Ilustracje do niniejszej legendy zatytułowaną - Spotkanie przy studni na człuchowskim rynku - wykonał artysta plastyk Jan Bernard Jakubowski – Człuchów 2007
Bardzo, bardzo dawno, kiedy człuchowskie jeziora otaczała rozległa puszcza, w miejscu, gdzie jest obecnie Rynek w Człuchowie, był słowiański święty gaj, w którym wyróżniał się dąb z rozłożystą koroną. Dąb w czasach słowiańskich był drzewem najdostojniejszym, utożsamiał boga błyskawic, ognia i nieba Peruna, uważano, że był niezniszczalny no prawie niezniszczalny, unicestwić mógł tylko ogień boży, czyli piorun tak uważali ówcześni mieszkańcy człuchowskich grodów położonych nad jeziorami. Kult, jakim otaczano dęby wynikał z żywotności tych drzew, a także przyciągania piorunów. Pod przewodnictwem kapłanów nazywanych żercami mieszkańcy adorowali drzewo tanecznymi korowodami i składaniem ofiar z owoców, nabiału, plastrów miodu z licznych barci znajdujących się w puszczy, palono też ogniska podczas święta kupały. Wierzono, że dębowe żołędzie oraz liście z zaklęciami kapłanów- leczyły wrzody, kołtuny, kurzą ślepotę i inne choroby. Wiarę w magiczną moc dębów kapłani świętego gaju wykorzystywali do wróżb przepowiadając, że kiedy jesienią liście dębów brązowiały wcześniej niż zazwyczaj a następnie przybierały barwę czerwoną – wróżyło pożar. Utrzymywanie się zeschłych liści na drzewie, aż do późnej wiosny wróżyło starcom w okolicy, że zostaną pradziadkami. Natomiast urodzaj żołędzi wróżyło powodzenie w hodowli trzody- ta przepowiednia sprawdzała się najczęściej, bowiem w tamtych czasach żołędzie stanowiły podstawą paszę w karmieniu świń.
W świętym gaju pod dębem znajdowały się olbrzymie głazy pozostawione przez lodowiec a pomiędzy nimi biło źródło krystalicznej wody spływającej małym strumykiem do jeziora. Opiekujący się świętym gajem kapłani polecali wodę z źródła mieszkańcom nie tylko jako lekarstwo na wszystkie choroby, ale też białogłowom- bowiem woda miała mieć moc poprawiania urody oraz przyspieszenia zamążpójścia.
Ale przyszedł czas, kiedy nad człuchowskie jeziora dotarła nowa religia, która wyznawana była w Europie od setek lat. Przybywali misjonarze wspierani zbrojnie przez władców Pomorza. W grodzie Słuchów pobudowano z kaplicę, w której nauczał i odprawiał msze ojciec Zbylut pochodzący z znaczącego rodu na Pomorzu. Wycięto drzewa w świętym gaju ostał się tylko dąb, którego ze względu na jego potężne korzenie nie udało się wykarczować. Kapłani świętego gaju zmuszeni zostali do schronienia w niedostępnych jarach i dąbrowach Puszczy Słuchowskiej, gdzie dalej kultywowali pogańskie obrzędy wspierani przez niektórych mieszkańców, którzy nie mieli przekonania do nowej wiary.
Mijały lata ginęła pamięć o świętym gaju, po którym pozostał tylko okazały dąb i źródło bijące swym rytmem, do którego przychodziły białogłowy, jak ongiś ich babcie i matki, żeby obmyć twarz w źródełka i przeglądając się w lustrze wody i pytały.
-Źródełko powiedz prawdę o mojej urodzie- nie otrzymywały odpowiedzi - ale człuchowskie pięknisie i tak były przekonane, że są najpiękniejsze w okolicy i zapewne szybko znajdą męża.
Aż nadszedł czas, kiedy nad człuchowskie jeziora przybyli ludzie ubrani w płaszcze z czarnymi krzyżami i obcą mową. Zostali przez miejscowych nazwani Krzyżakami, z nimi zjawili się rzemieślnicy z Niemiec, którzy rozpoczęli karczowanie drzew na półwyspie otoczonym jeziorami. Zaczęły powstawać zręby potężnej fortyfikacji, której budowa trwała wiele lat. Grody słowiańskie opuściła miejscowa ludność przenosząc się w głąb puszczy albo do innych osiedli rozsianych między Brdą a Gwdą. W trakcie budowy zamku powstało miasto, które przez przybyszów nazwane zostało Slochow od nazwy dawnego grodu Słuchów położonego nad jeziorem.
Najważniejszym miejscem w mieście był rynek, przy którym stał kościół, ratusz i kramy kupców człuchowskich. Na rynku dalej królował okazały dąb. Źródło zostało obudowane drewnianymi balami i w ten sposób powstała studnia z żurawiem i wiadrem drewnianym umocowanym na linie, którym czerpano wodę, woda z studni była krystaliczna i na podstawie przekazów dalej uznawaną za leczniczą. Z studni korzystało całe miasto.
W tamtych czasach obowiązkiem kobiet było czerpanie wody ze studni i przynoszenie do domu, człuchowianki jak ich prababcie i babcie, przychodzące pod studnią przeglądały się w lustrze wody studni, ażeby kontrolować swoją urodę. Pod dębem w letnie wieczory spotykali się młodzi mieszkańcy, dlatego było nieraz gwarno i wesoło- pośród nich często przebywała Boguszka córka burmistrza, która była oczkiem w głowie starego Dzierżka, który ją wychowywał samotnie, bowiem żona zmarł, kiedy córka miała zaledwie kilka lat. Była majętną panną na wydaniu i urodziwą. Na głowie złociste kędziory, oczy czarne, przykrywały długie rzęsy, smukła jak topola, wszyscy wiedzieli, że posiadała prawie męską siłę, potrafiła żelazną ręką niejednego młodzieńca, który swawolił rzucić na ziemię. Wcześnie za nią goniły męskie oczy, ale ona nie spieszyła z zamążpójściem- martwiło to Dzierżka, ale nie chciał narzucać swej woli ukochanej córce. Nie jeden młodzieniec z dobrego mieszczańskiego rodu chętnie widziałby ja jako gospodynie jego domowego ogniska. Ale ona nie zwracała uwagi na zaloty młodych człuchowian. Boguszka, znając swoja urodę liczyła, że znajdzie godniejszego męża, aniżeli mieszczański syn, dlatego chętnie nawiązywała rozmowy z młodymi mieszkańcami zamku, najczęściej z półbraćmi Zakonu , którzy przychodzili do studni pod pretekstem ugaszenia pragnienia, a w rzeczywistości porozmawiać z młodymi człuchowskimi mieszczkami.
Ale dziewczęta, nie wiedziały albo wiedzieć nie chciały o klątwie ostatniego kapłana słowiańskiego Żyry, mieszkającego ongiś na jednej z wysepek na jeziorze słuchowskim. Który przepowiedział, jeżeli białogłowa z Słuchowa, będzie chciała związać z kimś z warowni na zamkowym wzgórzu ukarana zostanie przez Peruna – słowiańskiego boga niebios, piorunów i burzy. Ale młodzi, jeżeli słyszeli o przepowiedni słowiańskiego kapłana, to wychowani w nowej religii traktowali ją jako przypowieść, z odległych czasów.
Nadszedł pamiętny rok 1410 do człuchowskiego zamku przybywali rycerze z Niemiec, żeby wziąć udział w wojnie jak oni uważali z pogańskim władcą Polski Władysławem Jagiełłą. Na wojnę wybierali się starzy i młodzi, ażeby wspierać działania wojenne mnichów-rycerzy. Pomiędzy nimi był siostrzeniec człuchowskiego komtura Arnolda von Badena – Alwin, który na życzenie ojca miał wstąpić do Zakonu Szpitala Jerozolimskiego Panny Marii Niemców w baliwacie w Turyngi, ale nie spieszył się z wykonaniem woli ojca, prawdę mówiąc nie pociągało go życie zakonne. Przybył z odległej krainy na Pomorze był ciekawy życia w ludzi w osadzie położonej w puszczy. Pomimo zakazu komtura wychodzenia za mury zamku Alwin wymykał do miasta i często przy studni w cieniu rozłożystego dębu w majowe dni odpoczywał w cieniu rozłożystego dębu, na którym miały siedliska ptaki - sowy i gawrony, a w dziuplach wydrążonych przez dzięcioły w potężnych konarach dębu rodziny szpaków wychowywały pisklęta słuchał gaworzenia ptaków i obserwował ptaki i mieszkańców miasta czerpiących wodę z studni, szczególne zainteresowanie wykazywał młodą dziewczyną - Boguszką. Córka burmistrza była tak lekkomyślna jak piękna i kiedy zauważyła zainteresowanie Alwina dała mu do zrozumienia, że nie jest jej obojętny. Nawiązanie rozmowy nie było trudne bowiem, język niemiecki był używany na co dzień w domu z względu na pełnioną funkcje przez ojca. Boguszka coraz częściej pojawiała się przy studni, gdzie czekał na nią Alwin. Jak to pomiędzy młodymi bywa początkowo nawiązała się przyjaźń, która zamieniła się w szaloną miłość. O uczuciach burmistrzanki do Krzyżaka rozmawiało całe miasto, niektórzy wiekowi mieszkańcy uważali, że ta miłość może zakończyć się tragicznie, bowiem niektórzy wspominali o przekazywanym z pokolenia na pokolenie przepowiednię pogańskiego kapłana. Wiadomość o spotkaniach młodych pod dębem przy studni dotarła do ojca Boguszki, który zakazał jej wychodzenia z domu, ale ona wymykała się potajemnie, ażeby spotkać się z ukochanym. Komtur, kiedy mu doniesiono, że jego siostrzeniec spotyka się mieszczką człuchowską zabronił mu wychodzić poza mury zamku, ale miłość była silniejsza przekupywał straże, ażeby wydostać się z warowni na spotkania. Komtur otrzymywał dalej wiadomości o niesubordynacji siostrzeńca, dlatego postanowił, że przy najbliższej okazji, kiedy wysłannicy z Malborka zatrzymają się w Człuchowie udający się do Niemiec wróci z nimi do Turyngii. Wiadomość ta zmartwiła Alvina, nie wyobrażał sobie życia bez Boguszki dlatego przy kolejnym spotkaniu zaproponował jej, że uciekną do Szczecina, gdzie jego przyjaciel jest dworzaninem księcia Bogusława VIII wezmą tam ślub i będą tam bezpieczni, bowiem książę sprzyja władcy Polski. Boguszce ciężko było podjąć decyzję, szkoda było jej starego ojca i miasta, w którym się urodziła, ale zwyciężyła jej miłość do ukochanego i postanowiła, że uda się z nim na dwór księcia. Postanowili, że po raz ostatni spotkają się przy studni następnego dnia skąd wyruszą w drogę do Księstwa Pomorskiego.
Kończący się piękny majowy dzień Anno domini 1410 nie zapowiadał tragedii na człuchowskim rynku. Powoli nad miastem zapadał zmierzch. Przy studni ciszę zakłócało ptactwo gnieżdżące się na dębie przygotowujące się do nocnego odpoczynku. Gawrony z kawkami wśród konarów prowadziły utarczki o zajęcie dogodnego miejsca na nocleg po sowach, które udały się już na nocne łowy. Kłótliwe wróble swarzyły się miedzy sobą o miejsce w krzakach. Waśnie wróbli harcujących przy studni zakończył odgłos kroków – była to Boguszka niebawem do niej dołączył Alwin z wiadomością, iż na skraj puszczy pachołek czeka już z końmi przygotowanymi do podroży. Boguszka, żegnała się z miejscami na rynku, gdzie spędziła dzieciństwo i pierwsze lata panieńskiego życia. Nagle niespodziewanie na pogodne niebo nad Człuchowem nadciągnęła czarna chmura na niebie zygzaki błyskawic uderzały w jeziora i drzewa przy zamku, jedna uderzyła w dąb przy studni, piorun rozpruł korę sędziwego drzewa uderzył w ziemię i powstała rozpadlina, która prawdopodobnie pochłonęła kochanków.
W pochmurny ranek mieszkańcy Człuchowa, którzy przyszli po wodę do studni, zobaczyli, że tam gdzie się znajdowała nie ma żurawia ani obudowy z bierwion, tylko woda wypływała z pod głazów pod dębem ja dawniej. Znikła Boguszka, a z zamku doszły wieści, że nie ma też Alwina. Zaczęły się rozchodzić pogłoski po mieście, że sprawdziła się klątwa kapłana Żyry, ale też docierały do miasta i zamku wiadomości, że widziano ich na dworze księcia pomorskiego jako szczęśliwych małżonków. Jak było naprawdę zapewne nigdy się nie dowiemy.
Po zaginięciu córki burmistrz Dzierżek zrzekł się urzędu, zapadł na zdrowiu i niebawem odszedł w zaświaty. Komtur człuchowski Arnold von Baden nie powrócił z wyprawy wojennej, poległ pod Grunwaldem. Echa wojny docierające do miasta, ale nie miały znaczenia dla mieszkańców, pomimo zwycięstwa polskiego oręża nic się nie zmieniło, rycerze w białych płaszczach z czarnym krzyżem w człuchowskim zamku dalej umacniali potęgę Zakonu, nakładając na mieszkańców coraz większe podatki.
Studnia na człuchowskim rynku dalej służyła mieszkańcom, jak ongiś żuraw, wyciągał drewniane wiadra z wodą, a starsi mieszkańcy przesiadujący w letnie wieczory pod starym dębem opowiadali młodzieży o tragiczną miłości burmistrzanki do rycerza z człuchowskiego zamku. Studnię pod dębem na rynku zaczęto nazywać studnią Boguszki.
Mijały lata po roku 1454 rycerze- mnisi musieli opuścić człuchowską warownię, zamek stał się siedzibą polskich starostów. Zacierała się pamięć o tragicznej miłości człuchowskiej mieszczki do rycerza z dalekiej Turyngii, aż całkowicie zagięła. Ale przez stulecia przetrwała nazwa studni Boguszka- chociaż już nie pamiętano skąd się wzięła.
Przez wieki nieodłącznym elementem krajobrazu człuchowskiego rynku był dąb i studnia pod nim. Ale nie ma nic wiecznego stare drzewo pamiętające słowiańskich bogów, pokonała jednego wieczoru jesienna wichura, powalając je podmuchami wiatru. Ostała się tylko studnia, z której korzystali nie tylko mieszkańcy, ale też pojone konie, kiedy na człuchowskim rynku w XVIII wieku zatrzymywał się dyliżans pocztowy z Berlina do Królewca.
Nastały czasy najnowsze, rozwijała się technika, studnię z żurawiem, zastąpiła pompa, człuchowianie, już nie korzystali z wody na rynku, przy domach były studnie. A woda z pompy gasiła tylko pragnienie mieszkańców i przybyszów na targ na rynku w upalne dni. Pompę na rynku pamiętają jeszcze starsi mieszkańcy Człuchowa, bowiem stała na rynku jeszcze w połowie XX wieku. Aż pewnej czerwcowej nocy nad miasto nadciągnęła letnia burza. Z nieba spadła ulewa, kiedy mieszkańcy wyszli na rynek okazało się, że pompa zapadła się pod ziemię, tak głęboko, że nie można było jej wydobyć. Czyżby nad rynkiem ciążyło nadal fatum słowiańskiego kapłana.
W miejscu gdzie ongiś była studnia, później pompa obecnie jest fontanna, która nawiązuje do tradycji na rynku. Woda z fontanny posiada dalej swoją magiczną moc, jaką miało z źródło bijącego pod średniowiecznym dębem. Jeżeli wrzuci do fontanny drobną monetę i w tym momencie pomyśli się o swoim marzeniu zostanie ono spełnione pod warunkiem, że nikomu nie zostanie zdradzone, bowiem wtedy się nie spełni proszę wierzyć -sprawdził to autor osobiście.
Legenda ukaże się w br. w zbiorze „ Dzieje Człuchowa w legendy i podania wpisane”