| | Józef i RozaliaW cyklu: Kaszubskie rody (liczba artykułów 13)[NG: 39] Autor: Maria Karczewska - Czersk (liczba artykułów: 1)Kaszubsko – pomorskie Rodziny Zaczynała się jesień 1920 roku. Było to bodaj w pierwszych dniach września, kiedy to moja babcia ze strony mamy, Rozalia Kuklińska, będąc z wizytą u swojej zamężnej siostry Marianny Grzebień spotkała Józefa Krajeckiego, młodego stolarza z Kaszar... i tak to się zaczęło... Do spotkania tego doszło z racji swatania przez Mariannę, kuzyna jej męża, naszego bohatera Józefa z panną Rekowską z Borska. Rozalia znała dobrze młodą Rekowską, wszak mieszkały w jednej wsi a Marianna, zwana w domu Marynka, była ciekawa opinii swej siostry, czy jej zdaniem ci dwoje do siebie pasują. Marynka zaprosiła pod jakimś pretekstem Józefa do siebie. Józef był młodym, 29 letnim wysokim i szczupłym mężczyzną. Niedawno powrócił z niewoli rosyjskiej i z pracowitością i młodzieńczym zapałem zabrał się do pracy w stolarni, ale też w domu i zagrodzie rodziców, czym bardzo imponował sąsiadom. Miał dobrą opinię, bo oprócz pracowitości, był zrównoważonym i nad wyraz uczciwym młodzieńcem. Miał też, jak cała rodzina Krajeckich, talent muzyczny. Grał pięknie na organkach i harmonii. Zapewne cechy charakteru ukształtowało w młodym Józefie jego dotychczasowe niełatwe życie. W roku 1904, gdy miał 14 lat, zmarł jego ojciec, osierociwszy dziesięcioro dzieci. Wszyscy, więc starali się pomóc matce, by utrzymać, w tych trudnych czasach, tak liczną rodzinę. Dziadek urodził się w 1890 roku jako siódme dziecko Zuzanny i Jakuba Krajeckich. Miał 24 lata, gdy wybuchła pierwsza wojna światowa. W1914, jako poddany cesarza Niemiec został wcielony do niemieckiego wojska i walczył z Ruskami, aż gdzieś pod Charkowem. Tam właśnie w 1918 dostał się do niewoli. Jako jeniec wojenny został odesłany do przymusowej pracy w majątku rosyjskiego Jaśnie Pana (dziadek mówił, ale już nie pamiętam tego nazwiska), który był właścicielem kopalni węgla kamiennego pod Charkowem. Według relacji dziadka, była to bardzo pozytywna postać. Gdy zauważył, ze nasz dziadek ma pojęcie o gospodarstwie, przydzielił mu opiekę nad swoimi końmi. Tak dziadek został jego i rodziny stangretem. Często jeździł z szefem w sprawach służbowych, ale także z jego żoną i córką na zakupy do miasta. Owa córka była miłą dziewczyną. Studiowała w Charkowie, a dziadek odwoził i przywoził ją z dworca kolejowego. Polubiła ona młodego, solidnego Polaka i postanowiła w wolnych chwilach nauczyć dziadka języka rosyjskiego. Młody Józef był pilnym uczniem, tak, że w krótkim czasie biegle opanował rosyjski w mowie i piśmie, co mu później, w drodze powrotnej do Polski, nie raz... ratowało życie. Był rok 1917, kiedy wybuchła rewolucja październikowa. Komuniści natychmiast zaczęli ostro rozprawiać się z „wrogami ludu". Plądrowali, zabijali, palili, gwałcili. W imię sprawiedliwości społecznej niszczyli dobytek wszystkich, którzy się czegoś dorobili. Wtargnęli też do pięknego majątku Jaśnie Pana i na oczach żony i córki oraz przerażonego Józefa, zastrzelili tego, Bogu ducha winnego, wyjątkowo dobrego człowieka. Po tej zbrodni, żona z córką w pośpiechu spakowały rzeczy i nasz dziadek wywiózł je jeszcze tej samej nocy, w bezpieczne miejsce. Kiedy dziadek zobaczył co się dzieje, przestraszony postanowił, za wszelką cenę, uciec do Polski, do domu. Droga powrotna była długa i bardzo niebezpieczna. Wtedy był wdzięczny młodej studentce, że nauczyła go rosyjskiego, dzięki któremu i ...MUZYCE, wyszedł z niejednej opresji. Dwukrotnie go złapali i dwukrotnie chcieli zastrzelić. Nie zrobili tego tylko, dlatego, bo potrzebowali żywego grajka. Ruscy lubili pić i śpiewać, wiec, gdy przyznał się, że umie grać, zostawał ocalony. Udało mu się wrócić do domu w 1918 roku, by następnego roku jesienią spotkać... naszą wspaniałą babcię. Gdy wspomnianego już wcześniej, wrześniowego popołudnia 1920 roku Józef zobaczył u Grzebieniów Rozalię, tak się nią zachwycił, że już nie chciał oglądać żadnej innej panny. Babcia zupełnie nie spodziewała się takiego obrotu sprawy, że zrobi na tym młodym człowieku takie silne wrażenie. Pewnie zaimponowało jej to wyróżnienie, ale w tym czasie zalecał się do niej niemiecki kolejarz z Subkowych, tak, że jakiś biedny stolarzyna, na dodatek chudy, jąkający się młodzian, zupełnie jej nie oczarował. Józef jednak nie dał za wygraną. Nie mógł oderwać wzroku od pięknej Rózi. Babcia była urodziwą"~23-letnią dziewczyną. Miała dumną, wyprostowaną postawę, piękne ciemne włosy, duże oczy i ładne, pełne usta. Ponoć również piękne nogi. Imponowała Józefowi tym, że była konkretna i jak na owe czasy, umiała wiele rzeczy, których nauczyła się w majątku dziedzica Rolhofa, a potem Lutza, w Subkowych. Tak długo Józef chodził do Grzebieniów, do Marianny i jej męża, aż zaczęli przychylnie patrzeć na jego kandydaturę do ręki Rozalii. Rozalia początkowo obojętna, zmiękła, gdy ujrzała Józefa pewnej niedzieli w drzwiach swojego domu w Borsku, Rozczuliła się, gdy przyznał, że przyszedł do niej (jednego dnia, tam i z powrotem 50 km pieszo) z tęsknoty za nią. Zaimponował jej swoją determinacją. Poprosił rodziców Rozalii o rękę, którzy już od Grzebieniów wiedzieli o jego zalotach i został przyjęty. Reszta potoczyła się już w niezwykłym tempie. Zaraz wujek pięknej Rózi, Leon Kukliński (Gorzelniany) zabrał ich tej niedzieli powózką do Wiela do kościoła, przywiózł z powrotem na obiad, po którym młody Józef musiał pospiesznie wyruszać w powrotną drogę, bo nie wypadało nocować w domu panny przed ślubem. W krótkim czasie dali na zapowiedzi a zaraz po 3 miesięcznym, wymaganym czasie, wyznaczono datę ślubu. Był to dzień 22.11.1920 roku. W tym to dniu w kościele parafialnym w Wielu, Rozalia i Józef stali się mężem i żoną. Podziwiam moją babcię, młodą 23-letnią kobietę, że zdecydowała się na życie w naprawdę trudnych warunkach, w domu z teściową i jeszcze dwójką dorosłego rodzeństwa dziadka, Klarą i Marcelim. Nie jestem też pewna, czy mieszkał jeszcze z nimi krótko, Wiktor. Była zima 1920 roku, Klara z Marcelem przenieśli się do pokoju z osobnym wejściem, a nowożeńcy zamieszkali z chorą matką Józefa, Zuzanną, w dwóch izbach i kuchni. Jeszcze parę dobrych lat upłynęło, zanim moja prababcia umarła. Zaczęły rodzić się dzieci. Po roku urodziła się im dziewczynka. Nazwano ją, po najstarszej siostrze Józefa, Ksawerą. Po dwóch latach urodził się syn Alojzy, następnie Wanda i na końcu nasza mamusia, mała Irenka, zwana w domu Enią. Tak, jak na początku znajomości młoda Rozalia wyszła za Józefa raczej z rozsądku, bo czuła, że to dobry i uczciwy człowiek, tak potem, już w małżeństwie, pokochała go za jego dobroć i miłość do niej, całym sercem. Byli niezwykle dobraną parą. Babcia zasadnicza, trzymająca cały dom w niezwykłym ładzie i dziadek, bardziej liberalny, który pracował w stolarni, oporządzał zwierzęta a w wolnych chwilach grał na organkach. Pamiętam dość dobrze atmosferę tego domu. Zapachy spiżarni, gdzie suszyła się wędzonka i kiełbasy, centryfugę, białe lniane zawieszki, typu „świeża woda", „smacznego" i wszechobecną czystość. Nie wiem, jak babcia to robiła?? Bez łazienki, pralki i proszku VIZIR. Kochaliśmy dziadka za to, ze bez „piany", po cichutko sprawdzał, czy mamy np. powietrze w oponach rowerów, czyścił i pastował nam, dzieciom i wnukom, przed wyjściem, buty, by je w drodze powrotnej po błotnistych wówczas drogach, nie zniszczyć. Bez słów potrafił, w taki osobliwy sposób, wyrażać swoją miłość do nas. Kochałam go jeszcze za to, ze bronił mnie przed babcią, która zmuszała mnie wiecznie do jedzenia, za to, ze brał nas do boru, gdzie, na jego skraju siedzieliśmy w słońcu doglądając pasących się krów i gęsi. Tam opowiadał nam o wojnie, niewoli i grał na organkach. To on pierwszy słysząc kukanie, opowiedział mi o kukułce i zwrócił uwagę na śpiew skowronka. Czasem przerywał sobie, by sobie zdrowo kichnąć. Wspominam to kichanie, bo musiało być nie zwyczajne. Nie wiem, czy używał tabaki. Może inni robili TO dyskretnie, natomiast dziadek robił to tak głośno, że pamiętam, jak echo niosło i powtarzało wielokrotnie ten osobliwy dźwięk. Sąsiedzi mówili, że jak Krajecki kichnie, to aż w Juńczy słychać!! Kiedy myślę o moich przodkach/jestem pełna podziwu, jakimi prostymi prawami się kierowali. Jakie trudne decyzje podejmowali i jaka szlachetność i prostota ich charakteryzowała. Z jaką pokorą wykonywali swoje codzienne obowiązki, tak, by wychować na porządnych ludzi swoje dzieci. Nie pamiętam żadnej kłótni w dziadków domu. Zawsze nas z serdecznością witali i zawsze babcia cos nam pakowała „na drogę". Pamiętam różne „akcje wicher”, czyli sianokosy, żniwa czy wykopki, gdzie nasza rodzina „z miasta" przyjeżdżała pomagać rodzinie na wsi. Mój ojciec, nazwany przez wujka Leona „szkolny" nie miał talentu do tych prac, czym narażał się na kpinę miejscowych. Miał za to dużo dobrych chęci. Pamiętam babcię Rozalkę, gdy przychodziła w porze obiadu na pole i przynosiła nam w koszyku i kance, posiłek. Pajdy chleba i zimną maślankę, dla niektórych kompot, do picia. Siadaliśmy wszyscy na miedzy i z wielkim apetytem, zajadaliśmy. Po robocie, w domu czekał na wszystkich gorący „eintopf, czyli zupa jednogarnkowa. Szczególnie utkwiła mi jedna z nich, którą obiecuję sobie, odtworzyć z pamięci dla moich dzieci i wnuków. Była to pyszna fasolówka na mięsie, dość dziwna, bo z ziemniakami i owocami. Miała smak słodko-kwaśny i łososiowy kolor. Nigdy przedtem i potem, u nikogo jej nie jadłam. Pamiętam jeszcze zapach i smak babci chleba, który raz w tygodniu piekła. Kroiła go zawsze najpierw żegnając znakiem krzyża, nie na stole, tylko „w powietrzu" opartego jedynie o swoje piersi. No i masło, które pomagaliśmy babci „tłuc". Najpierw w pionowej masielnicy, potem takiej na korbkę. Zauważyłam, ze babcia Rozalka cieszy się we wsi wielkim szacunkiem. Często przychodzili do niej ludzie z okolicy, by prosić Ją o radę. Żadna uroczystość w okolicy nie odbyła się bez jej obecności. Babcia Rozalka różniła się bardzo od mojej drugiej Babci Orni, która nie dbała o porządek, choć była Niemką. Sprawy egzystencjalne miały drugorzędne znaczenie, za to dbała o nasze dusze. Była artystką. Mimo, tych zasadniczych różnic obie babcie szanowały się bardzo a nam potomnym skomponowały niezły genetyczny koktajl. Moi dziadkowie, Józef i Rozalia, do końca się kochali i szanowali. Wychowali na porządnych ludzi czwórkę dzieci i dochowali się 11 wnucząt. Mam zaszczyt być jedną z nich. Dzisiaj pozdrawiam Wszystkich Adwentowo. Liczę na to, że przede wszystkim moi Krewniacy dopiszą, do tej mojej historii o Józefie i Rozalii, swoje własne wspomnienia o Nich. Przykro powiedzieć, że dopiero ciężka choroba mojej Mamy siostry, cioci Wandzi, chyba ostatniej, REWELACYJNEJ PAMIĘCI naszej rodziny, przestraszyła mnie do tego stopnia, że zostałam z Nią dłużej, by spisać Jej cenne uwagi. Na szczęście Ciocia ma się już dobrze i obiecała mi, ze będzie się trzymała daleko od Kostuchy. Mam nadzieje, że Ona wraz z jej córką Marią, dołożą jeszcze parę stron od siebie, na temat wielkiej rodziny Krajeckich i Kuklińskich, naszych bliższych i dalszych krewnych. Drugim impulsem, żeby to spisać była śmierć Małgosi Karczewskiej, równie pięknej postaci naszej rodziny. Na jej stypie w Tczewie, Jej rodzeństwo Jaszczerskich z Tczewa, także Romek Stejka ze Szczecina oraz Zbychu Talewski ze Słupska, tak miło opowiadali o moich Dziadkach i tych czasach, że musiałam spisać tą historię…/-/ Maria Karczewska, z domu Piekarek, najstarsza córka Ireny Kraweckiej i Jćzefa Piekarka. z Czerska |
