XVIII-wieczna chata kaszubska - zdjęcie
z miesięcznika „GRYF” z 1909 r
Muzeum-Park Etnograficzny, widok na zabudowę skansenu od jeziora Gołuń. Fot. Dariusz Zaręba
Kaszubski Park Etnograficzny we Wdzydzach założony przez małżeństwo Gulgowskich jeszcze przed I wojną światową do dziś stanowi cel wycieczek turystycznych gdyż tylko tu można oglądać unikatowe obiekty kaszubskiej architektury wiejskiej w otoczeniu wzgórz, lasów i jezior tak bardzo charakterystycznych dla krajobrazu Kaszub.
Skansen przejęty w kilka lat po II wojnie światowej przez państwo znacznie się rozbudował, przybyły nowe obiekty i tylko przewodnicy informują zwiedzających, że wszystko zaczeło się od chaty i obejścia gospodarskiego zakupionego w 1906 roku od Michała Hinca z Wdzydz Kiszewskich. W owych czasach kaszubska checz wdzydzka wypełniona po brzegi wytworami sztuki ludowej była pierwszym skansenem na ziemiach polskich wzorowanym na skansenach szwedzkich.
Motorem całego przedsięwzięcia był Izydor Gulgowski, wiejski nauczyciel, niestrudzony zbieracz pamiątek kultury materialnej i aktywny działacz społeczny. Dzielił swą pasję z żoną o 14 lat od niego starszą Teodorą z domu Fethke.
Gulgowska jako wykształcona malarka, rozmiłowana w kaszubskiej ornamentyce położyła wielkie zasługi w dziele reaktywowania ginącego już wówczas haftu, malarstwa, plecionkarstwa i innych dziedzin sztuki ludowej.
Po odzyskaniu niepodległości Gulgowski opublikował szereg artykułów na łamach polskich czasopism, ożywiony kontakt utrzymywał m.in. z gdańskim „Pomorzem” i kościerskim „Pomorzaninem”. Umarł przedwcześnie w 1925 roku mając 51 lat i wiele niezrealizowanych planów. Jego żona Teodora podjęła wysiłki zmierzające do kontynuowania rozpoczętego wspólnego dzieła. Były one tym trudniejsze, że borykać się musiała z trudnościami finansowymi. Skromne opłaty za zwiedzanie skansenu nie mogły pokryć kosztów jego utrzymania, konserwacji eksponatów itd.
Okoliczności te postanowili wykorzystać Niemcy związani z gdańskimi kołami nacjonalistycznymi. Nigdy nie pogodzili się z postanowieniem Traktatu Wersalskiego i od samego początku podjęli działania propagandowe na Kaszubach mające na celu podsycanie nastrojów separastycznych wśród ludności północnego Pomorza. Metody germanizatorskie, wobec nastrojów antyniemieckich stały się nieaktualne, wobec czego w politycznym interesie niemieckim leżało podkreślanie wszelkich odrębności Kaszubów wobec narodu polskiego. Zadania tego podjęła się m.in. gdańska „Konkordia”, która wbrew swym zadaniom statutowym tylko w niewielkim stopniu zajmowała się popieraniem literatury, organizowała natomiast dywersje na Kaszubach. Za inny wymowny przejaw zainteresowania gdańskich propagandzistów ludnością kaszubską należy uznać powstanie w 1922 roku w tamtejszej Heimatdienst specjalnego wydziału „Aka” /Agitation fur Kaschuben /, którego zadaniem było szerzenie niezadowolenia wśród ludności kaszubskiej. Ośrodki te, w których czołową rolę odgrywał dyrektor gdańskiego archiwum dr Karl Kaufmann utrzymywały ścisły kontakt z niemieckim Auswartiges Amt / Ministerstwo Spraw Zagranicznych /, gdzie dywersją niemiecką na Pomorzu zajmował się były niemiecki burmistrz Grudziądza Max Winkler.
Pomysł wykupienia skansenu Gulgowskich we Wdzydzach wypłynął prawdopodobnie od Fryderyka Lorentza, który równolegle podejmował starania o uzyskanie funduszów na założenie kaszubskiego pisma gwarowego pt. „Przyjaciel Ludu Kaszubskiego” mającego urabiać ludność kaszubska zgodnie z rewizjonistycznymi interesami Niemiec.
W kwietniu 1927 roku niemiecki konsul w Wolnym Mieście Gdańsku zwracał się
z prośbą do władz w Berlinie o wyasygnowanie sumy 7000 marek na wykupienie chaty kaszubskiej we Wdzydzach wraz z całym jej wyposażeniem. W piśmie stwierdzono, że Teodora Gulgowska pragnie po śmierci męża zamieszkać w Kartuzach u swoich krewnych i skłonna byłaby odstąpić skansen za sumę 12 000 zł. Plan został opracowany z iście niemiecką skrupulatnością. Zakładano, że muzeum pod niemieckim patronatem spełni swą propagandową funkcję tylko wtedy, gdy zostanie przeniesiona do Kartuz, gdzie wspomniana „Konkordia” posiadała dom wraz z drukarnią dawnej „Karthauser Zeitung”. Zgodnie z propozycją konsula niemieckiego w WM Gdańsku, Oddział IV Auswartiges Amt postanowił wyasygnować sumę 7000 marek.
Na tym kończy się ślad. Nie wiadomo jakie były dalsze działania niemieckie w tej sprawie. Korespondencja była tajna ponieważ Niemcy nie chcieli ujawnić źródła finansowania akcji spodziewając się słusznie, że w wypadku ich ujawnienia spotkaliby się z nieufnością ze strony kaszubskiej.
W przytoczonym dokumencie nie poruszono jednak kwestii najważniejszej: czy Teodora Gulgowska zechce sprzedać skansen Niemcom. Wszystko wskazuje na to, że jednak nie wyraziła zgody. Był moment, który zadecydował o przyszłych losach wdzydzkiego muzeum. Planowana przez Niemców transakcja nie tylko nie doszła do skutku, ale spowodowała, że pani Teodora przystąpiła, mimo już podeszłego wieku, do pracy jeszcze z większym zapałem. Była kobietą niezwykłą, nie załamała się nawet wtedy gdy w 1932 roku w czasie tragicznego pożaru spłonęła nie tylko zabytkowa checz Pawła Hinca ale również jej dom z bogatym zbiorem zabytków sztuki ludowej. Pożyczając gdzie tylko mogła potrzebne pieniądze już 4 lata później zakupiła starą stodołę z 1810 roku, a przy pomocy cieśli, Franciszka Jaszewskiego odbudowała ze starego drewna checz kaszubską, gdzie na nowo zaczęła zbierać eksponaty.
Nie powiodły się niemieckie próby przejęcia muzeum, trudno też uznać za sukces inicjatywy prasowe w postaci dwóch serii: kartuskiej i wejherowskiej: „Przyjaciela Ludu Kaszubskiego” , redagowanych przez Fryderyka Lorentza. W krótkim czasie Kaszubi rozszyfrowali prawdziwe intencji tego pisma, które mimo dotacji płynących z Berlina nie zdołały pozyskać prenumeratorów, nawet wtedy gdy było rozprowadzane bezpłatnie. Zasługa to między innymi „Gazety Kartuskiej”, w której zaatakowano „gadzinowe” pisemko w artykule pod znamiennym tytułem „Wilczek w owczej skórze”.
Teodora Gulgowska w 1948 roku, o schyłku swego długiego życia przekazała skansen w ręce państwa, do śmierci jednak sprawując nad nim opiekę. Pochowano ją obok męża, na szczycie wzgórza dominującego nad okolicą, skąd rozciąga się wspaniały widok na pobliskie lasy i jeziora. Przycupnięte u jego podnóża zabytkowe chaty skansenu oraz tłumy zwiedzających zdają się zaświadczać, że życie tych dwojga nie poszło na marne.