tym „asystentem’ był jego ojciec.
Po wykładzie w Warszawie jechali po raz pierwszy od 1945 przez starą ojczyznę na Pomorzu, widzieli wiele starych domów rodzinnych, zniszczone miasta i wsie. Domy w Suliszewie i Kaniach zachowały się.W Suliszewie zaniechali przejazdu przez wieś, poszli do lasu by zobaczyć drzewa, które mój dziadek kiedyś posadził.
Tata opowiadał, jak on i dziadek, przepełnieni emocjami,siedzieli w starej ojczyźnie na skraju lasu i płakali. – „Tak, mój chłopcze”, powiedział w końcu dziadek, „ pojedźmy teraz do domu!” i obydwaj wiedzieli, że dom to w tym przypadku rodzina.
Ale nim wyjechali ojciwc wykopał w ogrodzie rodzinnym mały pęd dębu i posadził go później w naszym ogrodzie w Bielefeld. w zachodnich Niemczech. Ten dąb stal się w przeciągu ogromnym drzewem i przypomina nam o ojczystej wiosce mojego ojca.
Podsumowując można powiedzieć, że ten szpagat miedzy stara a nową ojczyzną, między tradycją a nowoczesnością, od 1945 r. były zawsze ważnym tematem w rodzinie von Wedel.
Szczególnie w latach po ucieczce, w ciągu pierwszych trudnych dziesięcioleci na Zachodzie Niemiec, spójność i jedność w dużej rodzinie była dla każdego ogromnym emocjonalnym wsparciem…Wyrazy wdzięczności należą się tutaj przede wszystkim najstarszemu bratu mojego dziadka, Hubertusowi von Wedel Dannenberg/Kania, który w latach powojennych włożył całą swoją energię, aby doprowadzić do zjednania rodziny, tak że w roku 1959 miał miejsce pierwszy po wojnie zjazd rodzinny. Te spotkania odbywają się od tej pory corocznie w miesiącu wrześniu i stały się silnym elementem scalającym poszczególnych członków rodziny. Znaczący wkład w dokumentowaniu historii rodzinnej po wojnie wniósł także dziadek Joachim, Ludolf von Wedel, który w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych napisał dwie ksiązki na temat historii rodziny. Mimo to istnieje ogromna potrzeba dowiedzenia się czegoś więcej o przeszłości …
Stad też nasza ogromna radość i zupełnie nieoczekiwany prezent dla całej rodziny von Wedel, że tutaj, na teraz przecież polskim Pomorzu, budzi się zainteresowanie historią rodziny a renomowani historycy dr Grzegorz Brzustowicz zajmuje się tak intensywnie przeszłością rodziny. Nikt z nas tego nie oczekiwał. Dr Brzustowicz oddaje nam swoją pracą część naszego własnego jestestwa i za to jesteśmy jemu nieskończenie wdzięczni.
Także dzisiejszy dzień odczuwamy jako przedstawiciele dużej rodziny von Wedel jako nieoczekiwany prezent, ten dzień przepełnia nas ogromną radością i wdzięcznością.

* Referat został wygłoszony na spotkaniu rodziny von Wedel w 2007 r.

 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Najlepsze szkolenia bhpSzkolenia BHP Najlepsze szkolenia bhpSzkolenia BHP