NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Jancio od dwóch tygodni pracował z wujkiem Mikołajem przy wymianie starych kaflowych pieców we wszystkich większych urzędach powiatowych. Mikołaj był zadowolony z chłopa dźwigającego ciężkie kafle i glinę z wielkiego kopca między dwoma chatami, gdzie nie tak dawno rozpoczynali pracę. Chłopiec był pojętny i szybko uczył się zduńskiego rzemiosła, mieszał glinę z plewami, aż stawała się miękka jak ciasto. Wyprawiona szczelnie wypełniała kaflowe formy przylegające do szamotowych cegieł, układanych wewnątrz rosnącego pieca. Takiej lepkości glina uzyskiwała po długim mieszaniu i stanowiła jedyny materiał budowlany przy wylewaniu klepiska w stodole, układaniu podłogi w wielkich chatach oraz zestawianiu pieców kaflowych do ogrzewania i z cegły do wypieku chleba.
Starzejący się Mikołaj był jedynym majstrem w całym powiecie, w tych pierwszych powojennych latach. Sztukę układania pieców miał opanowaną do perfekcji chociaż głównym jego zajęciem była praca na kolei, to w chwilach wolnych brał poziomnicę, kielnię i szedł do tych, którzy zapraszali go do roboty. Na brak zamówień nie narzekał, ktoś zawsze zjawiał się w domu i tak długo nie wychodził, aż Mikołaj ustalił termin budowy pieca. Nigdy nikomu nie odmawiał, był ludziom życzliwy, znał ich niedolę jak swoją i wiedział, że biedę, nawet tę najnędzniejszą, w pole mogła wyprowadzić tylko dobroć i ludzka solidarność, która nie oglądała się na zapłatę. Dochodziła dziewiąta godzina i chłopiec biegł z wywieszonym językiem, by zdążyć na tę godzinę, na nowe miejsce pracy. A i dzień dzisiejszy był wyjątkowy – pracowali w budynku powiatowego urzędu NKWD i jak mówił wujek Mikołaj, tam się pracuję w wyznaczonych godzinach, na wyraźne polecenie. Przy tym ostrzegał chłopca wiele nie mówić, bo ściany maja uszy i przez cały rok, bez względu na porę, zawsze są zimne i w wielkim strachu. Wujka zobaczył z daleka, jak wnosił do wiejskiej chaty cegłę szamotkę. Ustawiał ja w pokoju, z prawej strony sieni. Na powitanie usłyszał: - Bierz taczkę. Za chatą na kupie masz glinę, dosyp plew i polewaj wodą. Wymieszaj i pośpiesz się z przywiezieniem zaprawy. Za ten czas uformuję postawę pieca. Jak będziesz przejeżdżał przez próg, uważaj na deskę, żebyś nie wywrócił taczki.
Chłopiec polewał wodą twardą glinę, dosypywał plew, aż glina rozgrzana ciągłym mieszaniem, stawała się coraz miększa. Załadował łopatą zaprawę na taczkę i pchając przed sobą, skierował koło taczki na deskę, by przez próg dostać się do sieni. Koło taczki, nieposłuszne niesprawnym rękom dziesięciolatka, zeskoczyło z deski i oparte o wysoki próg, pomimo wysiłku, nie ruszało się ani do przodu, ani do tyłu. Kilkanaście chwil bezradnego mocowania z taczką zmęczyło chłopca, który z niepokojem i łzami w oczach ponawiał próby wepchania taczki na deskę. Wyczerpany wysiłkiem miał zamiar wszystko rzucić diabłu na pocieszenie, kiedy na wysokości swego wzroku zobaczył wysokie juchtowe buty ze zwiniętymi w harmoszkę cholewami. Buty opinały wojskowe, granatowe gafile, z wierzchu opięte oficerską rubaszka spiętą wojskowym rzemieniem. Zobaczył twarz młodego mężczyzny pochylającego się nad taczką. Nagle poczuł jak koło taczki, podniesione mocną ręką i postawione na desce, ruszyło za próg. Chłopiec był zadowolony z niespodziewanej pomocy, lecz milczał wystraszony. Onieśmielenie rumieńcem wstydu zakwitło mu na policzkach. Po chwili dotarły do niego słowa, wypowiedziane rosyjską mową: - Tiażeło tiebie da? Ty, po tiaszczie otdychaj.
Ten gest obcego jakby zdjął z chłopca wszystkie problemy, nagle uzmysłowił mu istotę ludzkiej pomocy, która często przychodzi niespodziewanie, w najodpowiedniejszym momencie.
Trzeci dzień pracy szybko mijał, drugi piec sięgał sufitu. Nieznajomy oficer, pomimo ich milczenia, kilka razy do nich zaglądał. Nie zatruwał im życia swą obecnością, lecz bacznie towarzyszył im wzrokiem.
Wujek Mikołaj patrzył dalej niż na koniec własnego nosa, ciągle przypominał Janciowi, żeby miał się na baczności i trzymał język za zębami. Ostrzeżenia wylatywały chłopcu z pamięci, zasiana ufność rodziła wdzięczność i pewność, że słowa nie zawsze są potrzebne tam, gdzie dzielą się dobrem. Zakończoną pracę przyjął ten sam oficer, dając Mikołajowi dwadzieścia pięć rubli, a chłopcu niebiesko połyskującą grudkę krystalicznego cukru i paczkę herbaty.
Tak wyposażeni wracali wcześniej w domu: Mikołaj z pieniędzmi, chłopiec z darami rzeczowymi: które w sześć lat po wojnie stanowiło nie byle jaki skarb; były zadatkiem na przełamanie tkwiącej w ludziach nieufności i zrodzenia nadziei.. Rewolucja społeczna, z nowym rozmachem obracającego się młyńskiego koła, dotarła i na tę podsamborską wieś, która odłączona od MACIERZY MIAŁA TERAZ ŻYWIĆ SIĘ RADZIECKIM CHLEBEM, A WYZWOLICIELE MIELI ZDJĄĆ Z RAMION MIESZKAŃCÓW CIEŻAR ŁAMANIA SOBIE GŁOWY O Polskę. Koniec zadawania pytań, gdzie się ona podziała i jak bez niej żyć, żeby nie wpadać w nieposłuszeństwo wobec nowej władzy, a pokornie zacząć lać wodę na sprawiedliwie obracający się radziecki młyn.....
Co mógł wiedzieć dziesięcioletni chłopiec, ściskający grudkę cukru i paczkę herbaty, o rewolucji społecznej, o sprawiedliwym radzieckim młynie, o rachunkach nie zapomnianych i od nowa odkrywanych krzywdach?... Biegł ufnie do domu, by pochwalić się zdobytym skarbem i wypocząć.
Z horyzontu wyskoczyła biało malowanymi ścianami chata, a przed nią, dokąd oczy poniosą, równą płaszczyzną ścieliło się błonie. Obok ulicy majaczył długi rząd topól i korona starego dębu, który od niepamiętnych czasów był stróżem zakładanych tu ludzkich domostw. Trwale wrósł w ziemię i nie miał prawa jej zdradzić, często stojąc komuś kością w gardle, bo opierał się przechodzącym nawałnicom.
Jancio dostrzegł niespotykany o tej porze obiadowej ruch na podwórku. Zobaczył obcych, jak wynosili z chaty ich domowe graty, rzucali byle jak na kupę. Ujrzał zapłakaną matkę, stryjów, dziadków i usłyszał głośną ukraińską mowę, kaleczoną bojkowskim żargonem. Wszyscy domownicy mieli wypisany strach na twarzach. Wielki zamęt i bezradność dorosłych, skazanych na pastwę losu, uderzyły chłopca w samo serce. Za sprawą obcych dom przestawał być ich własną przystanią. Mieli się z niego wynosić, iść na łaskę losu, dokąd oczy poniosą. Mrówki przeszły chłopcu po plecach z poczucia krzywdy i perspektywy utraty magicznej przestrzeni, w jakiej tkwił ten dom i dzieciństwo. Ogień lęku ogarnął jego ciało i gnał go od tego domu, nawet gdzieś na koniec świata, żeby tylko nie widzieć bólu bliskich. Nie widzieć domu, gdzie zawsze było tyle ciepła i rytualnego zachodu. Biegł na złamanie karku, aż zapłakany przeleciał przez próg chaty, gdzie przed chwila pracował. Ten sam oficer, który nie tak dawno wyposażył go w grudkę cukru i paczkę herbaty, słysząc hałas i krzyk w sieni i widząc zapłakana i ziejącą strachem twarz chłopca, potrząsnął go za plecy i zapytał: - Czto s toboj? czto słucziłoś, malczik? –Przesiedleńcy wyrzucili nas z domu i nie mamy dokąd iść.
Instynktownie, jak bity pies szukał schronienia, raz zasmakowawszy ciepła. Tu szukał pomocy, gdzie nie było litości dla cudzych łez, a płacz nie wzbudzał miłosierdzia – tu robiło się wszystko aby ludzi życia pozbawić a nie ratować. I stała się rzecz niespotykana. Oficer z pepeszą w ręku pobiegł za chłopcem i przyniósł tej polskiej rodzinie pomoc.
Nie było w tym jego geście niewypowiedzianych uniesień, znał swoje miejsce w radzieckim szyku, lecz na jakiś moment z tego szyku się wyłamał, zdjęty litością i łzami chłopca. Zamarło w nim to co było radzieckie a odezwało się sumienie. Przez jeden moment to ludzkie sumienie rozjaśniło mroczną stronę zwycięstw rewolucji, która szła przez Europę kamieniem młyńskim, łamiąc i przemielając wszystko co na drodze napotkała...

• Niniejsza nowela pochodzi z autorskiego zbiorku opowiadań Jana Towarnickiego, członka Oddziału Literatów Polskich w Słupsku., zatytułowanego „Młynarze i kamienie”, który wydany został w bieżącym roku.
Autor pochodzi z Ziemi Samborskiej. W Słupsku osiedlił się w 1959 roku dokąd przybył w ramach przesiedlenia z opanowanych przez Sowietów polskich terenów wschodnich.
Nic dziwnego, że jego twórczość, zarówno poetycka jak i prozatorska jest przesiąknięta wspomnieniami i tęsknotą za Małą Ojczyzną jego przodków.
 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: kredyt mieszkaniowy import z chin