NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny
Bogusław X z żoną Anna Jagielonką

Bogusław X z żoną Anna Jagielonką


WIECZÓR PIERWSZY

Dzieciństwo i młodość.

Siądź tu Filipie, przy moim kolanie,
Miło jest bajać, gdy ciepło w kominie,
Może w pamięci twojej pozostanie
Morał, co z mojej opowieści płynie.

Szczeciński zamek wieczór szarzy mrokiem,
Jesień na dworze, cisza dookoła,
Zaraz noc przyjdzie do zamkowych okien
I matka do snu wnuczka mi zawoła.

Ale dopókiś tu, to ci opowiem
O mym dzieciństwie i mojej młodości.
I jam był kiedyś dziecięciem, albowiem
Życie jest chwilą naprzeciw wieczności.

Było to dawno, bardzo dawno temu,
W grodzie nad Słupią, która pod nim płynie,
Księciu Pomorza urodą sławnemu
Syn się narodził, pierwszy w tej rodzinie.

Ojcem był Eryk, on z Gryfitów rodu,
Drugi już książę takiego imienia.
Matką zaś Zofia. Do słupskiego grodu
Radość wstąpiła z syna narodzenia.

Dano mi wtedy Bogusław na imię.
Bo ja to byłem, tym dzieckiem maleńkim,
Matka troskliwie piastowała przy mnie
Nucąc po polsku wesołe piosenki.

Bo widzisz mały, moją babką była
Maria, ta z Polski, księżna mazowiecka
I moją matkę po polsku uczyła
Mówić i śpiewać piosenki od dziecka.

Dzieciństwo w Słupsku. Tu me pierwsze kroki
Stawiałem w starych zamkowych komnatach,
Świat się wydawał wielki i szeroki
A ja wciąż rosłem dla ludzi i świata.

Potem ma matka wraz z gromadką dzieci
Zmieniła miasto słupskie na Darłowo.
Tu w zamku lepiej nam się żyło przecież,
I tum się właśnie na ludzi wychował.

W mieście nad Wieprzą biegałem swobodnie
Z gromadą chłopców, którym przewodziłem,
Czasem psikusy książęciu niegodne
Zacnym mieszczanom dla żartu stroiłem.

Aż przyszła kiedyś zaraza straszliwa.
Śmierć brała wszystkich, czyś pachoł czy książę,
I w naszym rodzie trzech braci ubywa,
A ojciec Eryk za nimi podążył.

Mnie wtedy wówczas nie było w Darłowie,
Król mnie Kazimierz przyjął na Wawelu,
Długosz mnie uczył w przezacnym Krakowie
I nauczyłem się tam rzeczy wielu.

A kiedym doszedł do pełnoletności,
Matka mnie w podróż daleką zabierze,
Król Polski wtedy na północy gościł
I mnie w Malborku pasował rycerzem.

Wiele lat później córkę dał za żonę.
Oj, bardzo śliczna ta królewna była,
Małżeństwo z Anną zostało spełnione,
Dzieci mi liczne ona urodziła.

Gdy życia losy ojca mi zabrały,
Na mnie pokazał wtedy palec Boży.
Stałem się władcą nad Pomorzem całym
I zamieszkałem na szczecińskim dworze.

I tak to przeszły szybko dni młodości.
Dziś już mię starość do ziemi przygniata,
Z dnia na dzień bardziej bolą stare kości
I jam już bardziej zamknięty dla świata.

I tu się w mojej głowie morał rodzi
Kochany wnuku, używaj dni młodych,
Byś nie żałował utraconych godzin,
Gdy życie przemknie, jak ta w Odrze woda.

Cóż to Filipie? Już mrużysz oczęta?
Czas iść od łoża, zbyt długa opowieść.
To może jutro, jak będę pamiętał
O dalszych dziejach rodowych się dowiesz.

WIECZÓR DRUGI
Opowieść Adama Podewilsa o ślubie Anny i Bogusława.
MÓWI BOGUSŁAW X

Mamy tu dzisiaj gościa nam miłego,
Adam Podewils przybył do Szczecina,
Tak, więc Filipie dowiesz się od niego,
Jak się tworzyła książęca rodzina.

Powiedz Adamie, jak to kiedyś było,
Tyś mi posłował tak bardzo szczęśliwie
I dzięki tobie nam się ułożyło
Małżeństwo z Anną. Opowiedz, co żywiej.

OPOWIEŚĆ ADAMA PODEWILSA.

Królewnę Annę, piękną jak marzenie
Dla swego księcia wiodłem przed ołtarze.
Było to w Grodnie, tu się książę żenił,
A ja opiszę przebieg tych wydarzeń.

Ślub Bogusława w Bardzie uradzono,
Gdzie panów polskich zjechała gromada.
Anna ma zostać drugą księcia żoną,
Taka decyzja na radzie zapada.

Aby nie było jednak wątpliwości,
Czy z kandydatką może łoże dzielić,
Zaszczyci książę króla jegomości
Wizytą czterech swych przedstawicieli

Wśród nich ja byłem i zaraz opowiem,
Co się w tym Grodnie na zamku zdarzyło,
Miła to będzie opowieść, albowiem
Wszystkim nam wtedy o szczęście chodziło.

O szczęście władcy naszego i pana,
Aby mógł wybrać towarzyszkę miłą,
Tą, która by była jego ukochana
I synów, dzielnych dziedziców rodziła.

Nas, król Kazimierz gościnnie przyjmował,
Na uczty prosił, rozmową zabawiał
I córce posag poważny darował,
By tylko była przyjęta łaskawie.

Anna zaś była panną bardzo młodą,
Czternastą wiosnę właśnie ukończyła,
Lecz wyróżniała się swoją urodą,
A i w obejściu była bardzo miła.

Układ przedślubny zawarliśmy z królem
Siódmego marca roku pamiętnego,
Tą datę zawsze chcę wspominać czule:
Tysiąc czterysta dziewięćdziesiątego.

A potem zaraz w grodzieńskim kościele
Ślub się odbywał, na wzór per procura,
A miał on miejsce w najbliższą niedzielę.
Stałem przed ołtarzem i królewska córa

Mnie w roli księcia wierność przysięgała.
W jego imieniu zrobiłem to samo.
Tak się odbyła ceremonia cała,
Jak przewidziały protokołu ramy.

Po ślubie jeszcze z królem omówiono
Sprawę przyjazdu Anny na Pomorze.
Dni kilka jeszcze w Grodnie zabawiono,
A potem w drogę, nad bałtyckie morze.

W roku następnym, drugiego lutego
W mieście Szczecinie było już wesele.
W wielkich komnatach zamku książęcego
Grały do tańca lechickie kapele.

Książę się cieszył taką piękną żoną,
Która mu wkrótce potomstwo powiła.
I na tym koniec, bowiem omówiono
Jak się książęca rodzina tworzyła.

WIECZÓR TRZECI

OPOWIEŚĆ ANNY O PODRÓŻY DO SZCZECINA.

Zimowa droga przez całe Pomorze
Ciągnie się długo, skrzypią wielkie sanie
Mogę rozmyślać o tym, co się stanie
I jakie życie znajdę na tym dworze
W szczecińskim zamku, jako nowa żona
W Grodnie w kościele księciu poślubiona.

Jadę do niego nie znając go wcale.
Taka to dola dla królewskiej córy.
Jeśli się zjawi książęcy konkurent,
Nie ma, co marzyć o miłości szale,
Ale z rozwagą, dla dobra rodziny
Przyjmować trzeba takie zaręczyny.

Jakiż on będzie? Mówią, że jest wielki,
Jak niedźwiedź wżyty w te pomorskie bory.
Czy chociaż ładny? Do karesów skory?
A może złośnik? Chroń mnie duchu wszelki
Od złego męża. Co jest to się stanie,
A ja za niego odmówię litanię.

Swaci przybyli do Grodna przed rokiem
W imieniu księcia pana Bogusława
I odbywała się wdzięków wystawa
Mych – Anny. Czoło nosiłam wysokie.
I zdrowa byłam i ładna blondyna
Już lat czternaście licząca dziewczyna.

Uznali wtedy, żem godna dla księcia.
Mnie poznawali, a jaki mój miły?
Czy jeszcze drzemią w nim te męskie siły?
Bo wiem, że starszy, lecz nie mam pojęcia
O ile starszy? Czy gładki na twarzy?
Czy spojrzeć w oczy jego się odważę?

Już Stargard blisko, naprzeciwko sanie
Samego księcia, za chwilę już będzie
Wiadomym wszystko, sanie w swoim pędzie
Zwalniają, stają, już na powitanie
Wychodzi książę, och! Jaki on duży!
Podchodzi, wita, ręką damie służy.

O zdrowie pyta, czym drogą strudzona,
Coś odpowiadam, za rękę mnie trzyma,
Ja widzę męża z czarnymi oczyma
I twarzy, która uśmiechem olśniona
Zdaje się płonąć na mrozie i śniegu,
A moje serce wciąż przyspiesza biegu.

Rytm mego serca mówi mi niemało,
Że już po wszystkim, że już będę jego
Ciałem i duszą dla księcia mojego,
Cokolwiek będzie, teraz to się stało,
Dopiero teraz jestem jego żoną,
Gdy mnie przytula, bierze w swe ramiona.

Po powitaniu droga do Szczecina
Mija nam szybko tak jak strzelił z bata,
W zamkowych pięknie przybranych komnatach
Stoły z mięsiwem, czary pełne wina,
Grają do tańca wspaniałe kapele
Goście przybyli na nasze wesele.

Lecz pośród gości nie ma ojca, matki.
Jakże mi przykro, co ich zatrzymało?
Tak wypuścili w świat dzieweczkę małą.
Jam we łzach cała, nawet Bóg mi świadkiem,
Że przy ogólnej weselnej radości,
W mym sercu smutek na chwilę zagościł.

Na szczęście tutaj ze mną przyjechało
Panów i panien polskich całe krocie.
Przy ich weselu, przy damskim szczebiocie
Me rozżalenie jakoś się rozwiało.
Bogusław nie dał abym się smuciła
I nasza miłość nocą się spełniła.

WIECZÓR CZWARTY
Wizyta brandenburskiego posła.

Dziś ci przedstawię Filipie kochany
Trochę odmienną opowieść niż wczoraj,
O tym, jak do nas został tu wysłany
Z misją tajemną poseł elektora.

Sztywny i dumny, jakby połknął kija,
Poseł ten mowę swą długą przestawiał.
Swoje wywody zawile rozwijał.
Miałem wrażenie, jakbym słuchał pawia.

Zadrwiłem z niego. Z błaznem umówiłem
Odpowiedź moją, lecz w polskim języku.
Jako doradcę błazna przedstawiłem
I pozwoliłem, by treść jej wykrzyknął.

Zbaraniał poseł, bo nic nie zrozumiał
O czym do niego po polsku mówiono.
On w tym języku ni słowa nie umiał.
I na tym jego misję zakończono.

Lecz Brandenburczyk nie dał za wygraną
I długo chodził, marudził i biedził,
I prosił, aby na piśmie podano
Chociaż streszczenie księcia odpowiedzi.

Lecz z woli mojej służba mu doniosła,
Że taki zwyczaj u księcia panuje,
Że na przemowę ustną pana posła,
Ustną odpowiedź też się otrzymuje.

I jego misja skończyła się na tym.
Tak to zadrwiłem z posła elektora.
Była to klęska tego dyplomaty.
Bom go nie widział więcej od tej pory.

A morał z tego jest taki mój smyku,
Który ci dzisiaj w tym miejscu wyłożę,
Trzeba się uczyć sąsiadów języków,
Bo to ci w życiu nie raz dopomoże.

WIECZÓR PIĄTY

Wyprawa do ziemi świetej

opowieść Marcina Damlera, sekretarza księcia Bogusława.

Jak dziś pamiętam piękny dzień kwietniowy,
Gdyśmy po drodze pełnej różnych wrażeń
Przybyli tutaj, gdzie już statek nowy
Mieliśmy dostać i go wyposażyć.
Miasto na wodzie, Wenecja wspaniała
Słońcem i pieśnią pielgrzymów witała.

Długo też trwało to wyposażenie
Wielkiego statku w broń i wyżywienie.
Trzeba przewidzieć wszystko, co się stanie,
Dlatego ważne jest przygotowanie.
Przed nami przecież długa morska droga,
A dla niej ważna także jest załoga.

Wielu przybyłych do miasta pielgrzymów
Chciało też z nami puścić się w odmęty.
Było tu wielu Czechów i Węgrzynów,
Polaków, Niemców, co do Ziemi Świętej
Podróż podjęli, okazji czekali
I naszym statkiem chcieli płynąć dalej.

Myśmy ich wszystkich z radością przyjęli,
Bo razem z nami dzielą słowo boże,
I po mszy świętej czerwcowej niedzieli
Wielkim korabiem ruszyliśmy w morze.
Tak się zaczęła modłami wielkimi
Podróż pamiętna do tej Świętej Ziemi.

Książę Bogusław na pielgrzymkę płynął
Jako „Brat Jerzy”, tak było bezpieczniej.
Tylko niewielu z nas wiedziało o tym.
Pod tym imieniem na statku zasłynął
Jako bohater, bo nim był bezsprzecznie
W chwili, gdy statek spotkały kłopoty.

Płynął on wolno, bo wiatry i burze
Naszej żegludze wcale nie sprzyjały.
I czas wędrówki trochę nam się dłużył,
Do chwili, kiedy wpadliśmy w opały.
Kiedy do kraju Turków blisko było,
Dziesięć ich łodzi statek otoczyło.

Turczyni chcieli nasz statek splądrować.
Liczyli na przewagę, którą przecież mieli,
Lecz w chwili, kiedy zaczęli szturmować,
Do walki z nimi pielgrzymi stanęli.
A na ich czele najdzielniej z nas bieży,
Książę Bogusław, czyli nasz brat Jerzy.

Turków nie razi, że wenecka flaga
Na maszcie statku lwem się złotym świeci.
Tysiąc strzał z łuku na pielgrzymów leci,
Śmierci niewiernych tłuszcza się domaga
Już dobijają łodziami do nawy
I na pokładzie bój się wszczyna krwawy.

Obrońcy statku zamiast tarczy – deski
Przed siebie niosą dla swojej ochrony,
Już wśród pielgrzymów jest wielu zranionych,
Już na pokładzie szarawar niebieski
Tureckich zbójów z krzywymi szablami.
Chcą się rozprawić walnie z pielgrzymami.

Lecz się przeliczy wierny Mahometa
Bo przeciw niemu mąż potężny stanie,
Który Turczynom sprawi krwawe lanie.
Przez pokład leci jak wielka kometa
I tam gdzie błyśnie, tam już leci głowa
I klęska Turków zdaje się gotowa.

Zepchnął muzułmanów ze statku pokładu,
Jak wiatr, co zmiata kopę spadłych liści,
Tak Bogusława miecz przedpole czyści.
Inni pielgrzymi za jego przykładem
Walczą też dzielnie, każdy w Boga wierzy,
Że ten ochroni Chrystusa rycerzy.

Dzielna obrona kilka godzin trwała
Do chwili, kiedy Turcy ustąpili,
Bo ich pielgrzymów walka przekonała,
Że łatwym łupem tu się nie posili
Żaden z piratów. Przerwa na wytchnienie,
Na kęs posiłku i ran opatrzenie.

Ale po przerwie znów Turek napiera
Znów na pielgrzymów idzie wrogów ława
A na jej czele olbrzym się przedziera,
Który za cel swój bierze Bogusława
Brodę ma długą, kręcone wąsiska
I iskry gniewu z czarnych oczu ciska.

Na śmierć i życie bój się zaczął krwawy,
Błyska miecz księcia, bułat Turka błyska,
Szczęk broni słychać wśród bitewnej wrzawy,
I olbrzym w pędzie na księcia naciska.
Ale Bogusław zręcznie cios odpiera
I sam z kolei na Turka naciera.

Słania się olbrzym na śliskim pokładzie,
Książę go mieczem na wylot przeszywa.
Już mu wypadła z ręki szabla krzywa.
Tak sobie pielgrzym z olbrzymem poradził,
A potem strącił go z pokładu w morze.
Już podłym Turkom wygrać nie pomoże.

Ryknęli Turcy na widok tej śmierci,
Na cios okrutny, tak szybko zadany,
Tysiące strzał ich na pielgrzymów leci
I wielu naszych otrzymało rany.
Sam książę w tarczy ma 14 grotów,
Lecz walczy nadal pośród krwi i potu.

Turkom ta walka już się bardzo dłuży.
Widząc, że trudno pokonać pielgrzymów,
Chcą ogniem teraz ich z nawy wykurzyć,
Ogniste strzały furczą, pełno dymu
I ognia pełno, już żagle w płomieniach,
Statek powoli w żagiew się zamienia.

Wszyscy do wiader i gaszą pożary.
Kapitan jednak się Turkom poddaje,
Bo dalej walczyć już nie ma zamiaru
I na wpłynięcie do portu przystaje.
Bo walczyć dalej, to się spalić przecież.
Muszą do portu zawinąć na Krecie.

Tu się zaczęły zawiłe układy
Z turecką władzą. Wenecki kapitan
Oskarżał Turków, że gwałcą zasady
Wolnej żeglugi, „to rozbój i kwita”
Twierdził kapitan. Turcy zaś żądali,
By się pielgrzymi rewizji poddali.

Bo uznawali, że mają powinność
Kontroli statków na ich własnych wodach.
Walka pielgrzymów, to jest napaść czynna
I stąd są wielkie dla ich łodzi szkody.
W końcu po długich targach i rozmowach
Była ugoda z Turkami gotowa.

Potem pielgrzymi tu na wyspie Krecie
Chowali kilku poległych na morzu
Swych towarzyszy, po czym już o świcie
Płynęli na wschód o porannej zorzy.
Gdy doczekali następnego świtu,
Byli na Rodos, wyspie Joannitów.

Tu zostawili rannych towarzyszy,
By ich leczyli mnisi szpitalnicy,
Po czym bez przygód w spokoju i ciszy
Płynęli dalej nasi podróżnicy.
Na odpoczynek wyspę Cypr wybrali
I po dniach kilku popłynęli dalej.

Już w Ziemi Świętej Bogusław odwiedził
Wszystkie mu znane z Biblii miejscowości,
Na górze Synaj z pielgrzymami gościł.
Tu po mszy świętej i z grzechów spowiedzi
Otrzymał książę za zasługi jego
Godność rycerza od grobu świętego.

Odwiedził stare mury Jeruzalem,
Za grzechy swoje pokutę uczynił,
Dał zakonnikom strzegącym świątyni
Trzos z dukatami na świętą ofiarę.
A potem znowu zebrawszy załogę
Puścił się w długą do Wenecji drogę.

Z Rodos zabrali swych rannych przyjaciół,
I płynąc dalej długo, bez kłopotów,
Bo Bóg im za ich modlitwy odpłacił.
Tak powitali radzi miasto złote,
Co na lagunie z wody wprost się wznosi
I w swe pałace gości chętnie prosi.

W Wenecji księcia wiadomość czekała
Ze Słupska, miasta jakże odległego,
O tym, że śmierć mu matkę tam zabrała.
Książę w kościele u Marka Świętego
Zamówił modły i z pobladłą twarzą
Długo się modlił za nią przed ołtarzem.

Potem się udał ze świtą do miasta,
Które jest domem samego papieża,
Na siedmiu wzgórzach piękny Rzym wyrasta.
Do niego książę w swej podróży zmierza.
Tu otrzymuje od papieża dary
Jako obrońca chrześcijańskiej wiary.

Bo było właśnie Boże Narodzenie.
W Świętego Piotra wielkiej bazylice
Książę otrzymał władzy potwierdzenie.
Papież go wezwał przed swoje oblicze
I wręczył wielki kapelusz książęcy
I miecz paradny złożył w jego ręce.

Po wielu latach, gdy już ród Gryfitów
Dobiegł do końca swego panowania,
Ten wielki symbol książęcych zaszczytów
Na zamku w Słupsku zawiśnie na ścianie.
Tu księżna Anna strzegła skarbów wszelkich
Jakie zgromadził był Bogusław Wielki.

Tak to się kończy ta nasza opowieść
O tej pielgrzymce księcia Bogusława,
Z niej się uważny czytelniku dowiesz
Jaka go wielka opromienia sława.
Tak to po świętej ziemi kiedyś chodził
Książę, co w dawnym Słupsku się urodził.

List księcia Bogusława X do żony Anny Jagiellonki.

Z pięknej Wenecji piszę list do Ciebie
Kochana Anno, tęsknota niezmierna
Pisze Twe imię na bezchmurnym niebie,
Woła do Ciebie moja dusza wierna.
Jakżeś mi bliska, choć tak niedostępna,
We snach oglądam owal twojej twarzy.
Jakaż to będzie dla mnie chwila piękna,
Gdy się w Szczecinie mym oczom ukarzesz.
O rychłym naszym spotkaniu wciąż marzę,
I wiem, że więcej dowodów miłości
Dasz mi kochana niż piasku na plaży,
Niż statek morski wielkiej pojemności
Zdolny jest zabrać wonnych płatków róży,
Niż litrów wody zdolna jest przetoczyć
Śluza w Darłowie. Z dalekiej podróży
Wrócę, by znowu spojrzeć w Twoje oczy
I wziąć Cię znowu w stęsknione ramiona,
A Ty mnie przyjmiesz jak kochanka, żona.

Autentyczny fragment listu Bogusława do Anny brzmi: „My będziemy mieli więcej uciechy z sobą (po powrocie), niżeli okręt stutysięcznej pojemności zdolny jest unieść liści różanych, niźli jest ziarnek piasku w morzu i niźli wody przepływa przez śluzę w Darłowie”.

Budowa słupskiego zamku.

Pracowali znojnie murarze,
Zamek wznosząc nad Słupią, z brzegu,
Cegły ciężkie każdy z nich ważył,
By mur w górę stromo wybiegał.

Trud ich znojny dla księcia pana
Im się wszystkim będzie opłacał,
Wznosić zamek będą od rana,
Będzie praca.

Książę dopiął swego i robi
Pod murem zamek.
On wbrew miastu sobie sposobi
Mury kochane.

W mieście, w którym był się narodził,
Będzie teraz zamek wspaniały.
Rada Miasta na to się godzi
Dla księcia chwały.

Rośnie zamek i serce rośnie,
Tu nad Słupią, na skraju miasta,
A nad zamkiem szpicem radosnym
Wieża wyrasta.

W tysięcznym roku, pięćset piątym
Ten fakt się stanie.
Tu powstaną miłe mu kąty
Zamek powstanie.

Za tą pracę, za trud murarzy,
I za upór, by rzecz się stała,
Za to, żeś się stawiać odważył
Bogusławie chwała.

Lament księcia Bogusława na śmierć żony Anny.

Odeszłaś już na zawsze żono ukochana
W krainę cieni, jakżem biedny teraz,
W sercu po tobie jedna wielka rana.
Jaka okrutna ta śmierć, co zabiera
Matkę od dzieci, kobietę od męża.
Przeżyłaś ze mną szczęścia dobre chwile,
Lecz ta choroba oplotami węża
Splątała wszystkie radości motyle.
Wszystkiemu winni szczecińscy mieszczanie,
Z którymi miałem zatarg bardzo srogi.
Nie przeczuwając, co się później stanie
Przeniosłem ciebie w zimne zamku progi
W Wkryujściu, tuż nad zalewem stawianym.
Weszłaś posłuszna do nowego domu,
A tu ci były wrogiem mokre ściany.
I ta choroba cichcem, po kryjomu
Dopadła ciebie, ma gołąbko miła.
Tak zwada z miastem na mnie się zemściła.
Teraz zawalił się dla mnie świat cały
Gdy nie ma matki dla sierotek małych.
Żałość się z bólem w moim sercu brata,
Kirem spowita każda myśl w mej głowie.
To anioł smutku mą duszę oplata
Prawdę o śmierci bolesną opowie.
A teraz w śmierci jest nadzieja moja,
Że znowu spotkam ciebie gdzieś w niebiosach,
I wtedy dusza ma się uspokoi,
I spadnie na nią ukojenia rosa.
Narodziny księcia Bogusława X.
Kołysanka

W słupskim zacnym grodzie
Chłopiec się narodził,
Narodził się rano
Będzie ukochany.

Księżna Zofia, matka
Ubrała go w szatki,
Piersią nakarmiony,
W pieluszki stulony.

Losy dlań łaskawe,
Będzie Bogusławem.
Księżna synka tuli,
Luli mały luli.

Ojciec Eryk II
Też ma swe zasługi,
Synem się zachwyca,
Będzie miał dziedzica.

Księżna śpiewa rankiem
Polską kołysankę,
„Lulaj mały, lulaj,
Siwe oczka stulaj,
Siwe, siwiuteńkie,
Małe, malusieńkie.”

(pisane w grudniu 2004 roku)
 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: maska-krem z papai Najlepsze szkolenia bhpSzkolenia BHP noclegi nad morzem kamienie do akwarium