NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Benedykt Reszka [Rumia]

Kościół Ewangelicki w Polsce - Okres międzywojenny (cz. I )

[NG: 37]   Autor: Benedykt Reszka - Rumia (liczba artykułów: 14)
Ks. Julisz Bursche - superintendent Kościoła ewangelicko-ausburskiego w Polsce, 1930 r.

Ks. Julisz Bursche - superintendent Kościoła ewangelicko-ausburskiego w Polsce, 1930 r.


Kościół augsburgsko-ewangelicki (luterański) w Słupsku - stan obecny (zdj. tz).

Kościół augsburgsko-ewangelicki (luterański) w Słupsku - stan obecny (zdj. tz).



W wyniku ustalenia w 1920 roku nowych granic państwowych nastąpił podział dotychczasowej parafii ewangelickiej Pietrzykowo-Borowy Młyn. Wielu ewangelików z Brzeźna Szlacheckiego, Łąkiego, Prądzony, Borowego Młyna i innych miejscowości opuściło kaszubską ziemię. W Borowym Młynie pozostała ewangelicka gmina kościelna z około 300 wiernymi z Gochów. Radę Kościelną w większości tworzyli jej dawni członkowie: Rohde, Manzke, Roggenbuck, Borth. Opiekę duszpasterską na podstawie zawartej umowy międzypaństwowej nadal sprawował pastor z Pietrzykowa - Papenfuss, a od 1935 roku Westphal. Z przekraczaniem granicy nie było większych problemów. Na początku lat trzydziestych dojeżdżał tu również pastor z Sąpolna, o czym wspominała Ilsa Malich. Nabożeństwa odprawiano w języku niemieckim, chociaż w wielu miejscowościach na terenie Polski odprawiano je w języku polskim, na przykład w Warszawie czy Łodzi. Luteranizm był bardzo tolerancyjny w tej kwestii.

W odrodzonej Polsce po 1920 roku mieszkało około miliona ewangelików. Według spisu z 1931 roku wyraźnie widać, że ich liczba zmalała do 835,2 tysiąca, stanowili wówczas 2,6 % naszego społeczeństwa. Katolicy obrządku łacińskiego - 20 670,1 tysiąca (64,8%), prawosławni - 3 762,5 tysiąca (11,8 %), greko-katolicy - 3 336,2 (10,5 %), a wyznawcy religii mojżeszowej - 3 113,9 tysiąca (9,8 %). Zadziwiająco niska była ilość polskich katolików w porównaniu z czasami współczesnymi. Mapka obszarów wyznaniowych w II Rzeczypospolitej znajduje się załącznikach.

Spadek ilości ewangelików wynikał z ich wyjazdu do Niemiec. Jednak to wyznanie cieszyło się sympatią ówczesnych władz i znalazło korzystne warunki dalszego rozwoju. Nastąpiło ożywienie działalności szkolnictwa ewangelickiego, organizacji młodzieżowych, tworzono koła opieki nad żołnierzami ewangelickimi. W 1922 roku na Uniwersytecie Warszawskim utworzono Wydział Teologii Ewangelickiej. Ukazywały się „Roczniki Teologiczne”, „Rocznik Ewangelicki”, kwartalnik „Reformacja w Polsce”, na łamach którego publikowano wiele cennych rozpraw, szkiców i artykułów poświęconych reformacji oraz fenomenowi polskiej tolerancji w dobie reformacji.

Jednym z założycieli i współredaktorem był ksiądz biskup Juliusz Bursche. Wydawany był także „Głos Ewangelicki” i miesięcznik „Jednota” wychodzący do dziś.

Okres międzywojenny dla ewangelicyzmu polskiego okazał się bardzo płodny. Wzbogaciła się bibliografia prac naukowych wybitnych teologów ewangelickich. W 1926 roku na zjeździe wileńskim powołano Radę Kościołów Ewangelickich w Polsce, zrzeszającą 6 kościołów ewangelickich. Trzon ewangelicyzmu stanowił kościół ewangelicko-augsburski (luterański) na czele z biskupem Bursche. Parafia ewangelicka w Borowym Młynie wchodziła w skład tego kościoła, podlegała temuż. Dla wszystkich tych wyznań powołano Wyższą Szkołę Teologiczną w Poznaniu.

Polscy ewangelicy nie byli przez nikogo dyskryminowani. Wszystkie uczelnie, ośrodki naukowe równolegle korzystały z dorobku oraz udzielały swych łamów wybitnym niemieckim naukowcom, teologom, historykom i w ogóle autorom różnych rozpraw.

Do końca lat dwudziestych na terenie Pomorza istniało wiele powszechnych szkół ewangelickich. Na przykład w powiecie bydgoskim było ich 26, w wyrzyskim 17 itd. W większych miastach, aż do wybuchu wojny funkcjonowały szkoły średnie, w tym seminarium ewangelickie kształcące nauczycieli. Nawet w Warszawie istniało męskie i żeńskie gimnazjum ewangelickie.
Młodzież była zorganizowana w Związku Młodzieży Ewangelickiej, najpierw na Śląsku, a od 1935 roku na terenie całej Polski.

Na Pomorzu istniało Stowarzyszenie Ewangelickiej Młodzieży Żeńskiej i Kobiet. Wśród nauczycieli funkcjonowało Stowarzyszenie Nauczycieli Ewangelickich. W powiecie chojnickim istniało Stowarzyszenie Opieki nad Dziewczętami i Kobietami Ewangelickimi. Możliwe, że podobne stowarzyszenia egzystowały w innych rejonach kraju. W wojsku polskim w 1939 roku było 8 kapelanów ewangelickich. W Synodzie Konstytucyjnym parafie wojskowe miały swojego stałego przedstawiciela. Był nim pułkownik Ulrych, późniejszy Minister Komunikacji. Również ewangelicy z Gochów pełnili służbę w wojsku polskim, przecież byli pełnoprawnymi obywatelami polskimi.

W latach międzywojennych miejscowi ewangelicy nie stali na uboczu życia społecznego, wręcz odwrotnie, byli jego animatorami. Szczególnie bliskie i aktywne życie przejawiała młodzież niezależnie od wyznania. Brała udział w polskich świętach państwowych organizowanych przez miejscowe władze i kościół katolicki reprezentowany przez księdza proboszcza Dawida Sartowskiego, czy też od 1932 roku księdza Franciszka Perschke. To oni zapraszali ewangelików na uroczystą Mszę Świętą, oddając im do dyspozycji pierwsze ławy kościelne. Tak było z okazji święta 3 Maja, Święta Odrodzenia w dniu 11 listopada lub innych jak Święto Morza, które zawsze bardzo uroczyście obchodzono. Powrót Polski nad Bałtyk i jej zaślubiny były inspiracją do uroczystych, corocznych obchodów Dni Morza.

O randze tych świąt i patriotycznej postawie miejscowego społeczeństwa niech świadczy zamieszczone zdjęcie wykonane na „boisku” u państwa Szczęsnych na tle starej plebanii i z widoczną kościelną wieżą. Szczególnie wyrazisty był odświętny ubiór każdego z około trzystu pozujących do zborowej fotografii, a wykonanej przez Brunona Tyborczyka, o którym pisałem w „Ich losach”. W środku przy stoliku widoczny jest ksiądz proboszcz Dawid Sartowski, a po lewej z trąbką Wincenty Lemańczyk.

Szczególnie uroczysty charakter miało Święto Morza obchodzone w dniu 29 czerwca w dniu świętych Piotra i Pawła na terenie całej Polski, a nade wszystko na Kaszubach, dla których było ono zawsze świętością. Z nim wiązali nadzieję na lepszą przyszłość, na rozwój gospodarczy i potęgę morską. Cały kraj był urzeczony nowym portem morskim i budującą się od podstaw Gdynią.

W Borowym Młynie zawsze to święto miało szczególną oprawę, a na ten dzień czekali wszyscy, niezależnie od wieku. Dobrze była przygotowana młodzież zrzeszona w kołach Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży męskiej i żeńskiej, dzieci szkolne, straż pożarna, koło Związku Wojaków i Powstańców, straż graniczna i wojsko polskie. Najbardziej tutejszym mieszkańcom utkwiło w pamięci Święto Morza, obchodzone w 1939 roku. Miało ono niezwykły charakter i niespotykaną dotąd ilość uczestników.

Tym razem nie odbywało się nad jeziorem Gwiazda, lecz nad stawem młyńskim w środku wsi, w miejscu obecnych zabudowań pana Olejnika koło młyna. Miało ono niezwykle patriotyczny charakter, chociażby z tego względu, że wisiała nad Polską groźba wojny z agresywnymi w tym względzie Niemcami Adolfa Hitlera. Oprócz części oficjalnej połączonej z uroczystą mszą świętą, odprawioną przez księdza Franciszka Perschke odbyła się zabawa taneczna z występami dzieci szkolnych, pokazy gimnastyczne, sprawnościowe, siłowe przeplatane piękną kaszubszczyzną przez miejscowego konferansjera. Na stawie pływało około dziesięciu łódek i łodzi rybackich, przyozdobionych girlandami, lampionami, a żarówki zasilane były z akumulatorów lub baterii elektrycznych. Szczególnego uroku nabierały po zachodzie słońca przy śpiewie patriotycznych pieśni. Jednak najczęściej i najdonośniej śpiewano:

Chociaż każdy z nas jest młody,
Lecz go starym wilkiem zwą.
My strażnicy polskiej wody,
Marynarze polscy są.
Morze, nasze morze,
Wiernie ciebie będziem strzec!
Mamy rozkaz cię utrzymać
Albo na dnie, na dnie twoim lec,
Albo na dnie z honorem lec.

Jak zawsze przygrywała orkiestra dęta Wincentego Lemańczyka, w której, jak już wspomniałem grali również ewangelicy.
Tak bogate w treści patriotyczne uroczystości przeszły już do historii. Ostatnie miały miejsce po drugiej wojnie światowej nad jeziorem Gwiazda w 1948 roku, w których i ja brałem udział, jako wówczas uczeń miejscowej szkoły. Dodam, że ówczesne święta o charakterze państwowym przeważnie były połączone z barwną defiladą, pochodem przez wieś z orkiestrą dętą na czele.

Lata wojny

Po wybuchu drugiej wojny światowej polscy ewangelicy byli podobnie prześladowani jak katolicy. Oskarżano ich o rzekomą zdradę „niemieckości”. Pastorów wtrącano do więzień i obozów koncentracyjnych, gdzie zginęła jedna trzecia duchowieństwa. Istniejący w Polsce ewangelicki kościół miał być przeznaczony wyłącznie dla Niemców.

Podobna sytuacja była na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Tam również kościół ewangelicki, pomijając już katolicki, chciano zniszczyć i wyłączyć z życia społecznego. Więcej na ten temat można się dowiedzieć z książki Heinza Neumayera „Historia kościoła ewangelickiego Gdańska i Prus Zachodnich”. Tutejsi ewangelicy czuli się zawiedzeni rządami Trzeciej Rzeszy. Liczyli na opiekę i oparcie, jednak srogo się rozczarowali. Inwigilacja kościoła ewangelickiego oraz katolickiego przez NSDAP-partię nazistowską była wszechobecna. Wielu ewangelickich pastorów aresztowano lub kierowano do Wehrmachtu, przez co ograniczono pracę duszpasterską.

Z 316 parafii 121 księży i 16 diakonów zostało tam wcielonych. Pozostali musieli się bezwzględnie podporządkować istniejącej władzy, za niesubordynację lub niewłaściwą wypowiedź karano obozem koncentracyjnym. Tak postąpiono z ewangelickim księdzem Walterem, którego aresztowano na początku 1942 roku. Przez trzy miesiące przetrzymywano go w gdańskim Gestapo, a następnie do końca wojny przebywał w obozie koncentracyjnym Dachau.

Podobne prześladowania ewangelickiego kleru miały miejsce na terenie całych Niemiec, w tym na Pomorzu Zachodnim. W drugiej połowie lat 30-tych w tej części Niemiec pozamykano placówki Misji Wewnętrznej (diakonii), wielu pastorów przeważnie tymczasowo aresztowano, religię skreślono z zajęć szkolnych. W gronie przeciwników nazizmu znaleźli się między innymi księża słupscy, jak: Otto Gehrke, Martin Reinke, Werner de Boor, ks. dr Echternach, ks. Karol Bottke, ks. Rudolf Spittel, ks. Wernicke, ks. Gerhard Gehlhoff z Łupawy i ks. Johanes Bartelt z Główczyc. Jednak najwybitniejszym przedstawicielem ruchu oporu wśród ewangelickich księży na Pomorzu był ks. Dietrich Bonhoeffer rodem z Wrocławia – dyrektor Seminarium Kaznodziejskiego w Szczecinie. Po jego likwidacji w 1937 roku utworzył półlegalne seminaria w Koszalinie i Sławnie, w których, jako wybitny ewangelicki teolog był wykładowcą. Pod koniec wojny, za swoją działalność antyhitlerowską został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym w Flossenbürg, gdzie zginął 9 kwietnia 1945 roku na miesiąc przed zakończeniem wojny.

Kolejnym wielkim antyfaszystą był ks. Rudolf Spittel ze Słupska, przez wielu uznawany za bohatera ruchu oporu. Publicznie protestował przeciwko reżimowi hitlerowskiemu i był obrońcą ofiar obozów koncentracyjnych. W styczniu 1942 roku trafił do więzienia za głoszone poglądy.

Powszechnie ograniczano pracę z młodzieżą ewangelicką, oddzielono kościół od szkoły. Wprowadzono zakaz organizowania obozów dla młodych ewangelików oraz katolików, na noc musieli wracać do domów. Tak było podczas spotkań religijnych na Wyspie Sobieszewskiej koło Gdańska.Odtąd nauczyciele nie mogli być organistami ani współpracować z kościołem. Wynikało to z zarządzenia Ministra Szkolnictwa z 1940 roku. Wiele utrudnień wprowadzono w Najwyższej Radzie Kościelnej i konsystorzu gdańskim na mocy zarządzenia z 18 kwietnia 1940 roku.

W jeszcze trudniejszej sytuacji znalazł się kościół katolicki. Na terenie Gdańska cztery polskie kościoły zostały zamknięte, w pozostałych zabroniono odprawiania nabożeństw w polskiej liturgii. Sześciu księży ze wspomnianych parafii umieszczono w obozach koncentracyjnych. Na terenie diecezji chełmińskiej jedna trzecia księży została zamordowana, a dalsza trzecia część dostała się do obozów koncentracyjnych, z czego połowa zginęła. Pozostali, przy bezwzględnym posłuszeństwie mogli przebywać na terenie swoich parafii i oddać się pracy duszpasterskiej w ograniczonym zasięgu.

Po zniesieniu granic w 1939 roku do parafii w Borowym Młynie powrócili ewangelicy z Żołny-Eisenbrück w liczbie ponad 200 osób. Ze względu na ich rdzenne niemieckie pochodzenie tutejsza parafia nie odczuwała presji ze strony władz nadrzędnych, bądź prześladowań, jakich doznawali ewangelicy z centralnej Polski. Stąd liczba wiernych tej parafii przekroczyła 500 osób i tak pozostało do końca wojny.

Nazistowskie władze konfiskowały dotychczasowe mienie polskiego kościoła ewangelickiego, nawet szpital i dom starców w Warszawie. Zamykano szkoły ewangelickie, zakazano nauczania religii w szkołach, wydawania prasy kościelnej, ograniczano odprawianie nabożeństw i działalność charytatywną, zbierania ofiar i kolekt wśród wiernych. Jednak tak restrykcyjnych działań nie stosowano wobec ewangelików na ziemi pomorskiej skupionych w kościołach niemieckojęzycznych.

Wszystkie te szykany doprowadziły do zejścia narodowego kościoła ewangelickiego w Polsce do podziemia. Podobna sytuacja była w niektórych rejonach Prus Wschodnich, głównie na Warmii, gdzie broniono „ewangelickiej polskości”. W Warszawie, w wyniku potwornych prześladowań i totalnego zagrożenia powstała Narodowa Rada Ewangelicka, reprezentująca różne kościoły ewangelickie. Począwszy od 1943 roku zbierano się w prywatnych mieszkaniach na nabożeństwa, prowadzono działalność konspiracyjną. Ewangelicy uczestniczyli w Powstaniu Warszawskim, gdzie ponad 100 ewangelików oddało swe życie w walce o wolną Polskę.

Po wojnie dotychczasowa Rada przekształciła się w Polską Radę Ekumeniczną, a od 1948 roku weszła w skład Światowej Rady Kościołów z siedzibą w Genewie. Wiosną 1945 roku, już w nowych warunkach polityczno-ustrojowych ukonstytuował się pierwszy powojenny konsystorz kościoła ewangelicko-augsburskiego z księdzem profesorem Janem Szerudą, następcą zamordowanego w Oranienburgu biskupa naczelnego ks. dr Juliusza Bursche.

Przed polskimi ewangelikami stanął problem odbudowy zniszczonych kościołów i kaplic, struktur kościelnych. Z braku duchowieństwa wiele parafii nie było obsadzonych. Pomimo tych trudności odbudowano lub wyremontowano 245 kościołów i 146 kaplic. Wznowiono działalność wydawniczą. Dokonano nowego podziału administracyjnego przez utworzenie następujących diecezji: cieszyńskiej, katowickiej, mazurskiej, pomorsko-wielkopolskiej, warszawskiej oraz wrocławskiej.
W tym miejscu muszę wspomnieć o okrucieństwach wojny, jakich doświadczyli również ewangelicy z Gochów. Wszyscy mężczyźni ewangeliccy zdolni do służby wojskowej znacznie wcześniej od Kaszubów powołani zostali do Wehrmachtu i pierwsi ginęli na frontach tej wojny, wśród nich nasz sąsiad w Borowym Młynie, dwudziestojednoletni Alfred Raguse. Podobnie, jak i miejscowi katolicy, wbrew ich woli i sumieniu zostali zmuszeni oni do udziału w tej niechcianej i bestialskiej wojnie, w której ginęli razem z Kaszubami.

W latach wojny na równi z Polakami byli pod nadzorem oraz inwigilowani przez władzę hitlerowską. Nie mogli przeciwstawić się woli Hitlera, gdyż tak samo ich osadzano w obozach. O panującym niezadowoleniu wśród ewangelików wspominała moja matka z nimi zaprzyjaźniona.

Jednak najtrudniejszy okres nastał w mroźną zimę 1944/45 roku. W obawie przed nadciągająca armią sowiecką ewakuowali się na zachód, lecz nie wszystkim było dane tam dotrzeć.

O tych tragicznych dniach wspomina mój znajomy Werner Falk z Pietrzykowa w książce jego autorstwa „Heimat”, w której przedstawia wiele osób znanych mi osobiście. Autor jako dwunastoletni chłopak przeżył okropności wojny, a w szczególności ewakuację-ucieczkę przed Rosjanami. Obecnie mieszka w mieście Friedrichroda w Niemczech. Wielokrotnie odwiedzał strony rodzinne - Pietrzykowo i Borowy Młyn, miejsce urodzenia dziadków i pradziadków.

A oto fragmenty z jego książki:

„Moi rodzice zawsze nam mówili, że nikomu nic złego nie uczyniliśmy i dlatego my pozostaniemy tu, na swoim. Jednak niemieccy oficerowie namawiali ich do ewakuacji, twierdząc, że na tym terenie będą trwały ciężkie walki. Było to 15 lutego 1945 roku i pomimo tych ostrzeżeń pozostaliśmy na miejscu, nie opuszczając swego gospodarstwa. Od kilku dni w naszym domu przebywała rodzina dziadków z Borowego młyna - Alberta Roggenbucka. Dziadek Albert miał wówczas 89 lat, miał trudności z poruszaniem się, gdyż nogi odmawiały mu posłuszeństwa i z tego powodu pozostawał w łóżku. Wspólnie czekaliśmy na nadejście Rosjan.

Jednak dnia 1 marca 1945 roku nadszedł odgórny rozkaz opuszczenia swego domostwa i wyjazdu do Gdańska. W pośpiechu przygotowano parokonny wóz z polowym łóżkiem dla chorego dziadka. Załadowano najpotrzebniejsze artykuły żywnościowe – chleb, kiełbasę, szynkę i inne produkty, a dla koni paszę.

Następnego dnia wczesnym rankiem (Rosjanie byli już w Borowym Młynie) wyruszyliśmy w kierunku Piaszczyny, by dotrzeć do Bytowa, a dalej do Słupska, Wejherowa i gdańskiego portu. Nasza kolumna stale znajdowała się na linii frontu, aż do Wejherowa, które osiągnęliśmy dnia 13 marca 1945 roku. Byliśmy pewni, że teraz dotrzemy do upragnionego portu, a stamtąd na zachód.

Rankiem 14 marca, kiedy ojciec karmił konie, zostaliśmy okrążeni przez rosyjską kolumnę pancerną, która zaczęła ostrzeliwać centrum miasta, gdzie jeszcze bronili się Niemcy. Pozostaliśmy bez wyjścia, nie było najmniejszej szansy wydostania się na niemiecką stronę.

Pod wieczór, jeszcze tego samego dnia do wozu podeszli rosyjscy oficerowie z nakazem jego opuszczenia, bez możliwości zabrania czegokolwiek. Na wozie pozostał mój ukochany dziadek Albert z Borowego Młyna. Na rozkaz i pod groźbą rozstrzelania musieliśmy opuścić nasz wóz, na którym pozostał chory i bezbronny starzec i oddalić się. Sądziliśmy, że będzie to na krótki czas, powrócimy i zabierzemy dziadka. Lecz tak się nie stało. Jeszcze długo staliśmy pod lasem, patrząc na nasz wóz i wtedy ujrzeliśmy ogień, który go strawił.

Popadliśmy w rozpacz, ogarnęła nas niemoc i beznadziejność. Długo zastanawialiśmy się nad tym, czy spalono dziadka żywcem, czy najpierw pozbawiono życia. To na zawsze pozostanie tajemnicą.

Z głębokim bólem w sercu ruszyliśmy w drogę powrotną. Nasza piesza, pełna niebezpieczeństw wędrówka do Pietrzykowa ponownie zajęła nam 14 dni pod rosyjskim zagrożeniem rozstrzelania, gwałtu i kradzieży. Naszego ojcai brata Artura, jak i innych mężczyzn powyżej 15 roku życia aresztowano.

Zostaliśmy sami, nocowaliśmy na polach i w lasach, wszędzie napotykaliśmy trupy przeważnie młodych żołnierzy rosyjskich i niemieckich. Jednak ojcu i bratu po trzech dniach niewoli udało się zbiec i szczęśliwie wrócić do domu.

Pomimo tych tragicznych przeżyć dzień powrotu 30 marca 1945 roku był dla nas radosny – ponownie byliśmy razem. Zaczęliśmy od nowa gospodarzyć w naszym domu rodzinnym, nabyliśmy zwierzęta domowe i uprawialiśmy ziemię. Pogodziliśmy się z istniejącą rzeczywistością. Zżyliśmy się z napływowymi sąsiadami i oni też nas zaakceptowali.”

Latem 1947 roku, gdy ponownie byliśmy zagospodarowani musieliśmy na mocy rozporządzenia władz komunistycznych opuścić w ciągu jednej nocy nasz dom. Skonfiskowano nam cztery krowy, pięć świniaków, konie, kury, gęsi i pozostały dobytek.

Wtedy na zawsze pożegnaliśmy nasze rodzinne strony.”


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Baterie zlewozmywakowe Najlepsze szkolenia bhpSzkolenia BHP apartamenty wakacyjne cyfrowe rtg Wrocław