Na rozstaju dróg w Kiedrowicach.
„Trudne warunki, w których znajdowała się niejednokrotnie ludność rodzima, wymagały częstego odwoływania się poza środkami racjonalnymi, także do zaradnych środków irracjonalnych”( R. Kukier, Kaszubi bytowscy, Zarys monografii etnograficznej).
Dawniej na Kaszubach temu, któremu wiodło się lepiej ( to znaczy, kiedy zwierzęta były bardziej wydajne, kiedy zbierał on o wiele więcej zboża niż inni), przyglądano się bardziej uważnie. Ludzie obserwowali wieczorami jego gospodarstwo i dopatrywali się w tym wszystkim udziału diabelskich mocy. W rodzinach tych podobno działy się bardzo dziwne, racjonalnie trudne do wytłumaczenia zdarzenia. Były to rodziny jedne z bogatszych w okolicach. Posiadały służki – dziewczyny, które zarobkowały u nich, pomagając im w wykonywanej pracy. Panny te często opowiadały znajomym, co działo się w domach ich pracodawców. Oto jedna z usłyszanych przeze mnie historii :
„Któregoś wieczora do jednej z takich rodzin przyjechali goście. Byli to posażni panowie, w bardzo pięknych czarnych cylindrach. Dziewczyny robiły w tym czasie porządki w piwnicy. W pewnym momencie zawołano je do kuchni, by przygotowały wędrowcom spory posiłek. Poproszono je o przyniesienie z piwnicy okrasy. Dziewczyny oznajmiły swej pani, że okrasy już nie ma, ponieważ przed chwilą wymyły garnek, w którym się znajdowała. Gospodyni w dalszym ciągu stała na swoim, twierdząc, że dzban z okrasą musi być pełen. Panny poszły więc do piwnicy. Jakież było ich zdziwienie, kiedy garnek, który przed kilkoma minutami obmywały, był teraz pełen świeżej okrasy. Obok gara siedział duży czarny kot, który po chwili zniknął. Przerażone dziewczyny zabrały okrasę i udały się do kuchni. Nakrywając do stołu, zauważyły, że panowie w cylindrach zamiast stóp mają końskie kopyta..”.
Służki niejednokrotnie opowiadały tę historię okolicznej społeczności. Mówiło się wtedy, że takie rodziny zaprzedały swe dusze diabłom, za co miały we wszystkim dostatek.
Kiedrowice zlokalizowane są koło przepięknego jeziora, nazywanego od miejscowości Jeziorem Kiedrowickim. Ze względu na spore zapotrzebowanie na ryby, często je tu odławiano. Rybacy wykonywali połowy nocą zwłaszcza w celu złapania większej ilości węgorza. Niejednokrotnie widzieli wówczas, jak znad zabudowań gospodarskich rodzin podejrzanych o współpracę z diabłem unosi się ognista łuna. Mówili wtedy, że diabły i czarownice draszują, czyli młócą im zboże za cenę oddania duszy w ich ręce. Ponadto rybacy opowiadali, że często widzieli, jak w stronę jeziora biegły ogromne, wielkości półrocznego cielęcia, czarne psy. Wbiegały prosto do wody i ginęły im z oczu. O istnieniu diabelskich psów w rejonie Kiedrowic opowiadali także inni rozmówcy.
Pewien gospodarz wracał z młyna. W pewnym momencie koń przestał ciągnąć wóz. Gospodarz chwycił więc za bat i zaczął okładać nim leniwego konia. Ten w dalszym ciągu nie miał zamiaru się ruszyć. Wtedy rolnik zauważył przed zwierzęciem malutkiego psa. Myśląc, że to on jest przyczyną tego, iż nie posuwają się naprzód, uderzył go. Wtedy pies zaczął nagle rosnąć i zmieniać barwę na czarną. Stawał się coraz większy i groźniejszy. Wtedy gospodarz przeżegnał się i zaczął śpiewać Kto się w opiekę . Diabelskie zwierzę warcząc, zeszło z drogi i pobiegło w leśną gęstwinę. O przebywaniu diabłów na badanym przezemnie terenie wspomina bardzo wiele osób. Jeden z pytanych opowiadał, jak kiedyś ktoś z jego rodziny wybrał się do karczmy. W domu czekały na niego obowiązki, a on długo nie wracał. Wysłano więc po niego najmłodszego z rodziny. Kiedy wracali już razem do domu, spotkali mężczyznę o dziwnym wyglądzie. Zaczęli ze sobą rozmawiać. W pewnym momencie obcy powiedział: „Zabrałbym cię ze sobą i utopił, ratuje cię jednak twoja dziecina” i odszedł. Wtedy spostrzegli, że miał on końską nogę.
Pewien z respondentów pamięta, że za czasów, kiedy był jeszcze chłopcem, jego dziadkowie opowiadali sobie o zdarzeniu, jakie miało miejsce na jednym z wesel. Była na nim kobieta, która odmawiała tańca każdemu mężczyźnie. Twierdziła, że czeka na tego jedynego, który w niedługim czasie się pojawi. I rzeczywiście około północy przybył do wioski obcy człowiek, ubrany odświętnie w czarny frak i cylinder. Uporczywie szukał miejsca, gdzie odbywała się uczta weselna. Byli tacy, którzy wskazali mu to miejsce. Kiedy wszedł do środka domu weselnego, od razu poprosił do tańca wspomnianą kobietę. Bawili się razem przez resztę wesela. Kiedy nieznajomy odjeżdżał, co niektórzy spostrzegli, że zamiast ludzkich nóg miał jedną kurzą a druga końską.
Pierwotnie na terenie Kiedrowic była kuźnia. Pracował w niej bardzo przyjemny dla wszystkich kowal, który podkuwał okolicznym gospodarzom ich konie. Pewnego późnego wieczora zawitali u niego nieznajomi - czterej odświętnie ubrani mężczyźni. Chcieli, aby kowal podkuł im konie. Zabrał się więc do pracy. Kiedy chciał odebrać zapłatę za wykonaną usługę, otrzymał odpowiedź: „Ciesz się, że nie zabieramy twej duszy do piekła”.
Słysząc to, kowal zaczął śpiewać Kto się w opiekę. Diabły wskoczyły wtedy do swojego wozu i udały się w stronę jeziora.
O spotkaniu z diabłem opowiadała też jedna z mieszkanek naszej wsi. Otóż zaniepokoiły ją pewne dochodzące z oddali wrzaski. Chcąc sprawdzić, co jest tego przyczyną, udała się tam. Jak się przekonała, dochodziły one z jednego z kiedrowickich mieszkań. Weszła do środka w celu sprawdzenia, czy aby nie dzieje się tam nikomu krzywda. Dźwięk nagle ustał, a w środku nie było żywej duszy. Obeszła całe mieszkanie i nie spotkała nikogo. Zaniepokojona tym faktem, zaczęła obchodzić budynek raz jeszcze. Tym razem jednak spostrzegła siedzącego przy stole, tyłem do niej, mężczyznę. Nie mogła rozpoznać tego człowieka, gdyż na głowie miał duży, okrągły, czarny cylinder. Kiedy chciała z nim zamienić kilka słów, mężczyzna zniknął. Przestraszona kobieta udała się do swego domu. W nocy nie mogła zasnąć, bo krótko przed pójściem do łóżka zobaczyła ów obcego mężczyznę, który oznajmił jej, że dziś widziała diabła, po czym zniknął.
Inny z pytanych opowiadał ciekawą historię, którą z kolei poznał od swego ojca. Pewna kobieta przybiegła do jego budynku z wielkim krzykiem. Twierdziła, że u niej na piecu wygrzewa się diabeł a jego kurza noga zwisa z pieca aż do samej podłogi. Słysząc to, wzięli ze sobą krzyż, święconą wodę i pobiegli do mieszkania kobiety. Mój respondent zaklinał się na śmierć, że jego ojciec by nie kłamał. Ujrzał na piecu leżącego diabła, oczywiście w cylindrze na głowie, z kurzą nogą zwisającą aż do ziemi. Zaczęli nakrapiać pokój święconą wodą i modlić się o zniszczenie złych mocy. Postać zniknęła z pieca, a oni modlili się do samego wieczora.
O tym, że diabły często nawiedzały badany przeze mnie teren, pisze Ryszard Kukier:
„W Kiedrowicach na Gochach na weselu u gbura Plutowskiego w 1912 roku zauważono w pewnej chwili, jak diabeł tańczył z panną młodą. Aby go odstraszyć, zebrani czynili znak krzyża, kapela zaś zagrała na dodatek „Kto się w opiekę”. Wtedy powstał wielki huk i diabeł wyleciał z izby weselnej, uszkodziwszy ponoć ścianę domu i stojące pod domem drzewo. Począwszy od tego zdarzenia gburzy Plutowscy, u których miał miejsce ten wypadek rokrocznie rozdawali ubogim część swych plonów, aż w końcu wyprosili się od diabła”.
W rozmowach z moimi informatorami uzyskałem potwierdzenie tej historii. Wielu ze starszych Kaszubów twierdzi, że zdarzenie to miało miejsce.
Ryszard Kukier opisuje jeszcze jedną historię, która również działa się w Kiedrowicach, gdzie diabeł w karczmie podczas nocy zapustnej tańczył z dziewczyną aż do momentu jej zasłabnięcia. Kiedy obecni w karczmie ludzie zorientowali się, że jest to diabeł, rzucił dziewczyną o podłogę tak mocno, że zmarła. Podobno jednym z najbardziej lubianych przez diabły miejsc były właśnie karczmy. Tam pod ludzką postacią niejednokrotnie wygrywały w karty gburskie gospodarstwa, a potem oddawały je w zamian za duszę rolnika. Bywały także przypadki, że diabeł musiał służyć człowiekowi.
Pewien gbur orał swoje pole. Na miedzy zostawił pączki upieczone podczas zapustów. Kiedy rolnik orał swą ziemię, diabeł zjadł mu jego przysmaki. Ponieważ były to pączki popielcowe, zmuszony był je odpracować. Za karę przeorał całe pole.
Istnieje wiele rodzajów diabła. Często zamiast słowa diabeł używa się w Kiedrowicach i innych stronach Kaszub również wyrazów diacheł, czart lub purtk. Według Jerzego Tredera: „czart to diabeł człekokształtny, drobny, nagi, gęsto owłosiony, z rogami na głowie i kopytem końskim u nogi”. (J. Treder –„Kaszubi...)
Purtk natomiast odpowiada za wiatry, które łamią drzewa i zrywają gospodarzom dachy. Kiedy na Kaszubach wieje silny wiatr, mówi się: „diabeł się cieszy, bo ktoś się powiesił ”.
Kaszubska wiara w diabelskie sprawki niesie za sobą jeszcze jedną godna uwagi postać, a mianowicie tak zwaną latawicę . Podobno jest to służąca diabła, którą przydzielał rodzinom, jakie sprzedały swe dusze. Moi informatorzy nie potrafili dokładniej opisać, jak wyglądała. Jedni twierdzą, że przypominała miotłę chrustową. Drudzy, że była to kobieta z rozczochranymi włosami, która znosiła co niektórym wszystkie dobra. Dziadkowie moich rozmówców opowiadali, że u wspomnianej przez Ryszarda Kukiera rodziny często widziano latawice. Znosiły im wódkę, wino i najlepszej jakości mięsa. Podobno bardzo często widziano niegdyś nad Kiedrowicami latające ni to miotły, ni kobiety, po prostu latawice. W dzisiejszych czasach zdarzenia tego typu nie są spotykane. Nie wiadomo nawet, dlaczego diabły przestały nękać Kaszubów. Jedni twierdzą, że do zaprzestania diabelskich sztuczek w znacznym stopniu przyczynił się Kościół i wiara w Boga. Inni zaś, że jakoby pomóc w tym miała rozwijająca się technika. Diabeł obawia się bowiem ludzkiej wiedzy, komputerów, samochodów itp. Ci najstarsi z Kaszubów żartobliwie twierdzą, że diabły siedzą teraz właśnie w tych cudach techniki.
Pierwotnie z wiarą w diabła wiązała się jeszcze tak zwana dzika jachta. Jest to polowanie, jakie diabeł urządzał ze swymi poddanymi w kaszubskich lasach. Nagonce tej towarzyszyły charakterystyczne dźwięki. Świadkowie, którzy widzieli lub słyszeli dziką jachtę, twierdzą, że były to odgłosy łamanych drzew, szczekających psów, diabelskie okrzyki, rżenie koni i dźwięk silnie wiejącego wiatru. Ci, którzy przeżyli dziką jachtę, opowiadali o tym z wielkim przerażeniem.
Pewien gospodarz żyjący po dziś dzień ( który prosił o anonimowość ) wracał na motorze późnym wieczorem od swych znajomych. Przejeżdżał przez lasy koło okolicznych bagien, na starym moście, gdy nagle zgasł mu motor. Zaczął go naprawiać. W pewnym momencie zerwał się silny wiatr. Gospodarz ujrzał wówczas pędzące lasem cienie, swoim wyglądem przypominające bryczkę zaprzężoną w cztery konie, a na niej kilku mężczyzn. Wydawało mu się jakoby po bokach zaprzęgu biegły wielkie psy. Towarzyszyły temu odgłosy łamanych gałęzi, dyszących koni. Ponadto bardzo donośny był odgłos dzwoniących dzwonów. Wszystko to trwało zaledwie kilka chwil. Kiedy zorientował się, że ma do czynienia z diabelskim polowaniem, zaczął się modlić. Po jakimś czasie wszystko ucichło. Zdarzenie to miało miejsce w pobliżu Borowego Młyna, gdzie dawniej podobno często diabły urządzały dzikie jachty. Do dzisiaj ludzie przejeżdżają tam raczej za dnia, gdyż obawiają się spotkania z demonami.
Innym razem grupa młodzieży wybrała się do kościoła w Zapceniu na roratnią mszę. Kiedy byli w połowie drogi, między Kiedrowicami a Zapceniem zerwał się silny wiatr. Doszedł do nich odgłos łamiących się drzew i szczekających psów. Nie trwało długo, gdy ujrzeli jadącą po lesie bryczkę. Ciągnęły ją wielkie konie, a z każdej ze stron biegły ogromne psy. Podobnie jak w Borowym Młynie, tak i tu towarzyszył temu przeraźliwy dźwięk dzwonów. Po chwili wszystko ucichło, a wystraszeni młodzi ludzie pobiegli jak najszybciej w stronę Zapcenia, by czym prędzej znaleźć się w kościele.
Demoniczne polowania, czyli dzika jachta to dziwne i trudne racjonalnie do wytłumaczenia zjawisko. Dawniej, kiedy miało ono miejsce, niosło ze sobą lęk, przerażenie ludzi. Rodzice wieczorami bali się wypuszczać swoje pociechy z mieszkań w obawie o to, że może się akurat odbywać diabelskie polowanie, a towarzyszące mu ogromne psy zagryzą dzieci. Według najstarszych Kaszubów podobno najbardziej ulubionym miejscem dla dzikiej jachty były bagna, łąki i inne mokradła. Najczęściej tam właśnie zobaczyć można było szalejącą diabelską drużynę.
W kaszubskich wierzeniach oprócz diabłów, czarownic i latawic możemy spotkać jeszcze parę innych postaci. Należą do nich na przykład krośnięta. Według Kaszubów są to mali ludzie żyjący na tym samym świecie. Są to: „domowe demony opiekuńcze, które jeśli nie czyni im się nic złego i nie niepokoi, pozostawiają domowników w całkowitym spokoju” (R. Kukier).
Należy jednak nadmienić, że w dzisiejszych czasach krośnięta nie są spotykane. Z opowieści tych najstarszych młodzi mogą się dowiedzieć, jak to kiedyś bywało. Pierwotnie mali ludzie żyli z Kaszubami i jednocześnie obok nich. Swojego czasu wiara w krośnięta była bardzo zakorzeniona. Podczas wypieków chleba gospodynie zostawiały nawet dla nich resztki, aby miały się one czym pożywić. Podobno w zamian za to Boży ludzie, bo i tak je nazywano, znosili nocą pieniądze, mąkę, lub inne potrzebne gospodyni w kuchni produkty.
Krośnięta słynęły ze swej dobroci. Pomagały biednym, były opiekuńcze. Bywało czasem tak, że lubiły psocić. Nikt z moich rozmówców nie słyszał, ani nie widział krośniąt, ale kiedyś podobno istniały. Legendy głoszą, że niejednokrotnie widziano, jak mali ludzie w nocy rządzili się w domostwach gospodarzy. Urządzali potańcówki, co ważne, nie można było im w tym przeszkadzać, gdyż mogłyby wtedy stać się dla ludzi nieprzyjemne. Podobno, kiedy Kaszubi spali, to dbały one o ich zwierzęta
„Krośnięta karmią konie i bydło, jeżeli koń warkocze ma w grzywie, takiego konia krośnięta doglądają w nocy”.( J. Łęgowski, Kaszuby i Kociewie, Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie, Gdańsk 1991).
Dom, w którym mieszkały, był otoczony szczęściem i dobrociami. Kiedyś mówiło się, że krośnięta są darem od Boga. Miały pomagać, pocieszać i dbać o kaszubskie rodziny. Pierwotnie niedopuszczalnym było, aby gospodyni nie zostawiła resztek z kolacji na kuchennym stole. Wierzono bowiem, że w nocy przychodzą krośnięta i posilają się.
Tak oto kiedyś na Kaszubach żyli Boży ludzie. Pomagali gospodarzom w codziennych trudach. Może i dziś gdzieś z ukrycia obserwują Kaszubów, a w nocy wychodzą, aby doglądać ich dobytek.
Kolejną postacią z mitycznego świata Kaszubów jest mora, kobieta, która męczy mężczyzn a nawet i zwierzęta. Przyczyną tego, że dana niewiasta stała się morą, może być niedbale odprawiony chrzest. Jeżeli rodzice chrzestni chrzczonego dziecka chociaż przez moment pomyślą o morze, to dziecko na pewno nią będzie. Morą lub zmorą, bo również tak się ją nazywa, może stać się porzucona przez chłopaka dziewczyna, która z tęsknoty za nim, nie wiedząc o tym, zaczyna nawiedzać go nocą i dusić. Jednak życia go nie pozbawi.
„Dziewczyna – mora nie wie często, że nią jest. Po prostu gdy zasypia opuszcza ja przez usta dusza, która materializuje się jako kot, pies, biała mysz, gruszka czy jabłko, źdźbło słomy lub trawy, a nawet piasek czy wietrzyk albo coś niewidzialnego, co jeździ na kole taczki”. (R. Ostrowska, I. Trojanowska, Bedeker)
Starzy Kaszubi twierdzą, że mory nie są szczególnie groźnym zjawiskiem. Męczą, dusząc swe ofiary, ale nie zabijają. Istnieją jednak sposoby, aby ustrzec się od zmory. Aby uniemożliwić jej wejście do mieszkania, trzeba dokładnie uszczelnić okna i drzwi. Oto historia, jaką opowiadał jeden z mieszkańców: „Gospodarz wracał z młyna do domu. W pewnym momencie zaczęło go coś dusić. Nie mógł oddychać, strasznie się pocił. Po chwili wszystko ustało. Tego samego doznały jego konie. Były całe mokre, a pysk miały w pianie...”.
Z pewnością była to mora.
Na szczęście w dzisiejszych czasach mora nie jest już spotykana. Nie nęka podróżujących i spokojnie żyjących Kaszubów. O atakach mory można posłuchać jedynie od tych najstarszych. /cdn./