NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

O człowieku który granice przesuwał

[NG: 38]   Autor: Jadwiga Ślipińska, Antoni Kiełczewski OPRAC. - (liczba artykułów: 1)

Reportaż z przeszłości – Głos Koszaliński 1968 rok
(..,) Granice Polski nie określone w mniejszym ..Traktacie będą oznaczone później przez Główne Mocarstwa sprzymierzone i stowarzyszone. (...) ...Działo się w 'Wersalu dwudziestego ósmego czerwca tysiąc dziewięćset dziewiętnastego roku...
A w osiem miesięcy później...
*
Cale gromady ludzi do tego punktu szły. Drogi za Niemca nie były najlepsze. Rozdeptywali grudy- wojskowymi buciorami. Niejeden w, nich przeszedł całą zachodnią Europę i z tej wyprawy na cesarski rozkaz, zostały niektórym tylko buty, albo resztki mundurów, które dotąd na sobie nosili. Odróżnić ich było teraz łatwo od kobiecych chustek i wieśniaczych "kapeluszy. Tłum gęstniał z każdym kilometrem. Jak widać, nie odstraszała nikogo mroźna, lutowa pogoda. Pozdrawiali- się znajomi z różnych wsi, zbijali w ciasne grupki, rozmawiali. W powietrzu gęstniały obłoki pary. Wszyscy śpieszyli w oznaczone miejsce.
Nie spodziewali się tego widoku na skrzyżowaniu dróg. Niemiecki oficer jeździł na koniu tam i z powrotem. Na krótkim kawałku szosy zawrócił jeszcze raz i jeszcze. Tłum zatrzymał się. Ludzie przyszli do kogoś innego.
Wtedy to Olik Paweł, który miał mocny głos zawołał:
Co tu chcesz, niemiecki psie!
A stary Trzeciński Jakub, co słabo po niemiecku umiał, zaczął krzyczeć:
- Wasza niemiecka granica jest pod Białym Borem, a tutaj święta, polska ziemia!
- I przyszedł wtedy polski oficer w asyście dwóch żołnierzy - opowiada Józef Spiczak Brzeziński. Ksiądz Gończ powiedział; do nas „zostańcie tutaj a ja waszą sprawę przedłożę". Zostaliśmy, stojąc. Ksiądz prosił oficera, aby przerwać wytyczanie granity, bo tu ludzie przyszli, aby upomnieć się o swoje. Oficer powiedział wtedy, że uznaje naszą rację, ale ma rozkaz i musi go wykonać. Wiedzieliśmy, że nasze sprawy źle stoją.. Podchodziliśmy do nich coraz bliżej i bliżej, a było nas wielu człuchowskich Kaszubów, z których ta granica robiła nędzarzy. A oficer, jak zobaczył, że jesteśmy blisko, krzyknął, aby się cofnąć bo rozkaże strzelać. Myśmy się nie cofnęli, czekaliśmy przecież na Polaków nie będą , a oni zaczęli strzelać...
W owym czasie młoda Rzeczpospolita Polska dopiero od dwóch lat zachłystywała się niepodległością. Traktat Wersalski, który ustanowił nowy porządek w Europie, wyznaczył Polsce tylko zachodnie granice. Zostawił wolną rękę dla ekspansji na wschód. Rząd Polski burżuazyjnej rozpoczął wojnę z młodym państwem radzieckim. Kto z rządzących chciałby sobie zaprzątać głowę plebiscytami na Śląsku, Warmii i Mazurach, czy też wytyczeniem. szczegółowej granicy na skrawku powiatu człuchowskiego. Tam pilnowali swoich interesów- magnaci polscy, a tutaj niemieccy. Polityka oderwana od rzeczywistości jest zawsze loterią.
I.
W tym szpitalnym z zaduchu trudno już było wytrzymać. Wojna się kończyła, a rannych stale przebywało. Spoza szpitalnych murów dochodziły rozmaite wieści. Tematów do rozmów nie brakowało. Znosili je ci, zdrowsi, którym pozwalano wychodzić do miasta Józef Brzeziński leżał w szpitalu. Na francuskim froncie stracił rękę i tym mu cesarz zapłacił za służbę w niemieckim wojsku. Rana goiła się wolno było dużo czasu. Chodzili do miasta na przepustkę. To były niespokojne czasy. Raz po raz dowiadywali się o zebraniach organizowanych przez Niemców, to przez Polaków. A Kaszubi znali obydwa języki, chodzili posłuchać i tu i tu.
-Wtedy, w Gdańsku, jak byłem w szpitalu, Polacy mogli sobie już na wiele pozwolić. Sam czytałem odezwy, żeby na tych zebraniach nie było żadnych zakłóceń i każdy mógł się wypowiedzieć: Kto był Polakiem, miał jeden wielki cel. Powstawała Polska, był już pierwszy plan granic, a nasze ziemie były przy Niemcach. I baliśmy się, że nas tak zostawią. Wtedy wystarałem się o kartę urlopową, bo chciałem się dowiedzieć co się dzieje w domu, u nas w Człuchowskiem. Przed wyjazdem, poszedłem do doktora Wybickiego, który był takim komisarzem na Pomorzu. U niego tłum pacjentów. Czekałem cierpliwie do końca. Zapukałem. Doktor szykował się do odejścia. Zapytał z roztargnieniem:
- Co wam dolega?
- To choroba polityczna — odpowiedziałem.
Zamknął wtedy drzwi na klucz i zapytał o co chodzi. Powiedziałem mu, że jestem z Człuchowskiego, a u nas, w naszych stronach, jest 95 procent Polaków, a tylko 5 procent Niemców. I, żeby coś poradził, bo chcemy być przy Polsce ...
A on wtedy powiedział, że będzie można coś zrobić, jeżeli przywiozę jakiś wiarygodny dokument, że nie o jednostkę chodzi, ale o dobro ogólne. Wydawało mi się, że to dobro nie tylko nasze, ale i całej Polski, która gdzieś tam powstawała. Dlatego postanowiłem jechać do Upiłki, w Człuchowskie, aby rozejrzeć się co tam się dzieje . . .
A działo się, wyjątkowo wiele. W Człuchowie, jak na całym Pomorzu, od bywały się wiece i zebrania, lewicowych organizacji. W dzisiejszym budynku Komitetu Powiatowego. PZPR zbierali się członkowie Związku Spartakusa. Działała też Rada Chłopska., a nauczyciel, Bartmann przewodniczący Rady Robotniczej walczył z zaciekłym hakatystą, landratem Machem. Z pobliskich Chojnic polska. Rada Żołnierska oddziaływała na mieszkańców Człuchowskiego. Wrzało Pomorze, budziła się świadomość narodowa.
II.
Pierwszy przyszedł Zieliński. Wiadomo, najbliższy sąsiad. Przybył po nowiny z dalekiego świata. I jego, jak wszystkich we wsi interesowało tylko jedno. Co będzie z Kaszubami, upomni się o nich Polska, czy nadal będą pod Niemcem. Józef Brzeziński wypytał sąsiada o nastroje we wsi i opowiedział mu o swojej wizycie u doktora Wybickiego. - Widzisz bracie - zwrócił się do Zielińskiego - potrzebny nam będzie dokument na to, że większość mieszkańców Upiłki i okolicznych wsi to Kaszubi i chcą zostać przy Polsce.
Zieliński znalazł sposób:
- Pójdziemy do księdza, on ma pieczęć to poświadczy.
Proboszcz pochwalił obu i napisał, że oddawcy tego pisma ustnie wszystko opowiedzą i będzie to zgodne z prawdą.
- Wybieraliśmy się obaj do Gdańska - ciągnie opowieść Józef Brzeziński- Mnie jechać było łatwo, miałem przepustkę ze szpitala, a Zieliński do wójta się udał, że chcę w Gdańsku kupić uprząż na konie. Poszliśmy tam do Wybickiego dałem mu papier od księdza i powiedziałem ile w człuchowskim wiosek kaszubskich, jaki obszar ziemi, jak wszystko należy. A Zieliński nawet zawołał, że nasza okolica bardziej jest .polską jak: Warszawa, Poznań czy Kraków. Doktor Wybicki opisał to wszystko i powiedział, że takie pismo ma też z Konarzyn i nasza sprawa w najbliższym czasie będzie w Paryżu. Wtedy my podziękowali pięknie i jechali do domu; A w jakiś czas czytaliśmy w gazecie, że granica będzie na odcinku Chojnic. Pisali tam, że Konarzyny, Kiełpin i Brzeźno będą polskie, a niemieckie Nowa Wieś, Żołna i Pietrzykowo. Czekaliśmy aż coś z tego będzie. I było to pewnie:12 lutego dwudziestego – roku, jak nasi w Borowym Młynie przeczytali ogłoszenie, że odbędzie się spotkanie pełnomocników do wytyczania granic i każdy, kto ma jaką sprawę, może się zgłosić do nich w tym dniu. Więc nasz proboszcz powiedział, że wszyscy, którym zdrowie pozwala, powinni swoją obecnością zademonstrować i upomnieć się o swoje, prawa. W tym dniu całe gromady ludu do tego punktu szły...
Ludzie szli do Komisji powołanej Traktatem. „Komisja, złożona z 7 członków, z których 5 zamianują Główne Mocarstwa sprzymierzone i stowarzyszone, jednego Niemcy, jednego Polska, zostanie utworzona w 15 dni po uprawomocnieniu się niniejszego Traktatu w celu oznaczenia na miejscu linii granicznej między Polską a Niemcami. Uchwały tej Komisji będą zapadały większością głosów i będą dla stron ...obowiązujące.
To taka Komisja miała decydować o ostatecznym szczegółowym wytyczeniu granicy, której linia, jak głosi Traktat, miała być oznaczona na miejscu. W takiej to sytuacji znaleźli się mieszkańcy człuchowskiego, bo linia granicy z Niemcami została w Traktacie Wersalskim określona bardzo lakonicznie: ;,...będzie oznaczona na miejscu i pozostawi następujące miejscowości Polsce: Konarzyny, Kiełpin, Brzeźno, a Niemcom następujące miejscowości: Sępolno (Samphol), Nowawieś, Steifort, Pietrzykowy..." I ludzie szli, bo skoro — jak sądzili — wygrali pierwszą batalie i ich wsie zostały przy Polsce, sądzili teraz, że na ich prośby przesuną wytyczaną granicę, która zabierała im lasy,- łąki, pola. Szli do swoich. Nie wiedzieli przecież o wypowiedzi Piłsudskiego, że „...Nie. będzie obecne pokolenie Polaków prowadzić wojny o Poznań lub Prusy Zachodnie. Jeżeli Entanta podaruje im te prowincje, nie powiedzą nie, ale z własnej inicjatywy obecne pokolenie Polaków nie zacznie o to wojny”. Szli z ufnością. Nie sądzili, że Polacy będą do nich strzelać.
III.
Żołnierze strzelali w górę. Nie obrócili broni przeciwko Kaszubom, ale w tłumie zawrzało. Słychać, było głośne okrzyki. Ludzie byli gotowi na wszystko. Nie cofnęli się. Uspokajał ich proboszcz z Borowego Młyna, tłumacząc; że może to wywołać jeszcze jedną wojnę. Tymczasem żołnierze niemieccy, wbijali paliki graniczne. To wywołało jeszcze większe, wzburzenie tłumu. Ludzie cofnęli się dopiero na prośbę księdza, który raz jeszcze poszedł pertraktować. Oficer polski obiecał mu, że wysłucha delegacji Kaszubów. Wybrano Józefa Brzezińskiego, Leona Rudnika i Jana Skibę.
- Przedłożyłem naszą prośbę -— opowiada Józef Brzeziński. Mówiłem, stracimy nasz byt a ziemia jest tu uboga i w północnej okolicy mało łąk i trzeba będzie te strony opuścić i szukać chleba gdzie indziej a nasza rola zostanie w Niemczech. Oficer powiedział wtedy:
- Ja nie decyduję, wykonuję rozkaz! Na co jeden z naszych, który był też w niemieckim wojsku;- odparował:
- Miałem też rozkaz i to od. Nie byle kogo, bo od samego cesarza Wilhelma, aby zająć Paryż i do tej pory rozkazu nie wykonałem!
Wtedy Skiba Leon, który mieszkał na wybudowaniu, przepchnął się do przodu a miał na sobie mundur od Hallera, u którego przedtem służył stanął przed oficerem i zawołał:
- Gdybyśmy wiedzieli kto te granice uchwalał, to byśmy go już w tym rowie zdeptali!
Nie wiem. czy. oficer myślał że mu się wojsko zbuntuje, czy zaważyła postawa ludzi, dość, że zmiękł, a myśmy mu powiedzieli żeby poszedł z nami do Komisji, bo po naszej stronie jest interes państwa i narodu polskiego . Wtedy Breska Marcin chwycił za ten kołek graniczny i zdzielił nim Niemca, a inny wyrwał drugi kołek i rzucił go precz. Tak skończyło się wytyczanie niesprawiedliwej granicy. Pojechaliśmy delegacją do Międzynarodowej Komisji Granicznej. Zapewnili nas, że będziemy zadowoleni z nowej granicy. I tak się stało . Przyznano nam wtedy w Polsce spory teren i pola i lasy i wioski i szosę do Chojnic a nawet Chojnice uzyskały przy nas swój las miejski. I tak to przesuwaliśmy granicę. Patrzyliśmy później, jak wbijano słupy. Z jednej strony było „P” – czyli Polska. Z drugiej „D” – Deutschland. Stały te słupy przez lata aż w czterdziestym piątym przyszli polscy żołnierze, wykopali je i zawieźli nad Odrę...

*
Tak ta opowiada Józef Spiczak Brzeziński o sprawach sprzed lat. pięćdziesięciu. Opowiada barwnie, czystą .kaszubską gwarą. Pamięta wiernie szczegóły , nazwiska, daty miejscowości. Nic dziwnego, były to lata jego aktywnej młodości. Pozostał wierny człuchowskiej ziemi, gdzie dziś mieszkają jego dzieci i rosną wnuki.
 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Domki nad morzem