Kazimierz Żmuda Trzebiatowski (1983 r.)
Brzeźno Szlacheckie 1983 r.
Z prawej sędziwy Józef Żmuda Trzebiatowski (1983 r.).
Kaszubi pod Wiedniem
Gdyby Władysława Spiczak-Brzezińska wyciągnęła z pudełka Marsjanina, nie rozdziawiłbym chyba tak gęby. Ale zobaczyć faksymile przywileju herbu, nadanego przez Kazimierza Jagiellończyka, Zygmunta Augusta?!
Tutaj tytuł i przydomek szlachecki a śpieszyć trzeba do odrobku za pomoc sąsiedzką przy sadzeniu kartofli? Toż to w dobie kryzysu za dużo grzybów w barszczu.
Uchowaj Boże, aby kto myślał, że starsza pani zdziwaczała i chce kłuć w oczy rodowodem. Bo - każdemu życzyć takiej energii, no i właściwie - przed kim miałaby tak grać? Przed Skurcz-Brzezińskim, Świątek-Brzezińskim, Bastian-Brzezińskim? Przed Zmu-dą-Trzebiatowskim, Kap-Ostrowskim, Lew-Kiedrowskim, Chamier-Gliszczyńskim? Wszyscy wywodzą swoje miana z przywilejów królewskich lub z dawnej warstwy lemanów, czyli panków - wolnych chłopów, zobowiązanych do służby wojskowej na królewskie wezwanie. Tylu ich tylko w samym Brzeźnie Szlacheckim.
Wieś cała też nie zmanierowana. Przecież w Borzyszkowie gospodarzą Borzysz-kowscy, w Gliszczynie - Gliszczyńscy, itd.
Tu były po prostu Kresy.
Nie wielkie, stepowe przestrzenie lub błota, albo z ubogą brzeziną. Tam wiodły szlaki nawałnic wojennych, po dwadzieścia i kilka razy przetaczały się wielkie armie. Uwiecznione kurhanami, kilku książkami, pieśniami, już martwe.
Te żyją. Najtrwalszą formą, najwznioślejszą - pamięcią ludzką. Ale też jakże zawodną, umierającą często wraz z ostatnimi świadkami.
Wańkowicz, świadom „międzyepoki” i odchodzenia w nicość jednej z kultur, szlacheckiej, zatrzymanej na wschodnich krańcach dawnej Polski, zapisywał pospiesznie sylwetki ludzi i ich namiętności. Ci stąd, spomiędzy jezior i borów iglastych, piachów i ziemi nadzianej kamieniami gęściej niż ciasto wielkanocne bakaliami - niczym się nie wyróżniający, pracowici, prawi, patrioci, cisi bohaterowie - trwają. Już nie na pradawnym posterunku rycerskim w strażnicy, i nie na współczesnej zagrodzie, ale w takiej co niejedna zachowała chlewik z okresu „hakaty” z napisem farbą nad drzwiami: „Twierdzą nam będzie każdy próg”. Trzymają wartę, aby zachować kulturę, mowę, folklor, godność, ba, moralne podglebie, z którego wyrastała wiekami pracowitość, prawość i patriotyzm. Oni dzierżą historię i przyszłość swego ludu, Kaszubów.
Sami więc, ku utrwaleniu pamięci i godności, budują ten pomnik. Sami wëczëszczec so drogą (poradzą sobie z problemem}.
*
„24 marca odbyło się zebranie założycielskie Obywatelskiego Komitetu Budowy Pomnika Odsieczy Wiedeńskiej w Brzeźnie Szlacheckim. Wzięły w nim udział 22 osoby, w tym: przewodniczący oddziału Towarzystwa Pomorsko-Kaszubskiego w Słupsku, Zbigniew Talewski i oddziału w Chojnicach, Kazimierz Ostrowski”.
Tyle zanotowała w zeszycie pani Władysława, sekretarz komitetu. Pod późniejszymi datami kolejne posiedzenia, deklaracje, odnotowane pierwsze prace. Ale skąd pomysł, kto był jego autorem?
- To z naszej pamięci zrodzone... - odpowiada pani Brzezińska
Od czasu II Pokoju Toruńskiego (1466) szlachtę kaszubską obowiązywał taki sam system obrony granic, jak szlachtę innych regionów. Tyle że niewiele zachowało się przekazów pisanych. Dlatego może najbardziej utrwaliła się w pamięci największa, ostatnia Wiktoria Rzeczypospolitej szlacheckiej, Jana Sobieskiego pod Wiedniem. A może ze względu na liczne przywileje i bogate zdobycze wojenne?
Historyk, prof. Wacław Odyniec stwierdza, że w kampanii austriackiej wzięły udział z województwa pomorskiego dwa regimenty. Dowodził nimi wojewoda, Władysław Denhoff. Ich liczbę rożnie się przedstawia, lecz profesor, opierając się na racji dziennego żołdu, uwzględniając podwójną rację oficerów i podoficerów, szacuje ich na: 350 w pierwszym regimencie i 220 w drugim. Wielu z nich poległo w bitwie pod Wiedniem i pod Parkanami, sam Denhoff, ranny, zmarł jeszcze we wrześniu. W każdym razie księgi metrykalne (parafialne) odnotowały w 1683 roku na Kaszubach śmierć wielu mężów, a ponoć pisano też na marginesie: „poległ w obronie wiary świętej”.
Na szczegółowe przedstawienie roli, jaką odegrali Kaszubi, brakuje prawdopodobnie dokumentów. Chociaż Wacław Sobieski, historyk okresu międzywojennego podaje, iż mieli oni niepośredni udział, walcząc w pierwszej linii.
Większość uczestników-Kaszubów stanowiła szlachta herbu Leliwa. Jednakże nie wszyscy. Jan Karnowski, poeta kaszubski zmarły w 1939 roku utrzymywał, że widział dokument nobilitacyjny wystawiony w Monachium rodzinie Piechowskich, za udział w wyprawie. Przekazy ustne głoszą o nadaniach ze strony cesarza austriackiego; przydomek von Loeve miał z czasem ulec spolszczeniu (patrz: Lew-Kiedrowski), przy czym szybko zarzucono niemiecką formę określenia szlacheckiego „von” (np. u Rekowskich).
I znów inna wersja, u innego historyka. Edward Breza (autor „Przydomków szlachty kaszubskiej”) jest zwolennikiem poglądu używania przydomków przez tutejszą szlachtę już w wieku XV. Naukowcy nie wypowiedzieli się ostatecznie w tych sprawach...
Skoro wiele pomieszania i domysłów w głowach miejscowych Brzezińskich,
o czym otwarcie mówi pani Władysława, odsyłając mnie po uściślenia do Kazimierza Ostrowskiego z Chojnic, skoro w przekazach rodzinnych nie zachowały się opisy podróży (dziadek szwagra siostry pani Władysławy, Józefa Rudnika opowiadał, że jego dziad mówił o długiej i pieszej wędrówce do Krakowa. Odpoczął tam z towarzyszami dwa tygodnie i ruszył wprost do Austrii), epizody, bitew, strzępy informacji o zdobytych karabelach lub siodłach nabijanych drogimi kamieniami - ważniejsza nad fakty musi być legenda. Czyja? - króla Jana.
Sobieski był przecież związany licznymi więzami z ziemią kaszubską. Posiadał tu liczne włości, bywał więc i w sprawach gospodarczych i politycznych. Jeszcze w 1656 roku, jako chorąży koronny, towarzyszył Janowi Kazimierzowi do Gdańska, w rok później oblegał Toruń. W 1667 otrzymał starostwo w Gniewie. Sam długo ubiegał się o drugie starostwo, puckie. Po siostrze Katarzynie, wdowie po ks. Radziwille, otrzymał dobra Żuczewsko-Wejherowskie, zaś przejściowo administrował starostwami tucholskimi i malborskim. Znał ówczesne Wybrzeże w tym Hel. Swoje zainteresowania Kaszubami usiłował przelać na Marysieńkę, przebudował nawet dla niej stary zamek pokrzyżacki w Gniewie na pałac. Królowa, bodajże, niechętnie tam zjeżdżała...
A jako władca rozumny, dobry dla poddanych i sprawiedliwy, zyskał wśród nich popularność. Z czasem - przerodziła się ona w legendę.
Król (z pewnością} sadził osobiście czterorzędową aleję lip w Żuczewie... Odbudował pałac w Piasecznie koło Gniewu, ufundował sklepienie w farze gniewskiej... Dał przywilej wyłączności na muzykowanie kapeli z Gniewu... W Skarszewach przywilej dla obraźników (malarzy)... Brał stronę chłopów w ich sporach za starostami... W 1677 r. obchodził imieniny w Gniewie i odtąd tę uroczystość świętowano co roku... Król bawił się (?) u chłopa na weselu (co utrwalił ks. Bernard Sychta w sztuce: „Hanka się żeni”: ...no tera zatańczymy „szewca”, bo tego samego król Sobieski, jak na Kaszubach był, tańczył).
Legenda narastała chyba w miarę jak upływały lata od obalenia w 1772 roku kordonów granicznych, gdy już za pamięci żyjących i ich ojców w szkołach kazano śpiewać: „Der Keiser ist ein Mann, erwonht in Berlin”, Wtedy potrzebna była wizja polskiego króla, przed którym gięli kolana cesarz Leopold i książęta niemieccy - jak chciała legenda.
Pierwszy pomnik Sobieskiego stanął w Gniewie. Drugi w Chojnicach (oba zniszczono podczas II wojny). Trzeciego, o mały włos nie postawiono 50 lat temu w Brzeźnie Szlacheckim, wśród potomków tych, którzy jedli winogrona na zboczach Kahlenbergu. Na 250 rocznicę odsieczy ściągnęły tłumy, nierzadko z dalekich stron, pieszo i na wy-majonych wozach drabiniastych. Grało pięć orkiestr, w tym wojskowa z Chojnic. Zespół regionalny z Brzeźna wystawił sztukę: „Kaszubi pod Widniem”. Posadzono aleję lip, obowiązkowo. Pod dębem, przy drodze za kościołem, zakopano butelkę z informacją o uroczystości.
Tak to przerodziła się ona nieoczekiwanie w manifestację wierności Kaszubów Polsce. Odżyły pieśni (Nie rzucim ziemi skąd nasz ród..., Tu w moim kraju..., Na Wawel, Na Wawel..., Marsz sokołów, na zakończenie: Boże coś Polskę...) i słowa poety, Hieronima Derdowskiego: Czujcie tu ze serca tonów/, Skład nasz apostolski/ Nie ma Kaszub bez Polonii/. A bez Kaszub Polści”.
Oprowadzając mnie po Brzeźnie, sołtys, Franciszek Gründeman - pani Władysława musiała iść na pole - mruczy niezadowolony pod nosem.
- Mój poprzednik, dobry człowiek, zasłużony, ale już staruszek, nie upilnował ludzi. Ot, powycinali lipy, bo się rozrosły i na domy właziły, albo zwyczajnie uschły. Dębu już nie ma, burza przewróciła, butelki nikt nie znalazł... Ja w świecie bywały, zacząłem inne rządy. Ludzi na czyny pozapisywałem.
W ubiegłym roku postawili stylizowany przystanek autobusowy. Wpierw przyszli starsi, z sołtysem na czele, wkrótce dołączyli młodzi z ZMW. Ale dla nich Gründeman wyszykował inne prace: chodnik mają ułożyć przez całą wieś, a zakończyć go promenadą nad stawkiem-jeziorkiem. Do tego muszą wykopać kanał spustowy, ułożyć rury cementowe, oszalować przepust. Ciężka robota, zgodzili się, więc do starych należy teraz porządkowanie placyku między budką PKS i parkanem dokoła-kościelnym. Trzeba go wygrabić, na dróżkach idących w cztery strony świata bruk położyć, aby było na starą modę („nie żaden asfalt lub kostka betonowa!"), posadzić żywopłot. Dopiero wtedy można będzie murować cokół.
Na nim stanie kamień ciosany, ni to walec, ni to pień, na którym ustawiono niegdyś figurę św. Nepomucena. Przykryje go daszek z gontu, spadający na wszystkie strony, uwieńczy zaś krzyż drewniany. Napis na kamieniu będzie więcej niż skromny: „Kaszubi pod Widniem”. Kamień ofiarował pewien rolnik z Gliszna, projekt wykonał społecznie architekt z Chojnic. Wieś dorzuci z funduszu rozwoju rolnictwa 100 tyś. zł (w kasie: 370 tyś.). Resztę zrobią ludzie, po robocie, gdzieś między sianokosami a żniwami, no, może po żniwach i podorywce.
- Panie Gründeman, mimo wszystko nie lepiej było przeznaczyć te 100 tysięcy na siewnik lub bronę talerzową? Sam pan mówił, że we wsi już dużo traktorów, brakuje maszyn. Tyle pomników się buduje w miastach, na wielkich placach...?
Sołtys sparował od razu, iż przecież Brzeźno się ożywiło społecznie, że „pod pretekstem” - wreszcie zrobi się porządki w publicznych miejscach. Choć każdy dba
o swoje, nie uświadczy się tu przewalonego płotu lub rozwalającej się obórki („widział pan zrujnowany dom? To pewnie osadników, przybyłych po 45-tym") - jakoś nie stawało im serca do prac społecznych. Po dłuższym namyśle Gründeman ciągnie opowieść.
Nie sprzyjała temu sytuacja gospodarcza tego regionu; Gochów, jak nazywają ich, inni Kaszubi. „Goszenie” oznacza po kaszubsku mówienie odmiennie niż w okolicy (czyżby wpływ sąsiedztwa zza Borów Tucholskich Kujaw i Kurpiów? Przecież wywarli oni swe piętno w elementach haftu, powstała odrębna szkoła, „borowiecka” -w siedmiobarwnej palecie zmieniająca kolor żółty na brązowy). Ale „goche” oznacza też piaski, czyli charakteryzuje tutejsze pozaklasowe ziemie, na których nawet owies nie rodzi, tylko żyto i kartofle.
Przed wojną istniały co prawda duże posiadłości, nadające ton rolnictwu w okolicy. Jednak obok nich z trudem prosperowały gospodarstwa średniorolne, powstałe wskutek działów majątków drobnej szlachty, a nie brakowało i bezrolnych, utrzymujących się z pracy najemnej u gburów i z dorywczych robót w lesie. Po wojnie gburów nazywano kułakami; bez żadnych niuansów i rozróżnienia administracja (zawsze kierowana przez ludzi spoza Gochów) położyła rękę na ich rozwoju. I o ile w całym dwudziestoleciu międzywojennym postawiono tylko cztery nowe domy, o tyle za Polski Ludowej dużo wody musiało upłynąć w Prądzonce, nim wzniesiono pierwszy budynek.
- Już za Gomułki i ja rzuciłem, obłożony podwójnym domiarem, wypiek ciasta -skwitował Gründeman.
Ale stało się dla nich coś jeszcze gorszego - uderzono w ich godność. U zarania ludowej Polski utworzyli z zapałem koło Zrzeszenia Kaszubskiego, którego prezesem został nauczyciel, Kazimierz Tomala. Ono ogniskowało życie kulturalne i emanowało na społeczność wiejską. Odbywały się tradycyjne kursy szycia, haftu i pieczenia. Zespół teatralny uczył poezji polskiej i kaszubskiej oraz gry aktorskiej w wystawianych sztukach. Raz w roku zrzeszenie organizowało huczną zabawę-festyn. No i dbało o wystrój wsi. Około sześćdziesiątego roku ostatecznie życie kulturalne zamarło. Padły ze strony pewnych przedstawicieli argumenty „podwójnego życia”. Wyciągano epizody z historii rodu, szczególnie te z okresu II wojny.
- Poszło przede wszystkim o podpisanie narodowościowej listy niemieckiej, „Ange-deutsch"- dorzuca siostra pani Władysławy, Janina. - Proszę pana, kto tu nie mieszkał, nie może tego zrozumieć. Bergemeister (wójt) chodził jednego dnia z listą. Mój pierwszy szwagier nie podpisał - następnego dnia zabrało go gestapo, zginął w Stuthoffie. Drugi szwagier nie podpisał - przepadł bez śladu. Kolega, Max Jantcki też się nie ugiął, zabrali go do Bytowa, po dwóch dniach rozstrzelali. Listonosza Łąckiego za to samo do lagru, a dwóch innych z nim wziętych - od razu postawili pod mur... Znaczna część Gochów, jak i większość Pomorza, zdecydowała się okazać pozory uległości. Zdarzały się jednostkowe przypadki oddania się na usługi hitlerowcom, ale ci renegaci nie byli z reguły rodowitymi Kaszubami. Pamiętamy też ich nazwiska: Hans Demisz, rybak Bonk znad jeziora Trzebielsk, Manske z Prądzony, Erlick z Glisna.
O tym, że były to w ogromnej przewadze pozory uległości, mówią fakty. Tu działał „Gryf Pomorski", a jeden z dowódców, mjr „Ryś” (Józef Gierszewski) wywodził się z Prądzony. Stąd pochodzi Antoni Zdrojewski, legendarny dowódca Polskiej Organizacji Walki o Niepodległość we Francji, którego w 1982 roku Conseil d'Etat (Rada Państwa} mianowała marszałkiem Francji, jako drugiego po Józefie Poniatowskim, Polaka...
- Wreszcie świadczą losy wojenne takich jak ja- wtrącił Gründeman - Po przyjęciu „Angedeutsch” zostałem skierowany do Wehrmachtu. Przydzielono mnie do strzelców wyborowych, lecz ja - odmówiłem wyjazdu do szkoły! Rozumie pan, co to znaczyło!?
Sąd wojenny i czapa. Przesłuchiwał mnie major. „Mojego brata - mówiłem - rozstrzelało gestapo za to, że był Polakiem. Ojciec nie podpisał listy, jak ja mogę być dobrym soldatem?” Trafiło to widać do niego, osobiście wysłał mnie do Francji, do obrony przeciwlotniczej. Wkrótce poznałem Ślązaka, który zwierzył się mi z kontaktu z Resistance. Szykowaliśmy się do ucieczki, kiedy partyzanci wycofali się przed spodziewaną inwazją Normandii. Ale niebawem los mi pomógł. Pewnemu Kaszubie spod Grudziądza groziła kulka w łeb, bo posprzeczał się przy młodym winie z Austriakami, jaki będzie finał wojny i zastrzelił jednego z nich. Czekając na decyzje, siedział w kuchni. Mówię do niego: „wiejemy!” No i - dwa lata jeszcze nosiłem mundur polski. A ilu takim jak ja wcześniej udało się uciec i nawojować przeciwko Niemcom ? Ilu Kaszubów zginęło pod Monte Cassino, jako żołnierzy wojska polskiego? W innych bitwach? Im, oraz bohaterom kampanii wrześniowej, ofiarom okrucieństwa okupanta, społeczeństwo gminy Lipnica postawiło rok temu pomnik-krzyż na Piszczatej Górze. Na honorowej tablicy nie znalazło się miejsce dla tych, którzy wskutek okrucieństwa historii i najczęściej wbrew swej woli, byli po drugiej stronie i tam ponieśli śmierć.
Widziałem: tablica niesie sto dwadzieścia klika nazwisk...
Jeszcze w autobusie - jeden z nielicznych kursów łączących Brzeźno ze „światem", czyli z siedziby gminy w Lipnicy -poznany przez sołtysa Leon Urowski przeplata mimochodem historię z dniem dzisiejszym. Jedziemy drogą, którą po I wojnie wiodła granica. A kilka kilometrów na zachód - granica przedrozbiorowa. Gdzie teraz rów melioracyjny - zaczynała się Rzesza, gdzie pas przeciwpożarowy wyorany w lesie - stały słupki graniczne. Urowski znal ich lica, oba orły, bo często przekradał się na drugą stronę szukając roboty. Do dziś pamięta dwukrotne mordobicie i wyrzucenie za to, że okazał się być „polskim ryjem”.
O granicy opowiadały też siostry Brzezińskie. W galerii zwierciadlanej Wersalu określono ją na papierze. Na terenie Gochów wytyczono ją na skutek sugestii Niemców, aby nie dzielić byłych gmin. W terenie -granica odcięta lasy państwowe od wsi ( a w lasach można było znaleźć pracę )od państwowych łąk Rosochy, wreszcie dzieliła pola, a nawet wsie na pół, wzdłuż drogi, np. Upiłkę. I wtedy doszło do ewenementu w procesie ostatecznego kształtowania się granicy polsko-niemieckiej.
W konspiracji przed urzędującymi Niemcami, ojciec, Józef Spiczak-Brzeziński , wyprawił się z Jakubem Zielińskim do Gdańska do szefa Podkomitetu Naczelnej Rady Ludowej, dr Józefa Wybickiego. Wieźli petycję ludności, sformułowaną przez proboszcza Ojciec spotkał Wybickiego w Gdańsku, gdy leczył w 18 roku ranę.
W lutym 1920 roku przybyło wreszcie do Brzeźna polskie wojsko. Ale oficer był bezsilny wobec rozkazów. Niemniej gdy Niemcy zaczęli wbijać paliki graniczne Kaszubi wyrwali je i połamali na głowach tamtych. Znów słali po delegację Ententy tym razem do Torunia. Zadecydowała ostatecznie jej wizja lokalna. Delegacja dokonała korekty, nawet o 10 km na korzyść Polski. Gochy byli górą!
Urowski mocniej stoi w teraźniejszości. Jest radnym GRN, a jeśli sięga wstecz, to do 27 lat urzędowania jako przewodniczący Gromadzkiej Rady Narodowej w Brzeźnie. Tam bowiem mieściła się siedziba władz lokalnych aż do zmian administracyjnych. Najbardziej żałuje 2 milionów złotych, jakie posiadał w siedemdziesiątym roku do „przerobu” na bazę turystyczną i wypoczynkową. – Tyle pięknych jezior – wzdycha - stoi nie zagospodarowanych, tyle grzybów czeka w lasach... Zaprasza mnie do przyjazdu, jeśli lubię ciszę.
Pracuje nadal społecznie, ponieważ brakuje ludzi z doświadczeniem. Wielu młodych Kaszubów zdobyło wykształcenie lecz nikt nie powrócił z dyplomem. Co ciekawego, od dyrektora szkoły, nauczycieli, dyrektora SKR, weterynarza, itd. – wszyscy to ludzie spoza Gochów.
- Tutejsi nie chcą obejmować kierowniczych stanowisk - komentuje I sekretarz K.Gm., Zbigniew Studziński.
Dlaczego? Nie potrafi odpowiedzieć może, uważa, szkoda fatygi, obcy i tak nie zrozumie. Jak tego, dlaczego wieś trzyma stronę moczygęby, pijusa, lecz Gocha, a nie żony - lecz zza Tucholi? Dlaczego z pradziwych enklaw Gochów, z Prądzony, Borzyszkowa, młodzież nie idzie do szkół średnich, najwyżej do zawodówki? Dlaczego nowi osiedleńcy wytrzymywali tu tylko trzy lata?...
- Goche maklac oczami kogoś –spoglądają nieufnie. Tyle im zostało z dawnego oręża?
Nie, oni trzymają straż. Nie dadzą się wyrwać z korzeniami i nie popłyną z ogólnym nurtem...
*
Sędziwy Józef Zmuda Trzebiatowski - wuj Kazimierza z trudem przypomina sobie imiona przodków. Jego ojciec (dziad młodego Kazimierza) też Kazimierz urodził się na tej ziemi w 1849 r. Zachowane księgi metrykalne w USC w Lipnicy odnotowały jego zgon w 1936 r. Jan Zmuda de Trzebiatowski urodzony w 1819 roku (pradziad Kazimierza - młodszego) przeżył w świetnej kondycji 98 lat i do ostatnich godzin swojego życia pracował w gospodarstwie. Przy pracy też umarł. Ksiądz Raepke z Borzyszków pokazuje wizytówkę Jana z herbem rodowym. Złoty półksiężyc otwarty do góry z trzema złotymi gwiazdami na niebieskim tle, które zastąpiły pierwotnie używana herbowa gwiazdę sześcioramienną ujętą w rycerską przyłbicę. Nad herbem gołąb.
Prawo używania trzech gwiazd i półksiężyca zostało nadane Zmudom za waleczność w bitwie pod Chocimem w 1621 roku przez Zygmunta III. Po odsieczy Wiedeńskiej na herbie przybyły następne dwie gwiazdy. Józef mgliście przypomina sobie imię prapradziada. Był nim Jakub urodzony prawdopodobnie ok. 1790 roku. Na tym urywa się wiedza genealogiczna o Zmudach.
Księdzu Raepke bardzo zależy na odzyskaniu archiwów parafialnych, wywiezionych do Niemiec w czasie II wojny światowej. W nich bowiem są informacje o ludziach od wieków związanych z tą ziemią. Tam też są brakujące ogniwa rodu Zmudów Trzebiato-wskich.
Emila i Kasia to szesnaste pokolenie Zmudów w Gliśnie. Ich ojciec, dwudziestosiedmioietni Kazimierz, choć rad by poznać dokładną historię rodu, myśli raczej o swojej ziemi. Gospodarstwo leży na wzgórzu, z dala od innych domostw. Otoczone sosnami i wiekowymi lipami, Stromym zboczem schodzi do jeziora, zanim zainstalowano pompę, Zmudowie czerpali stąd wodę do picia. Dziś łowią w kryształowych wodach Sielawy, plocie i szczupaki.
Ziemie szóstej klasy nie nadają się pod wymagające uprawy, Kazimierz część obsiewa żytem i gryką. Na reszcie wypasa owce i krowy. Świń nie opłaca się tu hodować.
- Niejeden lemiesz tu złamałem, niejedna maszyna postradała zęby na tych kamieniach - powiada. - Ale ojcowizny nie oddam. Najgorsze są małe, wielkości pięści i głowy. Wszędzie ich pełno, jak gdyby się rodziły co roku nowe. Większe wykopujemy i ustawiamy na wieczną pamiątkę na rozdrożach wokół gospodarstwa.
Praojce Zmudów Trzebiatowskich nie sądzili chyba, oddając Janowi III Sobieskiemu swoich najwaleczniejszych ludzi i najlepsze konie, że ich udział w kaszubskich regimentach i Wiktorię pod-Wiedniem stawić będzie trzy wieki później głaz z ich rodowego pola.Wykopany i nadludzkim wysiłkiem wciągnięty na wzgórze długi czas służył przechodzącym tamtędy Kaszubom i turystom za drogowskaz.
Dziś ustawiony na centralnym placu w Brzeźnie Szlacheckim, czeka na dzień 11.IX.83 - trzech-setną rocznicę zwycięstwa pod Wiedniem.
*
Zachowano oryginalną formę i zapis. Autor ten reportaż opublikował w Ilustrowanym Tygodniku Młodzieży - Razem - nr 32 – 7 sierpnia 1983 r. a zdjęciami wzbogacił go - Jacek Kucharczyk.
Ps.
Po 25 latach należy z dumą i satysfakcją podkreślić, że obelisk ten nie tylko wrósł w pejzaż wsi i całych Gochów, ale że jest obok miejscowej historycznej drewnianej świątyni ich dumą. Tu u „jego podnóża” odbywają się liczne uroczystości i imprezy upamiętniające „Wiedeńską Viktorię” z udziałem miejscowych Kaszubów – Gochów.
Bohaterowie tego reportażu tj. Janina Szpiczak Brzezińska – Rogala Leon Urowski, Franciszek Grüdemann. Jóżef Zmuda Trzebiatowski i ks. Kazimierz Reapke nie żyją, również zmarła większość członków Komitetu jego budowy.
Z kolei sędziwa - 80 letnia Władysława Szpiczak Brzezińska jest dzisiaj... pensjonariuszką Domu Starców – szpitalnego hospicjum w Miastku.
Kazimierz Żmuda Trzebiatowski – wyemigrował na jakiś czas do Kanady opuszczając ziemie swych przodków... /tz/