NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Z historii płonącego Pogranicza

[NG: 05]   Autor: Władysław Stanisławski - (liczba artykułów: 6)

W Czyczkowach, Brusach Kosobudach
i gdzie indziej.

O zdarzeniach, których piszę, opowiedział mi Józef Gierszewski ze wsi Czyczkowy, aktualnie mieszkający w Chojnicach. Powtórzył to, co usłyszał od polskiego obrońcy walczącego niedaleko Wielkich Zań. O podobnym zdarzeniu wspominał także strażnik Jaworski z Gliśna. Mówił, że z ukrytego stanowiska na skarpie strzelano do żołnierzy niemieckich i sporo ich poległo. Nie był jednak w stanie podać dokładnego miejsca, gdzie to było.

Na skarpie, naprzeciw zabudowań miejscowości Wielkie Zanie, tuż przy lesie, istniały dwa ukryte stanowiska karabinów maszynowych, wspierających straż graniczną. Z tych stanowisk 1 września zlikwidowano kilkudziesięciu żołnierzy niemieckich podchodzących z kierunku Dzięgla, przedzierających się przez dolinę bagienną od Wielkich Zań /mówiono, że w sumie poległo tam 300 Niemców/. W godzinach popołudniowych przechodził przez Czyczkowy jeden z obrońców tej rubieży. Szedł pieszo 15 kilometrów – stanął na środku wsi, był zarośnięty, zmordowany, umorusany i obciążony karabinem maszynowym. Właśnie to on opowiedział Kaszubom o bohaterskim oporze. Z jego relacji wynikało, że jedno stanowisko trzyosobowe Niemcy zlikwidowali całkowicie wraz z obsługą, a z jego stanowiska tylko on wyszedł zdrowy, drugi żołnierz został ranny, co się stało z trzecim nie wiedział. Przysłuchiwali się tej relacji Czyczkowski i Gierszewski, oraz inni mieszkańcy wsi. Szkoda, że nikt nie spopularyzował tego epizodu, a może jeszcze jest ktoś, kto o nim więcej wie ?
Wieś Czyczkowy 1 września również opustoszała. Wszyscy uciekali przez Brusy za Kosobudy, a w niedzielę /trzeci dzień wojny/ w wiekszości już powracali, bo Niemców jeszcze nie było. Wcześniej widziano tylko przesuwające się patrole. Natomiast wszyscy młodzi mężczyźni uciekali do Świecia, m.in. Józef Gierszewski – późniejszy łącznik podziemnej organizacji „Gryf” na Gochach.
Przybył on nad Wisłę nocą z 2 na 3 września, a że przeprawy były zniszczone i wszystko naokoło zbombardowane i spalone, wrócił wraz z innymi do domu. Wśród nich do Czyczków wracali: Jan Piechowski z synem Konradem, Alojzy Chamerski, Stefan Rekowski i inni. Wstrząsające wrażenie na nich zrobił, napotkany przez nich, zbombardowany pociąg z uciekinierami.

W Brusach i Kosobudach

Niektórzy mieszkańcy Brus, podobnie jak innych miejscowości, po wybuchu wojny uciekali w kierunku południowym, furami, rowerami, pieszo. Rozpowszechniana przez Niemców propaganda, że będą mordować Polaków spowodowała znaczny popłoch nie tylko w tej czterotysięcznej wsi. Cześć uciekinierów dotarła do Świecia i tam przeżyła barbarzyńskie naloty niemieckie. Zginęli tam Stefan Plata i Jan Dobek z Brus. Inni jak restaurator Alojzy Kiedrowski- zdążyli przedostać się za Wisłę. Tymczasem Brusy opuszczali pozostali mężczyźni powyżej 18 lat. Udawali się oni do przyległych lasów na wschodzie. Tam tez schronienia szukały jeszcze niektóre rodziny.
Mieszkańcy Kosobud, dużej wsi położonej na południowym wschodzie od Brus, w trzecim dniu wojny rano – 3 września – obserwowali jak widoczną na wzgórzu szosą z Chojnic podążali na motorach pierwsi żołnierze Wehrmachtu. Jechali do Brus. Wtedy wszyscy usadowili się na uprzednio załadowane dobytkiem fury i podążyli do pobliskich lasów.Nie wiedzieli oni jeszcze, że w tym dniu kilkadziesiąt kilometrów na południe słabł opór oddziałów polskich okrążonych w Borach Tucholskich, a 4 września odciętę polskie bataliony, kompanie i szwadrony stoczyły tam swój ostatni bój

1 września Jakubowskich

Bolesław Jakubowski w Zaniach krzątał się tego dnia koło swego warsztatu ślusarsko – kowalskiego. Dochodziła godzina szósta. Nagle usłyszał strzały z karabinów maszynowych w rejonie Chocińskiego Młyna. Nie przeraziło go to, ponieważ dzień wcześniej odbywały się tam ćwiczenia ostrego strzelania baonów polskich. Dopiero nagły wybuch wysadzonego mostu na Brdzie w Swornychgaciach zatrwożył Jakubowskiego. Tym bardziej, że wcześniej szybko przejeżdżało na rowerach przed jego domem dwóch policjantów z Konarzyn. Zachowywali się dziwnie. Przecież to bardzo dobrzy znajomi, nigdy nie omijali jego domu. Bierze więc rower i jedzie do oddalonych o 2 km. Swornychgaci. Zachodnią część wioski aż do Brdy zastał już wyludnioną. Około 100 metrów od mostu usłyszał jęki leżącej mieszkanki – Kulasowej, a przy niej betonowy odłamek mostu, który zdruzgotał jej nogi. Po drugiej stronie rzeki nie widził żywej duszy, chociaż byli tam okopani żołnierze i strażnicy. Nie było możliwości udzielenia pomocy rannej. Jak się później dowiedział, zmarła ona po dwóch dniach.
Jakubowski wraca do Zań i zaraz z żoną i dwojgiem dzieci oraz teściami ładują się na przygotowaną już do ucieczki furę. Wyjeżdżają w stronę leśniczówki Laska. On sam wybrał się na obserwację, na pobliski pagórek a tu nagle stają przed nim żołnierze niemieccy z wymierzonymi karabinami i krzykiem „Hande hoch” /ręce do góry/. Stoi pod drzewami z podniesionymi rękoma, wzięty przez Niemców za polskiego dezertera gdyż miał oficerskie spodnie i buty oraz odznakę strzelecką. Przybyły oficer zdziwił się dobrą znajomością języka niemieckiego i uwierzył, że Jakubowski jest Niemcem. Wypytywali go o położenie ich jednostki i wskazania na mapie. Tymczasem inni żołnierze oddali strzały do ukrytej w lesie fury, raniąc w pierś córkę Jakubowskiego oraz szwagierkę w ramię.
Wojska Wehrmachtu przybyły tutaj z północy od Bytowa i miały odciąć polskie jednostki, znajdujące się w północnej części Gochów w gminach Brzeźno Szlacheckie i Lipnica.
Zbliżała się godzina jedenasta- mówił Jakubowski - . Otrzymaliśmy zgodę przez obstawiony most, gdy odjechaliśmy około stu metrów za rzekę, zobaczyliśmy w słonecznym blasku lśniące bagnety przy karabunach na plecach żołnierzy, a później w lesie ukryte ich rowery. To odpoczywała klucząca po lesie grupa polskich żołnierzy Obrony Narodowej i strażników granicznych z północnych placówek powiatu chojnickiego. Interesowali się sytuacją po drugiej stronie rzeki. Nasza informacja w porę uchroniła ich przed niespodziewaną zasadzką niemiecką.
Jakubowski zaprowadził ich do brodu oddalonego o 200 metrów na południe. Jak się później dowiedział, zdołali szczęśliwie wyjść z tego okrążenia, a niektórzy z nich dotarli aż do Warszawy gdzie brali udział w walkach w jej obronie.
 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Ogłoszenia motoryzacyjne odzywki sportowe