NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Nad życie kocham Borowy Młyn...

[NG: 39]   Autor: Irena Klingier - Debrzno (liczba artykułów: 5)
Panorama Borowego Młyna

Panorama Borowego Młyna


Staw młyński w Borowym Młynie

Staw młyński w Borowym Młynie


Młyn Malichów w Borowym Młynie

Młyn Malichów w Borowym Młynie


Kupiłam już dwie gazety „Nasze Gochy” i jestem bardzo zadowolona, przeczytałam obie „od deski do deski. Przyczyniłam się również do tego, że ciocia Lidzia Malich teściowa Sołtysa Kazika Olejnika też kupiła gazetę i moja kuzynka z Chojnic też jest zainteresowana kupnem tej gazety. Zachwycają mnie prawie wszystkie artykuły i poezja i kuchnia kaszubska. Szczególnie ucieszyłam się artykułem o Alfonsie Ulatowskim. Tylko spojrzałam na zdjęcie i mówię sama do siebie, przecież to jest kierownik Szkoły w Borowym Młynie jak żywy, a ile wspomnień. Pamiętam, że była wtedy jeszcze tylko stara szkoła. Moja kuzynka Tereska Trzebiatowska należała do harcerstwa i chodziła na zbiórki harcerskie, kilka razy poszłam z nią. Zawsze nosiła ze sobą śpiewnik i mnie też uczyła piosenek harcerskich. Właśnie to dzięki panu Ulatowskiemu harcerstwo w Borowym Młynie tak dobrze działało, pamiętam też jego żonę również nauczycielkę. Pan Ulatowski był osobą bardzo znaną i szanowaną.
A ja chciałabym powiedzieć trochę o działalności ks. Perschkego oprócz posługi duszpasterskiej był on założycielem krótko po przyjściu na Parafię Katolickiego Stowarzyszenia młodzieży w skrócie K.S.M., to Stowarzyszenie miało na celu szerzyć oświatę i kulturę na wsi. Do K.S.M-u należało dosyć dużo dziewcząt i chłopców, już po skończonej szkole. Młodzież uczyła się wierszy i pieśni patriotycznych i wystawiali sztuki teatralne. Mam zdjęcie dziewczyn z KSM w czarnych spódnicach i białych bluzkach przewiązane czarnym paskiem pod szyją z czarną kokardą. Wśród nich jest moja mama, ciocia i ich koleżanki, są tam takie śliczne, młode i szczęśliwe, słuchają płyt z gramofonu z tubą na korbkę i uśmiechają się do mnie, a ja do nich mówię jak na nie spoglądam, że chociaż was nie ma, to na zdjęciu jesteście jak żywe i kocham was za to, że byłyście. Mam jeszcze zdjęcie z przedstawienia „Pałka Medei” jak wiadomo Madej był rozbójnikiem, rolę księdza w ogromnym kapeluszu grał mój ojciec, a rolę anielicy czy nimfy wodnej grała moja ciocia i jej koleżanka. Więc nawet przed II wojna światową istniało życie kulturalne i to właśnie dzięki Ks. Fr. Perschkiemu. Ja też go dobrze pamiętam, bo był na wszystkich weselach moich cioć i wujków i nawet jeszcze kuzynek tych starszych. Był on jednak dobry wujek, pamiętam, jak zachorował i leżał w szpitalu w Chojnicach to wszyscy z rodziny Malichów i nie tylko go odwiedzali. Ja też byłam z moją mamą i ciociami, bo mieszkaliśmy w Chojnicach.
Bardzo żałuję, że nie nauczyłam się dobrze mówić po kaszubsku, bo jak zaczynałam coś mówić to moje kuzynki się śmiały zamiast mnie poprawiać przecież jestem pół krwi Kaszubką – Goszką przez tatę Bernarda Tyborę, który urodził się w Upiłce 7.V.1910 r. i ożenił się w 1945 r. z mamą Franciszką Malich, która chociaż mieszkała w Borowym Młynie, ale była poznanianką, ale to właśnie matka nie kaszubka uczyła mnie różnych piosenek w tym również kaszubskich, np.: „Nigde do zgube nie przyndą Kaszube”, chyba napisałam niepoprawnie, mama nie umiała dobrze śpiewać, ale mnie uczyła, to ona uczyła mnie wierszy, to ona ciągle ze mną była w Borowym Młynie od najmłodszych lat. To ona ze mną po kolei wymieniała nazwiska mieszkańców wsi jak byłyśmy w domu w Chojnicach i nie mogłyśmy zasnąć.
Borowy Młyn był zawsze na naszych ustach i w naszych myślach. Ojciec też przyjeżdżał jak tylko mógł, żeby remontować obory, malować mieszkanie, bo był złotą rączką i wszystko potrafił zrobić i był pracowity jak to Kaszubi są. Dziękuję Bogu za to, że ich miałam i że przez to miałam Borowy Młyn. Na drugi rok kończę 60 lat, ale moja miłość i uwielbienie tego zaczarowanego miejsca na ziemi nawet na sekundę nie wygasła. Lubię moje małe Debrzno, bo jest ładne, lubię Chojnice bo tam się urodziłam i mieszkałam do 22 roku życia, ale nad życie kocham Borowy Młyn, moja córka twierdzi, że nawet psy w Borowym Młynie najpiękniej szczekają oczywiście dla mnie. Jak wyjeżdżam z Chojnic to już czuje się radosna, gdy jestem w Lipnicy, to jestem uśmiechnięta, a gdy wjeżdżam do Borowego Młyna to jestem szczęśliwa i zdrowa jakbym wcale nie miała udaru mózgu i dwóch zawałów. Dużo daje mi też śpiewanie, zaraz po zawałach nie mogłam śpiewać, bo miałam skrócony oddech, ale już od 5 lat śpiewam i nie obawiam się o to, że sobie nie poradzę, byłam zawsze optymistką, chociaż życie mnie nie rozpieszczało, ale i tak życie jest cudowne i dziękuję też Bogu, że jeszcze podarował mi dalsze życie i cieszę się z każdego dnia, chyba więcej niż ludzie zdrowi, nigdy nie mówię, że mi coś dolega, jem codziennie 10 tabletek i jestem happy.
Strasznie przeżywałam czas jak wyszłam za mąż i rodziły się dzieci i nie mogłam przyjeżdżać do borowego Młyna, mąż ciągle jeździł do swojej rodziny i musiałam jechać tam z nim i dziećmi, tam też nie było brzydko, było jezioro, pola, łąki, naokoło lasy, ale to było obce, nie moje, nie kaszubska ziemia. Wtedy właśnie z wielkiej tęsknoty za Borowym Młynem zaczęłam pisać pierwsze wiersze. Nieraz w nocy nie mogłam spać, to przypominałam sobie wszystkie chwile spędzone u babci a potem u cioci i trochę tą tęsknotę zagłuszałam, oglądałam też zdjęcia, których było bardzo dużo. Teraz chciałabym być częściej, ale finanse nie pozwalają i do tego jeszcze mamy próby 2 razy w tygodniu naszego zespołu „Słowiki”. Ale na wiosnę na pewno się wybiorę, bo jak zaczynam tak straszliwie tęsknić to dzieci mówią, mamo jedź i napełnij to twoje serce radością.
W przedostatnią niedzielę słuchałam audycję Kaszubską o 20.45 i właśnie nagrałam piosenki zespołu Wiele-Karsin – brzmią bardzo ładnie. Dobrze, że pana fundacja dopomogła im w nagraniu płyty. Właśnie nie wiem, co jaki czas ukazuje się pana gazeta, ale pytam przez telefon Danusi Pych-Lipińskiej, czy już jest nowa, potem dzwonię do kuzynki w Lipnicy i mi kupuje gazetę, a ja jej potem wysyłam pieniądze. Myślę, że warto ją kupować, bo wszystkie artykuły są dobre, to jest mądra gazeta o naszej małej ojczyźnie a nie jak te wszystkie babskie gazety z bzdurami i plotkami, lubię czytać mądre książki i mądre gazety i pana gazetę do nich zaliczam.

P.s. Przypominam sobie jeszcze jak mojemu kuzynowi dużo starszemu ode mnie opowiadałam o Borowym Młynie, bo jak był mały, to mieszkał tam kilka lat, to tak płakał i dziękował mi, że mu opowiedziałam jak teraz wygląda Borowy Młyn, że jest pięknie i jak było kiedyś. /-/
Irena Klinger
„Kochać Gochy”
Urodziłam się chyba po to
by kochać Gochy.
By wśród piaszczystych stąpać dróg
Przystanąć przy „Bożej Męce” i
zamyśleć się głęboko.
Wejść na wzgórze, wysokie by
dosięgnąć głową chmur.
Potem oglądać zachód słońca i
wieczorne zorze.
Posłuchać szumu drzew i szemrania
rzeczki.
Popatrzeć na stary dom i młyn
i wspominać, i wspominać.
W stawie poszukać uśmiechu
księżyca w pełni.
Iść przez uśpioną wieś i posłuchać
bicia zegara i szczekania psów.
Patrzeć na światełka w oknach
które po kolei gasną i gasną.
Tylko lampy uliczne patrzą na mnie ciekawie
i nie śpią do świtu.
To jest właśnie szczęście choć
przez kilka dni na Gochach być.
Tęsknota jest wtedy mniejsza
bo Gochy w swym sercu ukrywam.
Na pewno przyjadę za rok
by serce na nowo miłością naładować.
(Debrzno - 15.10.08 )
 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Najlepsze tapety na pulpit olejek z makadamii ikarov siłownia kraków