W poprzednim odcinku „Spotkań z przeszłością” starałem się wyjaśnić, dlaczego to na początku XVII wieku, rezydujące na Pomorzu słupskim kolejno dwie członkinie książęcego domu Gryfitów, księżne Ertmunta i Anna wybrały sobie na miejsce długotrwałych pobytów Ziemię Słowińców, niedostępne tereny między jeziorami Gardno i Łebsko. Główny motywem tego wyboru był spokój, o który w owych czasach na całym Pomorzu było trudno, a który jedynie owa pełna błot i mokradeł kraina dawała. I w przypadku księżnej Anny Gryfitki, przybyłej tu w kilka lat po wybuchu wojny trzydziestoletniej, która bezpośrednio boleśnie i to wielokrotnie dotykała Słupsk - jest to powód przekonujący. W przypadku księżnej Ertmunty, która przebywała tu przed Anną, musiały istnieć jeszcze inne powody wieloletniego zaszycia się w ten odległy od oficjalnego życia kąt.
Szukając w różnych kronikarskich zapiskach tych powodów dochodzę do wniosku, że na ten wybór miała duży wpływ legenda Rowokołu. Ta święta góra Pomorzan owiana nimbem tajemniczości jawiła się w opowiadaniach słowińskiego ludu jako miejsce wręcz czarodziejskie, będące świadkiem długiego łańcucha niezwykłych wydarzeń. Pierwsze z nich sięgały lat tak odległych, że tonęły w nieprzeniknionej mgle wieków zaprzeszłych. Czyż nie jest więc zrozumiałe, że to Rowokół tak ciągnął ku sobie obydwie księżniczki?
Jako argument przemawiający za taką właśnie motywacją niech posłuży fakt wyboru na siedzibę obu utytułowanych pań właśnie Smołdzina - miejscowości znacznie skromniejszej w tych czasach od dwu innych, leżących w sąsiedztwie - Gardny Wielkiej i Rowów. Smołdzino miało nad tamtymi tę przewagę, że leżało u stóp świętej góry.
W XVI wieku oraz w pierwszych latach XVII, w momencie przybycia na Pomorze słupskiej księżnej Ertmunty to właśnie Gardna przeżywała czas swej największej i ostatniej, niestety, w tamtych wiekach świetności. Gardna datuje swoje historycznie potwierdzone istnienie już w XIII wieku. Miejscowość ta rygluje niejako (dzięki swemu położeniu na rozdzielającej ówczesne błota niewielkiej podłużnej wyżynie) drogę do Krainy Słowińców. Ma dobre warunki obronne i ułatwioną łączność z morzem przez jezioro Gardno i krótki odcinek rzeki Łupawy. Ona jako jedyna na tym terenie nosi miano miasteczka. Wiadomo również, że wcześniej była grodem kasztelańskim, a więc formalnie administracyjną stolicą tego obszaru. Inne miejscowości pomorskie, znajdujące się niegdyś w podobnej sytuacji, m.in. Słupsk - stosunkowo szybko w następnych wiekach uzyskiwały status miast i rozwijały się. Gardna, mimo tak świetnych początków, zakończy swoją urbanistyczną karierę poniżej tego co osiągnęła do XVI wieku - zostanie wsią rybacką, Z dawnych lat miejskiej świetności pozostanie jej organizowany dwukrotnie w ciągu roku słynny w okolicy jarmark, którego tradycja dotrwa do XIX wieku oraz liczniejsza niż gdzie indziej grupa rzemieślników. Oni to nawet po zniszczeniach wojny trzydziestoletniej i później, kiedy liczba „dymów" spadnie do 48, a komunikacja z resztą regionu znacznie się pogorszy - pozostaną jej wierni.
Co ich tam trzymało? Może właśnie nigdy nie malejący zbyt na wytwarzane tu w dużych ilościach, podobnie jak w sąsiednich Rowach specjalne kosze do połowu minogów. Dziś się w to wierzyć nie chce, bo minoga w tych stronach nikt od wielu pokoleń nie widział. Jest to ryba, właściwie przedstawiciel rodziny strunowców żyjący w wyjątkowo czystych wodach. Jak wynika ze słowińskich kronik, jeszcze w XVI i XVII wieku była to najbardziej masowo łowiona w tych stronach zdobycz wodna. Minog musiał widać znajdować w naszych rzekach wyjątkowo dobre warunki bytowania i rozrodu, skoro poszczególne jego osobniki odmiany tzw. morskiej dochodziły do 3 kg wagi, a rzecznej - do dwóch kg.
Połów minogów był stosunkowo łatwy i odbywał się przy pomocy specjalnych koszy, wyplatanych z sosnowych korzeni w kształcie serca (stąd nazwa: wiersze sercowe) z zaostrzonym do wewnątrz wejściem. Owe ,,wiersze" lub kosze łączono po kilka powrozami i umieszczano w poprzek rzeki tuż pod powierzchnia wody. Połowy rozpoczynano w październiku, i do grudnia, a nawet do stycznia, dopóki lód nie skuł okolicznych wód zbierano obfite minogowe żniwa. Wielu mieszkańców Gardny i Rowów miało zysk podwójny z produkcji koszy oraz z połowów nimi. Łowiono oczywiście również sieciami, tzw. cezami wszystkie inne gatunki ryb. Ale na znacznie mniejsza skalę, gdyż połowy te były limitowane przez książęca administracje.
Jak już wspomniałem, na początku XVII stulecia, kiedy księżna Ertmunta dopiero co przybyła w te strony, a przyszły sławny pastor smołdziński, Michał Mostnik nie piastował jeszcze tego zaszczytnego tytułu, gdyż dopiero zaczynał służbę kapłańską, i to nie tyle w parafii gardneńskiej, do której należało wtedy Smołdzino, ile w orszaku księżnej Gardna Wielka była głównym ośrodkiem Ziemi Słowińców. Dopiero wiele lat później, już po śmierci księżnej Ertmunty, za sprawą jej następczyni na smołdzińskim dworze księżnej Anny w wyniku zabiegów Michała Mostnika, książęca siedziba Smołdzino wyłamie się z gardneńskiej parafii, stając się ośrodkiem nowej.
I od tej właśnie pory zacznie się powolny zmierzch świetności jedynego w tych stronach miasteczka, nie dotkniętego niemiecką kolonizacją historycznego grodu kasztelańskiego.
Jest to fakt wielce zastanawiający, bo Gardna miała wszelkie dane, aby utrzymać swój prymat również po przyjeździe księżnych. Od dawna należała do dóbr książęcych, a więc stanowiła bezpośrednią własność księcia, tu istniała najstarsza w tej części regionu najpierw katolicka a następnie protestancka parafia. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że tu mieścił się swego rodzaju ośrodek lokalnej reformacji. Było to jeszcze w XVI wieku, za sprawą miejscowego duchownego, gorącego zwolennika reform w Kościele, noszącego podobnie jak w wiele lat później Mostnik zlatynizowane nazwisko - Blascenius. Swego prawdziwego nazwiska ów mąż nigdy nie używał, więc go nie znamy. Wiemy natomiast na pewno, że był albo Słowińcem wykształconym w Polsce, albo Polakiem, bowiem on pierwszy przełożył na język polski i wydał drukiem luterańską postylię. A co ciekawsze dedykował ją opiekunowi gardneńskiej parafii, rycerzowi von Tessen. Ów rycerz miał, jak widać, już całkiem zniemczone nazwisko, ale mówił prawdopodobnie wyłącznie po polsku lub słowińsku, bowiem jakiż sens miałby trud Blasceniusa włożony w przekład tego niemieckiego utworu?
Następcą Blasceniusa w gardeńskiej parafii był Paweł Starosta. Tu już nie mamy najmniejszej wątpliwości - był on Słowińcem, człowiekiem rozgałęzionej w tych stronach rodziny słowińskiej o tym nazwisku, o czym świadczą ówczesne rejestry mieszkańców tamtejszych wsi. I ten fakt prawdopodobnie wpłynął na to, że Paweł Starosta nigdy nie próbował latynizować sobie nazwiska, jak to czyniło wielu duchownych tamtej epoki. Trudno bowiem zmieniać nazwisko, kiedy się jest gdzieś człowiekiem znanym od urodzenia.
Dzięki temu, przynajmniej w tym przypadku nie mamy chętnych do twierdzenia, że ojciec Pawła nazywał się np. Altmann, bowiem takie nazwisko znaleźć można wśród niemieckich osadników tej części Pomorza. A tak jest np. w przypadku Michała Mostnika. Wystarczyło, że w wykazie ówczesnych mieszkańców Słupska znalazł się Brückemann, aby wysunąć hipotezę, iż jest to prawdopodobnie ojciec słynnego pastora. Dlaczego Brückemann a nie np. Brückner (nazwisko zresztą dobrze znane Polakom i bardziej adekwatne z mostnikiem - budowniczym mostów - porównaj inne polskie nazwiska „odzawodowe”: Płóciennik, Olejnik, Przewoźnik, Powroźnik, Sukiennik itd.) tego już autorzy hipotezy o niemieckim pochodzeniu Mostnika nie wyjaśniają. Gdyby na takich ,,dowodach” opierać założenie germańskiego pochodzenia, większość z nas musiałaby zrezygnować z prawa przyznawania się do polskiej nacji. Okazałoby się, że Kowalscy to spolonizowani Schmidtowie. Nie mówiąc o takich nazwiskach utworzonych od zawodu jak Krawiec (Schneider), Szewc (Schumacher lub Schuster), Młynarz — części Młynarski (Müller) itd.
Rozwodzę się na ten ostatni temat może zbyt szeroko, ale wyznam szczerze, że jest to dla mnie sprawa niezmiernie ważna. Właściwie stanowi ona główny powód, dla którego postanowiłem podjąć benedyktyński trud „przeorania” wszystkiego, co dotąd na ten temat napisano i co może stanowić źródło wiedzy o tym, jak postępował proces germanizacji Pomorza, aby następnie podzielić się swymi uwagami z Czytelnikami „Głosu”. Słowińscy to grupa etniczna słowiańskich Pomorzan, która broniła się przeć germanizacją najdłużej, bo niema do progu XIX wieku. Ten fenomen jeszcze w XVIII wieku wzbudza ogromne zainteresowanie ówczesnego świata naukowego. Zakrojona na szeroką skalę działalność badawczą prowadzili na tych terenach badacze rosyjscy: Hilferding i Lorentz oraz cały szereg badaczy niemieckich. Na uwagę zasługuje zwłaszcza F. Tetzner. Jego prace: „Slovinzen und Lebakaschuben" i ,,Slovinez in Deutschland" oraz „Die Kaschuben am Lebasee" stanowią ogromne źródło wiedzy o życiu ówczesnych Słowińców. Pojawiają się również pierwsze prace o języku słowińskim, np. F. Lorentza „Slovinzische Texte" i „Slovinzische Gramatik". Po ukazaniu się w latach siedemdziesiątych XVIII wieku pracy Brüggemana (opartej na spostrzeżeniach F. Titznera) zabiera w tej sprawie również głos podróżnik szwajcarski, Bernouilli, który przebywał wśród Słowińców. Ukazują się prace duchownych protestanckich, którzy wiele lat spędzili wśród Słowińców: pastora Lorka z Cecenowa oraz pastora Hakena ze Słupska. W sumie na temat Słowińców w ciągu minionych 200 lat ukazało się kilkadziesiąt prac w kilku językach. Były również próby podejmowania tego tematu ze strony polskich uczonych, ale w bardzo ograniczonym zakresie. Kiedy zaistniały polityczne warunki ku temu — już było za późno.
Nic, więc dziwnego, że najmniej o Słowińcach wiemy my - współcześni gospodarze Ziemi Słowińców. Ale przecież wcale tak nie musi być. Chcemy poznać fakty historyczne — bez względu na to, kto je opisuje. Ale nie musimy się posługiwać cudzą, często obcą naszej wiedzy i myśleniu interpretacją. Stąd moje próby dziennikarskiego przybliżenia tego tematu, wspierane przez pracowników Katedry Historii słupskiej WSP. Wnioski i oceny — pozostawiam Czytelnikom.
Po tej refleksji ogólnej, niezbędnej w świetle napływających do mnie listów, wróćmy na chwilę jeszcze do Gardny. To, że obydwie księżne zignorowały tę miejscowość osiedlając się w Smołdzinie, miało dla niej różne skutki. Nie tylko negatywne. Pozytywnym było np. poważne opóźnienie procesu germanizacji. Z opracowań A. Parczewskiego wiemy, że pod koniec XVIII wieku Gardna Wielka, pokonawszy poprzednie trudności ekonomiczne, znów stała się miejscowością kwitnącą pod względem gospodarczym. Fakt, że nie powstała w jej granicach, jak to miało miejsce gdzie indziej, tzw. vicus theutonicus czyli osada niemiecka, nie stanowiła, jak widać, bariery rozwojowej. U progu XX wieku wieś liczyła około 1200 mieszkańców, co na owe czasy było liczbą imponującą. Przynajmniej 400 z nich mówiło „językiem ojców". Dopiero ogromny pożar w roku 1912 cofnął tę kwitnącą słowińską wieś w rozwoju. Strawił również najcenniejsze zabytki słowińskiej kultury materialnej wraz z okazałym kościołem wspierającym się na fundamentach z roku 1282. (cdn.)