Red. Anna Cupa w rozmowie z Michałem Swiątek Brzezińskim wicewójtem Gm. Lipnica – Brzeźno Szlacheckie 2007 r. (zdj. tz)
Anna Cupa (w drugim rzędzie – w środku) podczas I Spotkań na Gochach - Tuchomie 10.11.07 r. (zdj. tz)
Żyjemy u progu trzeciego tysiąclecia, w erze komputerów, wielkiego postępu technicznego i cywilizacyjnego. Dla człowieka liczy się luksus, bogactwo, sukcesy i kariera. Młodzież ze wsi migruje do miast nie widząc dla siebie perspektyw życiowych w środowisku, w którym wyrosła. Niewielu myśli o trudzie przodków.
0 tym jak w pocie czoła, kosztem wielu wyrzeczeń, dorabiali się skraweczka gruntu.
„Kto miał ziemię to miał życie" - tak mawia Eufemia Cupa z domu Bruska, dzisiaj
siedemdziesięciotrzyletnia kobieta z bogatym bagażem przeżyć, która chętnie
opowiada o czasach swego dzieciństwa i wczesnej młodości.
Centrum politycznym i kulturalnym Ziemi Zaborskiej były i są Brusy. Wokół nich znajduje się wiele mniejszych wsi i przysiółków. Jadąc z Brus w kierunku Swornychgaci, w odległości 3 km od stolicy gminy, znajdziemy miejscowość Czyczkowy. Od pokoleń związana z tą wsią jest rodzina Eufemii Bruskiej. Mieszkali tu jej dziadkowie, Marianna i Jan, a podtrzymując tradycję także rodzice, Anna
1 Andrzej. Dnia 19 stycznia 1909 r., w kościele parafialnym w Brusach Andrzej Bruski
zawarł związek małżeński z Anną Wałdoch z Kosobud. W marcu następnego roku
przyszło na świat ich pierworodne dziecko, córka Józefa. Rodzice doczekali się
jeszcze czterech córek: Wandy, Anny, Eufemii i Doroty oraz sześciu synów: Józefa,
Maksymiliana, Jana, Alfonsa, Brunona i Alberta. Była to rodzina chłopska, jak
większość w Czyczkowach. Wieś liczyła wówczas około tysiąca mieszkańców.
Sytuacja majątkowa ludności była zróżnicowana. Obok bogatych gburów, którzy
posiadali przynajmniej 20 ha ziemi i parę koni, żyli biedniejsi, jak rodzina Bruskich,
najmujący się do pracy, by móc utrzymać swoje małe gospodarstwa. Anna i Andrzej
początkowo wynajmowali mieszkanie od Wincentego Drobińskiego przy ul. Lipowej
a w 1920 r. kupili własny dom przy ul. Głównej.
Była to drewniana chata kryta słomianą strzechą, której wiek w 1966 r., podczas rozbiórki, leśniczy z Czernicy Stanisław Meger określił na około trzysta lat. Od ulicy wspólny ganek prowadził do dwojga drzwi frontowych. Dom był bowiem dwurodzinny. W jednej części mieszkała rodzina Warnków, w drugiej -- Bruskich. Każda z nich posiadała jedną izbę i kuchnię w postaci małej przybudówki. Do izby światło padało przez jedno okno przy drzwiach i drugie, o wiele mniejsze, od podwórza. W szczycie pod strzechą umieszczone było trzecie okienko. Przed domem
rosły porzeczki czyli kaszubskie swiatówióncze. Pośród kwiatów, takich jak narcyzy, lilie i buciki, które rosną tam do dziś, górowała para drzew owocowych: śliwa i wiśnia. Obejście ogrodzone było od drogi płotem. Na podwórzu stała drewniana stodoła połączona z oborą, w której trzymano krowę, od dwóch do czterech świń, kury i gęsi. Obok stodoły rosły jeszcze dwie wiśnie i śliwa. Były to i tak dobre warunki, w porównaniu z domem sąsiadów, podzielonym na cztery izdebki, w których jednocześnie gotowano, a który zamieszkiwały cztery rodziny.
Anna i Andrzej Bruscy z jedenaściorgiem dzieci mieszkali w jednej izbie. Na jej wyposażenie składała się szafa, w której trzymano ubrania, komoda, gdzie stały najcenniejsze rzeczy rodziny, dwie ławy ustawione wokół pieca i miejsca do spania. Były tu dwa łóżka, kolebka przeznaczona dla najmłodszego dziecka i tzw. szlobanek (coś w rodzaju ławy, którą było można na noc rozkładać). Ściany wybielono wapnem, a podłogę zrobiono z nieco wykrzywionych desek. Aby ładniej wyglądała, na nadzielę, świeżo wyszorowaną, posypywano żółtym piaskiem. Na ścianach wisiało wiele świętych obrazów m.in. „Serce Jezusa", „Matka Bolesna i Jezus w koronie cierniowej" (pod wizerunkiem widniał napis: „Ecce homo" Oto człowiek), „Matka Boska Ostrobramska" i „Matka Boska Bolesna" o sercu przebitym siedmioma mieczami. W rogu ściany wisiała półka nazywana ekbretem. Dzieci stawiały tam latem kwiatki polne i aniołki zrobione z papieru. Na komodzie stał krzyż, który wraz z lichtarzami i kwiatami spełniał rolę swoistego ołtarzyka. W oknach wisiały zawsze firanki, które sięgały do połowy ich wysokości. Niektóre rodziny zawieszały firany na kolędę i ważne święta, ponieważ na co dzień nie pozwalały sobie na taki luksus.
Malutka kuchenka była raczej pomieszczeniem gospodarczym i jej funkcje znacznie różniły się od dzisiejszych. Stała w niej tzw. pląta, na której gotowano jedzenie zarówno dla członków rodziny, jak i dla zwierząt. Obok znajdowała się kasta z drewkami i kasta z gotowanymi bulwami dla świń. Tuż obok stała wanna (balika) lub wiadra (kubły) z wodą. Rodzina nie posiadała swojej studni, wodę noszono od sąsiadów z przeciwka, państwa Jażdżewskich. Płacono za to trzydniowym odrobkiem, przeważnie przy kopaniu bulew.
Jak można się spodziewać, nie było elektryczności. Światło wieczorem dawała lampa naftowa. Naftę nazywano potocznie pitrychem i kupowano w następujących
miarach: alwa (1/2 1) lub smarkolek (1/4 1). Dla biednych rodzin była ona za droga więc pozwalano sobie na nią nieczęsto. Dlatego też mężczyźni robili własne, tańsze „lampy". W puszkę blaszaną kładziono biyłkę karbidu. Przykrywano go kawałkiem nasączonego wodą buraka, w którym robiono otwór. W wyniku reakcji karbidu z wodą zaczynał ulatniać się gaz, który podpalony dawał piękny płomień światła. Niestety, ta niebezpieczna mieszanka czasami wybuchała. Robiło się wtedy ciemno w pokoju, a matka rodziny pytała, trochę dla śmiechu a trochę z trwogi, czy wszyscy aby żyją.
Rodzina Bruskich do roku 1929 dzierżawiła ziemię należącą do majątku w Wielkich Chełmach. Kiedy nadarzyła się okazja kupna gruntu, Andrzej Bruski skorzystał z niej. Z rozparcelowanego majątku Żabno kupił 1,75 ha ziemi. Koszty były tak wysokie, że sumę ogólną trzeba było rozłożyć na raty spłacane przez dziesięć lat. Od tego czasu życie rodziny polegało na zdobywaniu pieniędzy na owe raty, które wysyłano do siedziby spółki do Poznania. Wyhodowane świnie sprzedawano a tylko takie, które były chorowite i marnie wyglądały, zabijano na własny użytek. Wytwory gospodarskie: jaja, masło, gęsi, kury sprzedawano na targu w Brusach. Andrzej, ojciec rodziny, początkowo dorabiał jako parobek u bogatych gburów, później zaczął pracę w cegielni w Igłach koło Chojnic.
Latem ratunkiem dla rodziny były jagody. Matka z dziećmi każdego dnia wczesnym rankiem udawała się do lasu. Do południa mieli już pełne koszyki. Wtedy wracali. Trzeba było je jeszcze sprzedać. Eufemia, jako najodważniejsza, chodziła piechotą do Brus do najbogatszych rodzin: Wróblewskich, Pańskich, Cysewskich i oferowała kupno jagód. Ludzie byli bardzo wybredni i młoda dziewczyna miała z tym niemało problemów. U państwa Cysewskich, bardzo pobożnych ludzi, musiała niekiedy odmówić wspólnie „Anioł Pański". Potem dopiero sprawdzano czy jagody są czyste i czy warto je kupić.
Starsze dzieci po ukończeniu szkoły podstawowej wysyłano do pracy u gburów. Maksymilian i Janek pracowali u Skoczyńskich w Klosnowie a Alfons u Terzków w Ogorzelinach blisko Chojnic. Byli tam po prostu parobkami. Cały dzień pracowali. Jedli w piwnicy domu właścicieli a spali w stodole. Wanda i Józefka pracowały jako służące u leśniczych w Kłodawie i Powałkach. Ojciec odbierał wszystkie zarobione pieniądze. Trzeba było zapłacić raty, bo w przeciwnym razie odebrano by ziemię.
Andrzej Bruski cały czas powtarzał, że będzie lepiej, że nastanie lepsza przyszłość. Młodzi chłopcy nie chcieli takiego życia. Buntowali się przeciwko bezwzględnej władzy ojca. W humorystyczny sposób wyrażali swoje uczucia niezadowolenia często powtarzając: „Bieda z nadzą ze sobą padzą, kole Koltra są mijają".
Bieda ta była widoczna wszędzie. Przy wykonywaniu ciężkiej pracy dzieci nie otrzymywały wystarczającego wyżywienia. Na obiad matka bardzo często przygotowywała brykę. Był to ugotowany na wodzie śrut, który po zastygnięciu w talerzach polewano maślanką. Wieczorem była zupa, bardzo wodnista., którą dzieci nazywały wyścigówką lub galop-zupką. W trakcie wspólnych posiłków na środku izby stawiano ławę, wszyscy siadali wokół niej na ziemi i zaczynali jeść. Talerze były blaszane i z jednego jadły po trzy osoby. Często dochodziło do niegroźnych bijatyk na łyżki, kiedy któreś z dzieci wybierało zbyt dużo gęstego z talerza.
Drobniutkie, skromniutkie dziewczynki ubierały się w barchanowe, szare suknie, bez bielizny. Pończochy przywiązywały pod kolanami zwykłym sznurkiem. Na stopy obuwały drewniane korki, które zrobione były przez ojca. Kiedy zimą ześlizgały JQ, „dało po sladku", czyli otrzymywały solidne klapsy za zniszczenie ojcowskiej pracy. Dziewczynki czuły się prawdziwymi damami, kiedy dostawały w prezencie kolorowe fartuszki. Eufemia pamięta do tej pory, że otrzymała fartuszek w kółeczka a jej siostra Anna w kwiatuszki. Zazdrościła Annie, bo bardziej jej się podobał ten w kwiatki. Knópe czyli chłopacy nosili portki trzy czwarte. Kiedy się porwały, naszywano na nie łaty i były dalej dobre. Kończyło się rym, że spodnie składały się z różnych kawałków materiału, który przyszywano na dziury. Pierzyny (pultiny) dla wszystkich członków rodziny mogli mieć ludzie zamożniejsi. Dzieci Bruskich zasypiały przykryte szubranami - starymi ubraniami rodziców.
Biedne, źle odżywiane i nędznie ubrane dzieci miały swój charakter i poczucie własnej godności. Szkoła należała do tych miejsc, gdzie przebywały ze sobą dzieci z bogatych i biednych rodzin. Rzeczą oczywistą było, że jeżeli rodzina darowała nauczycielowi jakieś wiktuały wyprodukowane w gospodarstwie lub posłużyła koniem, dzieci od razu miały lepsze oceny. Nie było to możliwe w przypadku rodziny Bruskich. Chociaż oceny nie zawsze okazywały się zadowalające, Eufemia z dumą mówi o swej szkolnej postawie. Należała do uczniów spostrzegawczych i szybko się
uczących. Obowiązek szkolny trwał wówczas od 7 do 14 roku życia. W pierwszych latach dzieci pisały na tabliczkach. Przy każdej był rysik i dwie szmatki do ścierania: jedna zmoczona wodą, druga sucha. Zdarzało się, że za poprawne wykonanie zadania nauczycielka rozdawała cukierki. Eufemia wspomina, że otrzymywała je czasami. Zawsze potem dzieliła się nimi z rodzeństwem.
Starsze dzieci pisały już w zeszytach. Zeszyt Eufemii bardzo często wędrował wśród uczniów, którzy odpisywali zadania domowe. Jedna z bogatszych dziewczynek, w zamian za odpisywanie, przynosiła Femce chleb. Dobra i rozsądna dziewczyna zabierała go do domu i dawała swemu najmłodszemu braciszkowi. W ówczesnej szkole uczono języka polskiego, arytmetyki z geometrią, geografii, historii, przyrody, śpiewu i wychowania fizycznego nazywanego ćwiczeniami cielesnymi. Grano w dwa ognie i siatkówkę, urządzano biegi. Nauczyciele byli surowi i utrzymywali dyscyplinę. Nierzadkie było bicie wskaźnikiem lub zwyczajnie - ręką. W pamięci Eufemii utkwił nauczyciel Władysław Kuczma, który podarował jej swoją własną książkę do historii. A więc istnieli ludzie dobrego serca, którzy litowali się nad biednymi, zdolnymi dziećmi. Dziećmi, które potrzebowały pomocnej dłoni. Chciały się uczyć, niestety nie miały warunków.
Ważnym czynnikiem kształtującym osobowość młodego człowieka było życie religijne w rodzinie. To rodzice uczyli dzieci prostej wiedzy o Bogu, wpajali modlitwy i przykazania. Każdego wieczora wszyscy klękali do wspólnego pacierza. Matka prowadziła modlitwy a pozostali po trzykroć je powtarzali. Pomimo to, że Anna Bruska nie żyje już od czterdziestu pięciu lat (zmarła 17 stycznia 1955 r.), jej córka Eufemia nadal modli się tymi samymi słowami co w dzieciństwie. Kilka króciutkich modlitw tu przytoczę:
Jezu dla Ciebie żyję Jezu bądź miłościw
Jezu dla Ciebie umieram Jezu bądź litościw
Jezu Twoją jestem Jezu odpuść mi grzechy moje!
w życiu i po śmierci!
Matko Miłości!
Matko Boleści i Miłosierdzia!
Módl się za nami!
Modlitwa kształtowała postawy moralne, uczyła jak postępować, by być w zgodzie z Bogiem i ludźmi, jak żyć według zasad wiary. Codzienne odmawianie poniższej regułki od dzieciństwa przygotowywało na to, co czeka człowieka u kresu drogi ziemskiej:
Trzeba mi umrzeć, ale nie wiem gdzie,
Ani kiedy, ani jak.
Ale to wiem,
Że gdy umrę w grzechu śmiertelnym,
Będę potępiona na wieki.
Ludzie, którzy żyli w głębokiej biedzie, wręcz nędzy, pracowali ciężko najmując się do roboty jak parobcy, znosząc wyśmiewanie i żarty innych, lepiej sytuowanych, nie tracili zaufania do Boga. Po tygodniu ciężkiej pracy udawano się do kościoła. Większość mieszkańców Czyczków wędrowała piechotą, jedynie nieliczni posiadali bryczki. Wszyscy się nawzajem znali. Mimo wspomnianych wyżej różnic, panowała silna więź między ludźmi. Łączono się w grupy i wesoło maszerowano ku dwóm wieżom górującym nad Brusami. W niedzielne popołudnia ludzie zbierali się pod lasem i przy muzyce wiejskiej kapeli zaczynali tańce i zabawy. Nie mogły one odbywać się w sobotę z powodu zakazu księdza proboszcza, który obawiał się, że ludzie nie wstaliby w niedzielę do kościoła lub ewentualnie spaliby na mszy i nie słuchali kazania.
Ulubioną rozrywką mężczyzn, a nierzadko także kobiet, była gra w karty. ,Jak oni są zacesnali w te kartę, to nie popuszczele jaz do rena". Sąsiedzi schodzili się, aby wspólnie miło spędzić czas. Towarzyszyły im głośne rozmowy, a nierzadko i kłótnie. Pewnego razu w trakcie jednego z takich spotkań w domu Andrzeja Bruskiego, zdarzyła się bardzo zabawna sytuacja. W izbie przy ławie siedzieli chłopi i grali w karty. Tymczasem Anna wybierała ziemniaki w piwnicy znajdującej się pod pokojem. Nagle Andrzej krzyknął głośno: „Trumf" i uderzył z całej siły w stół.
Krzesło się z nim przewróciło i wpadło prosto w otwór piwniczny. Całe towarzystwo wybuchnęło wielkim śmiechem, tym bardziej, że jeden z uczestników spotkania (który już odpadł z gry) wypowiadał właśnie słowa pacierza: „Wstąpił do piekieł".
Jak wspomniałam^ między młodymi mieszkańcami wsi istniało wiele różnic, przede wszystkim majątkowych. Chociażby dziewczyna była obdarzona niezwykłą urodą, jeśli nie miała posagu i nie pochodziła z tzw. „dobrego" domu nie liczyła się dla bogatszych chłopców. To rodzice decydowali o wyborze żony dla swego syna. Tak oto odpowiadali na propozycje swych synów o żeniaczce z biedniejszymi dziewczętami: „Oho! Ona ma za niskie nogi pod moje progi". Młodzi spotykali się po kryjomu a nierzadkim zjawiskiem były nieślubne dzieci biednych dziewczyn, które wówczas traciły szansę na jakiekolwiek zamążpójście. Bogaci mężczyźni wykorzystywali naiwne dziewki, a później wypierali się prawdy o swych lubieżnych czynach.
Kiedy Eufemia chciała z siostrami wyjść wieczorem, rodzice obawiali się, że je też może spotkać podobny los. Sytuacja ekonomiczna nie pozwalała na wyżywienie jeszcze jednej osoby w rodzinie. Córki przerażone możliwością wyrzucenia z domu rodzinnego najczęściej wieczorami nie wychodziły nigdzie. Jeżeli dziewczyna chciała znaleźć dobrego męża to wchodząc do kościoła, gdy kreśliła znak krzyża wypowiadała słowa: „Jacze tacze bele jacze". Kiedy już się pomodliła i była pewna pomocy boskiej mówiła: „Jaczego bada chcała, taczego bada miała". W przypadku Eufemii Bruskiej to poskutkowało, ponieważ znalazła sobie wspaniałego, kochanego męża.
Życie było ciężkie. Bardzo trudną rolę miała do spełnienia Anna - matka, która musiała dbać o całą rodzinę i zmagać się z wszystkimi problemami dnia codziennego. Życie usłane wieloma cierniami, kłopotami i problemami znosiła dzielnie i z optymizmem. Dowodem może być często śpiewana przez nią piosenka, której słowa brzmiały następująco:
A ty ptaszku, skowronaszku jak wysok latasz. Powiedz, że mi nowineczkę gdzie się obracasz.
Powiem ja ci nowineczkę ale nie srogą, że z tą twoją najmilejszą do ślubu jadą.
Niechaj jadą, niechaj idą niech im Bóg szczęści. A i mnie też ubogiego Bóg nie opuści.
W roku obrzędowym na Kaszubach specjalnym czasem były Gode czyli święta Bożego Narodzenia. Wtedy to na obiad świąteczny przygotowywano rosół z kury i pieczono pyszną drożdżówkę. W domu ojciec stawiał choinkę, na którą dzieci przygotowywały ozdoby: pajace z wydmuszek, łańcuchy z papieru i słomy. Na zielonych gałązkach wieszano też jabłka i orzechy. Jeżeli wystarczało pieniędzy pojawiały się świeczki. Wokół świątecznego drzewka śpiewano wspólnie kolędy i pastorałki. Najważniejszym wydarzeniem świąt była pasterka. Eufemia wspomina, że kto żyw (no i ten, który miał co ubrać) zdąża] w tę świętą noc do kościoła powitać nowo narodzonego Jezusa. Z wielkich świąt i obrzędów te Eufemia pamięta najlepiej. Do innych nie przywiązywano zbyt dużej wagi. W pamięci zostały jej jeszcze obolałe nogi po wielkanocnym dyngowaniu.
Tak oto żyła rodzina Anny i Andrzeja Bruskich. Jak wielką sprawą musiało być wychowanie rodzicielskie, jeżeli trójka z ich dzieci skończyła szkołę średnią a najmłodszy syn także szkołę wojskową. Rozsiane po całym kraju a i za granicą dają świadectwo gruntowych podstaw jakie otrzymali w dzieciństwie. Życie w trudnych warunkach, praca i modlitwa, a wreszcie surowe traktowanie przez rodziców, wpajało w dzieci twarde zasady. Uodparniało na przeciwności losu, przygotowywało do znoszenia porażek. Ukształtowana w domu rodzinnym osobowość, ukazane najważniejsze cele i wartości owocowały uczciwym życiem i powodzeniem.
*
Jest to praca napisana przez autorkę pod kierunkiem mgr Barbary Grendy w Kaszubskim Liceum Ogólnokształcącym w Brusach w 2000 roku.
*
Anna Cupa , jako uczennica Kaszubskiego Liceum Ogólnokształcącego w Brusach. była w roku szkolnym 2000/1 stypendystką Premiera RP. Stypendia Premiera RP przyznawane są w KLO w Brusach od 1998 roku. Otrzymuje je co roku tylko jeden uczeń danej szkoły, który jest rekomendowany przez Radę Pedagogiczną i Samorząd Uczniowski. Zwykle jest to uczeń, który osiągnął w danym roku szkolnym najwyższą średnią ocen i aktywnie uczestniczy w życiu szkoły.
Była laureatką VII lokaty na etapie centralnym Olimpiady Wiedzy o UE.
Uczestniczyła w wielu konkursach, których była laureatką. Brała udział w licznych sympozjach. Naukowych.
Jest regionalistką, mgr politologii UG, była dziennikarką "Radia Kaszebe",
prowadzi „Magazyn Kaszubski" w TV3 Gdańsk oraz Polskim Radiu Gdańsk.
Była uczestniczką I Spotkań na Gochach Lipnica – Tuchomie 2007 r.
Red. Anna Cupa
A wszedko zacza se w KLO w Brusach
Pamiatóm jak dzys, spiówają kaszebscze karna,... jó też pamiatóm, wnetka jak dzys, jak jem szła z msze swiati ó godzenie ósmi reno l sewnika 1997 roku, przechóda prawie bez szaseja Gduńską z Wiesza Szucą, a ten mię rzekł: „Nie przejimój są Ana, po ceż jic do Chóniców, jak mdzeme są tuwó w KLO rzetelne uczele,też nama belno piidze"! E tak prawie beło.
W pierszi redze bela KASZEBIZNA! Piersze o z daka", piersze e ze sztriszka, piersze reze po Kaszebach. Ale tak na opak kawlowi ó tim nóbelnićszim późni.
Mia jem bęc w klasę „b", e wióldżi urzas... na szczesce uda s3 przeleżę do Wastne' Durajewsczi. Mójó klasa,
bez sztere lata ta samo - „b", niezabóczone przeżeca, wanodżi nad morze, szkółowe reze, rozegraceje. Jesme'
bele po prówdze nólepszi!!!
E jesz mójó historejó! Wszetce miele ful buksę strachu, a na móji skarni bela redota, bo historejó bela z Wastną Greńdą. Jem wiedza, że tam na gwes naucza s3 wiele. Ceż wiele gódac, tak prawie beło. Konkurs ó
strzćdnowieku, olimpiadę, konkurs na historeja swóji famileji, do te jesz dokóze': „Codniowe żece na
Kaszebach w midzgwójnowim czasu" l „Wanda Kiżewskó - dzejórz w Cziczkówach", to wszetkó jem mia
zrobione dzaka naji beine szkólnć. Le'da jem historeja, ale z tego s3 weżec nie do, dlóte óstałe le fejn
wspóminczi 'ż moje dokóze na polecę w checze.
Kaszebsczć Liceum w Brusach to dló mię te"ż Óh'mpiada ó Europejsczi Unije e Wastnó Gabriela Kloske. To bez ta białka wszetkó są zaczało! Nówóżnićszi tego brzad beł taczi, że po prówdze jem mia wiólgą wiedza óUnije. Jinszi, perzna powóżnieszi, brzad bćł taczi, że dzaka jindeksowi (z ti olimpiadę) jem poszła na studia do Ólsztena. Tak weszło, beł jindeks, to czemu nie jic tam. Letczi niesienie, swoją drogą, ale ó tim jem są przekona późni. Na sztudiach człowiek, tak gódają, dozdrzenieje, kół mię jem prawie na sztudiach, na pierszim roku w Ólsztenie, dalek ód kaszebsczi tatczezne, jó dozdrzenia prawie do kaszebizne! Wszetkó beło, fejn ledze, fejn szkolne, fejn czerenk (pólitologijó), fejn akademik, fejn gard ale nie beło kaszebizne! Tak nie dało sę żec, jak bez kórznia, jak bez leftu, jak bez wódę....e beła decyzejó: musza sztuderowac we Gduńsku, musza bęc w Karnie Sztuderów „Pomorania", musza dzejac dló tatczezne wara to pół roku, nicht be nie pómeslół, że przeniesenie s3 na sztudia z Ólsztena do Gduńską może bęc tak dradże, tuwó pokłon w strona profesora Bruno Senóka, bez Jego pomoce be'm dali beła w Ólsztenie (urzas óbchwitiwó czej ó tim pomesla).
Gduńsczi Uniwersytet e Karno Sztudćrów „Pomorania"... to wszetkó tak prawie miało bęc. Bo jem pozna kaszebizna w Kaszebsczi Liceji w Brusach. Tuwó jem czeta kaszebscze wierzte, tuwó jem czeta „Żece e przigóde Remiisa". To prawie tuwó ó kaszebsczich sprawach ópówióda nama Wastnó Felicja Baska Bórzeszkówskó. To prawie w KLO Wastnó Wanda Czedrowskó robią nama diktanda, to ta szkolno naucza mię pisać po kaszebsku, co be musza bęc normalnć (dló mię beło). Tą szkolną zapamiatóm nóbarżi. Wastnó Czedrowskó wiedno zabiera naji na kaszebscze rozegraceje, to do Labórga, to do Gduńską, to do Starbienina. W KLO dzaka Wastnie Czedrowsczi beła kaszebizna w teoreji e w praktice, dzaka ni jem pozna kaszebizna ód bena, To w tim czasu, często bez móji swiąde', kaszebizna chweca mię ju na wiedno.
Na wiedno! Chtos pómesli: plestanid Nić! 4 lata mójćgó sztuderowanićgó we Gduńsku to bela w pierszi redze kaszebizna. Sztudia wiedno bele na dredżim placu. W klubie „Pomorania" rażą z jinyma „kaszebsczima óbarchnialcama" jesme rechtowele kónkurse Wiedze' ó Pómórzim, Zjózde Kaszebsczi Młodzezne. Równak nówóżnieszó beła klima e ledze, ti z checze w Łączińsczi Ece, ti z kaszebsczegó pismiona „Ódroda", ti ze Stowóre „Remus". Co me móme rażą przeżetć, a kuli noców ó kaszebiznie przegódóne? Je tako śpiewa karna CHECZ: „Jes jak skówrónk, jes jak nen zwónk, co śpiewie, zwóni bene w sercu, jes mój parmiszk, mój pórunuszk, mój na wiedno jaz do umercó" Szło be pómeslec, że to ó jaczim mulku, a to ó kaszebiznie, chternó dló mię wiedno tim nówóżnieszim mulką badze!
Uda mię sę miłota do kaszebizne sparłaczec z warkówą robotą. Bez rok robią ju w Redio Kaszebe we Wióldżi Wse. Tuwó jem kaszebskójazekówą prezeńterką, do te jesz reportera a czasa jesz dolmaczerą. Kochom po prówdze ta robota!!! Ne nadczidna jesz ó programie „Kaszebe" w TYP 3 Gduńsk, óbezdrzita co dredżi póniedzółk ó pół sódmi wieczór. A wszetkó zacza się 9 lat do slóde w KLO w Brusach!!! Wiedno Kaszebe!!! Pózdrówióm Ania Cupa