| | W Czyczkowach, Brusach Kosobudach O zdarzeniach, których piszę, opowiedział mi Józef Gierszewski ze wsi Czyczkowy, aktualnie mieszkający w Chojnicach. Powtórzył to, co usłyszał od polskiego obrońcy walczącego niedaleko Wielkich Zań. O podobnym zdarzeniu wspominał także strażnik Jaworski z Gliśna. Mówił, że z ukrytego stanowiska na skarpie strzelano do żołnierzy niemieckich i sporo ich poległo. Nie był jednak w stanie podać dokładnego miejsca, gdzie to było. Na skarpie, naprzeciw zabudowań miejscowości Wielkie Zanie, tuż przy lesie, istniały dwa ukryte stanowiska karabinów maszynowych, wspierających straż graniczną. Z tych stanowisk 1 września zlikwidowano kilkudziesięciu żołnierzy niemieckich podchodzących z kierunku Dzięgla, przedzierających się przez dolinę bagienną od Wielkich Zań /mówiono, że w sumie poległo tam 300 Niemców/. W godzinach popołudniowych przechodził przez Czyczkowy jeden z obrońców tej rubieży. Szedł pieszo 15 kilometrów – stanął na środku wsi, był zarośnięty, zmordowany, umorusany i obciążony karabinem maszynowym. Właśnie to on opowiedział Kaszubom o bohaterskim oporze. Z jego relacji wynikało, że jedno stanowisko trzyosobowe Niemcy zlikwidowali całkowicie wraz z obsługą, a z jego stanowiska tylko on wyszedł zdrowy, drugi żołnierz został ranny, co się stało z trzecim nie wiedział. Przysłuchiwali się tej relacji Czyczkowski i Gierszewski, oraz inni mieszkańcy wsi. Szkoda, że nikt nie spopularyzował tego epizodu, a może jeszcze jest ktoś, kto o nim więcej wie ? W Brusach i Kosobudach Niektórzy mieszkańcy Brus, podobnie jak innych miejscowości, po wybuchu wojny uciekali w kierunku południowym, furami, rowerami, pieszo. Rozpowszechniana przez Niemców propaganda, że będą mordować Polaków spowodowała znaczny popłoch nie tylko w tej czterotysięcznej wsi. Cześć uciekinierów dotarła do Świecia i tam przeżyła barbarzyńskie naloty niemieckie. Zginęli tam Stefan Plata i Jan Dobek z Brus. Inni jak restaurator Alojzy Kiedrowski- zdążyli przedostać się za Wisłę. Tymczasem Brusy opuszczali pozostali mężczyźni powyżej 18 lat. Udawali się oni do przyległych lasów na wschodzie. Tam tez schronienia szukały jeszcze niektóre rodziny. 1 września Jakubowskich Bolesław Jakubowski w Zaniach krzątał się tego dnia koło swego warsztatu ślusarsko – kowalskiego. Dochodziła godzina szósta. Nagle usłyszał strzały z karabinów maszynowych w rejonie Chocińskiego Młyna. Nie przeraziło go to, ponieważ dzień wcześniej odbywały się tam ćwiczenia ostrego strzelania baonów polskich. Dopiero nagły wybuch wysadzonego mostu na Brdzie w Swornychgaciach zatrwożył Jakubowskiego. Tym bardziej, że wcześniej szybko przejeżdżało na rowerach przed jego domem dwóch policjantów z Konarzyn. Zachowywali się dziwnie. Przecież to bardzo dobrzy znajomi, nigdy nie omijali jego domu. Bierze więc rower i jedzie do oddalonych o 2 km. Swornychgaci. Zachodnią część wioski aż do Brdy zastał już wyludnioną. Około 100 metrów od mostu usłyszał jęki leżącej mieszkanki – Kulasowej, a przy niej betonowy odłamek mostu, który zdruzgotał jej nogi. Po drugiej stronie rzeki nie widził żywej duszy, chociaż byli tam okopani żołnierze i strażnicy. Nie było możliwości udzielenia pomocy rannej. Jak się później dowiedział, zmarła ona po dwóch dniach. |
