NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Andrzej Szutowicz [Drawno]

V-1 w Borowym Młynie - prawda czy legenda?

W cyklu: Historia (liczba artykułów 64)

[NG: 39]   Autor: Andrzej Szutowicz - Drawno (liczba artykułów: 26)
V1

V1


Latem 1944 roku grupa dzieci w wieku szkolnym zauważyła nadlatujący nad Borowy Młyn nietypowy samolot, który niedaleko wsi, wkrótce po przelocie nad ich głowami eksplodował. Do tej pory funkcjonuje przekonanie że była to latająca bomba V-1. Jedna z cudownych broni mających odmienić losy wojny.
1. Od miny do V-1

Podczas telefonicznej rozmowy z panem Benedyktem Reszka nt. saperskiej tragedii w Rekowie p. Benedykt w odpowiedzi na wyrażoną przez naszego wspólnego znajomego wątpliwość co do słyszalności wybuchu miny, która zabiła saperów w Rekowie, stwierdził „co on mówi, przecież gdy eksplodowało V-1 to wybuch słyszano aż w Dretyniu.”
- Jakie V-1? - spytałem - wysadził ktoś, zostawił, Niemcy zgubili?
- A co nie słyszał pan o V-1 w Borowym Młynie? - spytał p. Benedykt.
- Nie słyszałem - odparłem.
Tak zaczęła się krótka lecz ciekawa opowieść.
2. V-1 – trochę teorii
(Vergeltungswaffe-1) niemiecka broń odwetowa potocznie nazywana latającą bombą. Była średniopłatem z silnikiem Schmidta zamontowanym nad tylną częścią kadłuba i statecznikiem ogonowym. Wewnątrz kadłuba umieszczony był (w kolejności od przodu do tyłu ) log lotniczy (śmigiełko z licznikiem zliczające przebytą odległość), głowica bojowa, zbiornik paliwa na 680 l 75-oktanowej benzyny, dwa zbiorniki sprężonego powietrza zapewniające ciśnienie w przewodach paliwowych i serwomechanizmach poruszających statecznikami, akumulator o napięciu 30 V, żyroskop oraz serwomechanizmy i inne urządzenia sterujące. Za twórcę V-1 uważa się dr inż. Fritza Gosslau. W V-1 decydującą rolę odgrywał prosty i tani silnik pulsacyjny o odpowiedniej mocy którego skonstruowanie zainicjowało prace nad powstaniem bomby . Dlatego za początek powstania V-1 należałoby przyjąć czas skonstruowania silnika pulsacyjnego. Pomysłodawcą jego był prof. Paul Schmidt. Zasada działania silnika była prosta: w podłużnym cylindrze z przodu umieszczono przesłonę ze sprężynujących klapek, oraz układ wtryskujący benzynę i zapłonnik iskrowy. Podczas lotu pod naporem powietrza klapki się otwierały i powietrze wpływało do środka. Ponieważ klapki sprzężono z mechanizmem otwierającym zawór, do wnętrza rury wtryskiwana była benzyna, tworząca z powietrzem mieszankę wybuchową. Mieszanka ta za pomocą urządzenia zapłonowego była zapalana. W wyniku zapłonu klapki z przodu zamykały się i gwałtownie wydzielane gazy spalinowe wylatywały z tyłu rury, dając całości odpowiedni ciąg. Ciśnienie we wnętrzu spadało klapki ponownie się otwierały napierane powietrze ponownie wchodziło do cylindra, następował kolejny wtrysk nowej porcji benzyny, wytworzona mieszanka ulegała zapaleniu już od rozgrzanych ścianek cylindra, bądź to od pozostałości gorących gazów. Proces ten powtarzał się cyklicznie kilka razy na sekundę. Podstawową wadą silnika było to, że istniała konieczność nadania mu prędkości startowej około 300 km/godz. W 1934 roku prof. Schmidt zaproponował by wykorzystać silnik do skonstruowania „latających torped”. Prototyp silnika o uciągu 300 KG wykonano w 1938 r. Dopiero 19 czerwca 1942 roku idea „latających torped” zaczęła się realnie urzeczywistniać tego dnia zezwolono na rozpoczęcie w ośrodku doświadczalnym w Peenemünde prac nad jej konstrukcją. Prace te prowadził Fritz Gosslau. V-1 projektowano tak by bomba ta była o najprostszym kształce i z myślą o taniej produkcji seryjnej. Do budowy użyto prawie wyłącznie stali miękkiej (w późniejszych wersjach skrzydła były z drewna). Aby rozwiązać problem niezbędnej do uruchomienia silnika nadania odpowiedniej prędkości początkowej, rozważano wiele wariantów w konstruowaniu urządzenia startowego w tym startu z samolotu. Jedna z koncepcji zakładała użycie pilota (wersja Reichenberg). Ostatecznie wybrano propozycję zastosowania specjalnych wyrzutni – katapult a dla celów taktycznych samolotów Heinkel 111. Pierwszy pomyślny start nastąpił 24 grudnia 1942 roku w Peenemünde. Wybudowano tu wyrzutnie które dla celów badawczych odpalały pociski w kierunku wschodnim tak aby tor lotu przebiegał 50 km od brzegu morskiego Po zbombardowaniu w nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 r. ośrodka przez RAF produkcję V-1 rozrzucono po całych Niemczech, także na dzisiejszych płd- zach ziemiach polskich . Nalot opóźnił bojowe użycie pocisków V-1. Dużą rolę odegrał w tym wywiad AK, przekazując aliantom zdobyte materiały wraz z analizą inż. Antoniego Kocjana. Od jesieni 1943 r. rozpoczęto testowanie broni na poligonach Udetfeld (Górny Śląsk) oraz Blizna k. Dębicy . Wyrzutnie istniały także w Łebie , sugeruje się, że również w innych nadmorskich miejscowościach Polski. Pierwsza V-1 wystartowała na Anglię o godzinie 3.30 rankiem 13 czerwca 1944 roku; wkrótce poleciało dziewięć następnych. Cztery dotarły do Anglii. Z tych czterech dwie znacznie zboczyły z założonego kursu. Głowica bomby miała trzy zapalniki dwa kontaktowe (elektryczny stykowy i bezwładnościowy) i zapalnik czasowy który niezależnie od pozostałych miał detonować po zaprogramowanym w nim czasie (do 2 godz.).Chodziło o to by w nieprzewidzianych okolicznościach uległa samozniszczeniu. Niestety użycie tego zapalnika powodowało ,że przy nieudanym starcie dochodziło do eksplozji i zniszczenia katapulty. Jedynym ratunkiem było wysłanie ochotnika który rozbroiłby zapalnik. Z biegiem czasu skuteczność bomb latających rosła choć nadal problemem pozostawał ich duży rozrzut. Prężniała również obrona przed nimi. Polegała ona na stosowaniu zapór balonowych, niszczeniu wyrzutni , zestrzeliwaniu V-1 przez myśliwce i artylerię OPL .Ogólnie wszystkie wyrzutnie lądowe wystrzeliły 20 880 pocisków V-1, do celów dotarło 18 435. Około 1 600 sztuk "odpalono" z samolotów (zwykle do tego używano bombowców He-111). W Anglii z powodu ataków V-1 zginęło około 5 500 ludzi, a 16 tys. zostało rannych. Przejęte przez aliantów pociski posłużyły do opracowania rodzimych konstrukcji .Tak powstały amerykańskie JB-2, radzieckie Ch-101, Ch-102 i 10ChN oraz francuskie CT.10 i Caisseur.
Dane techniczne i taktyczne V-1
-długość: 8,35 m
- rozpiętość : 5,40 m
-średnica kadłuba: 0,84 m,
-długość silnika: 3,66 m,
-masa całkowita: 2180 kg
-prędkość: 645 km/h
-prędkość startu z katapulty: 378 km/h
-pułap max : 3 tys. m
-zasięg: 240 km
-ciężar ładunku wybuchowego: 850 kg (materiał wybuchowy pod nazwą "Amatol 40": 50% dinitroanizol lub dinitrobenzol, 35% azotan amonu, 15% heksogen) po 18 lipca 1944 był to dwukrotnie silniejszy trialen (kompozycja trotylu, heksogenu i pyłu aluminiowego)
3. Relacja Benedykta Reszka
„Był lipiec może sierpień 1944 r.- zaczął p.Reszka - Staliśmy wtedy w południe (mniej więcej między godziną 12.00 a 13.00) z kolegami w Borowym przy Urowskich (obecnie ul. Jana Pawła II 6). W pewnej chwili usłyszeliśmy dźwięk nadlatującej maszyny. Nasze głowy zwróciły się w kierunku naszego jeziora „Gwiazda”. Zobaczyliśmy jak nadlatuje na nas jakiś dziwny samolot. Leciał od strony jeziora, nad wyspą na stawie młyńskim. Zapamiętałem ,że miał nietypowe, takie krótkie skrzydła. Przeleciał niemal nad nami i prawie nad szkołą. Poleciał w kierunku na Rosocha.
Za chwilę, po ułamku sekundy, nastąpiła ta eksplozja. Ze strachu padliśmy wszyscy na ziemię - półprzytomni od potwornego wybuchu. Z okien domów w Borowym poleciały szyby. Wiedziałem, że to nie bombardowanie i że nie mogła to być zwykła bomba. Bomby spadły kiedyś koło Gerarda Rutzy, więc akustyka ich wybuchów była mi znana. Pozostały po nich jeszcze dziś widoczne leje Jak później opowiadał mi B. Fryda - ten wybuch co nas tak powalił słyszany był w Dretyniu oraz w Żołnie. Dziś myślę, że taki efekt mógł powstać jedynie z bardzo dużego ładunku, możliwe, że tonowego. Gdy minęło pierwsze zszokowanie, podnieśliśmy się i pobiegliśmy zobaczyć miejsce eksplozji... Nie było klasycznego leja. Czyli musiało rozsadzić go w powietrzu. Pewnie dlatego wybuch był jeszcze bardziej donośny. Odłamki pospadały głównie za Owczą Górą, tam gdzie kończył się las i zaczynało pole w pobliżu Ostrowskich. Rozrzut był stosunkowo duży gdzieś ok. 1 km. Niektóre fragmenty blach miały wielkość około 20 cm. Co większe pozbieraliśmy, były z duraluminium lub innego lekkiego metalu, miały odcień jasnożółty. Dla nas był to nowy niespotykany materiał dlatego mógł się przydać w gospodarstwie. To co zebrałem ojciec dobrze schował. Na drugi dzień przyjechało wojsko niemieckie i dokładnie wszystko wyzbierało. Potwierdziło to nasze przypuszczenia że spadło coś nietypowego gdyż po normalnej bombie wojsko nie zbierało pozostałości. Dziś nie ma żadnych materialnych śladów tej historii. W miejscu gdzie znaleźliśmy części rośnie las…
Wie pan, że w Borowym lądował awaryjnie niemiecki samolot wojskowy? Nie pamiętam tylko dokładnie kiedy to było ale myślę, że jesienią 1942 lub 43. Musiał mieć awarię silnika; gdyż słychać było nietypowe przeraźliwe wycie, zrobił kilka okrążeń nad wioską, a następnie wylądował na Klasztorze na polu Czarnowskich. Miał szczęście zatrzymał się tuż przed ścianą lasu. Był dwumiejscowy, pilotów też było dwóch pozwolili nawet wejść do kabin. Skorzystałem i ja. Ale była atrakcja. Przyjechała ekipa z Luftwaffe zdemontowali maszynę i w częściach załadowali na platformę. Pamiętam, jak wieźli w kierunku Upiłki kadłub i skrzydła, siedziałem wtedy w klasie przy oknie. Zrobiło to na mnie i kolegach wielkie wrażenie. Jeszcze długo wspominaliśmy to przymusowe lądowanie. Niestety nie wiem jaki był to typ samolotu.”…tu nastąpiła przerwa opowieści. Pan Reszka musiał już kończyć bo właśnie zbierał się na wczasy.
3.1.Czy było to V-1 ?
W 2007 r Detlev Paul, Volker Pelz i Michel van Bestem z Holandii przez ponad tydzień przebywali w Polsce. Poszukiwali miejsc związanych z bronią odwetową. Ponieważ tak się złożyło ,że na szlaku ich wędrówki znalazło się Drawno gdyż w miejscowym Munalager składowano rakiety V-2. Miałem okazję razem z moim przyjacielem Marianem Twardowskim ich poznać. Z Drawna pojechali do Borów Tucholskich szukać zapomniany poligon, który po ewakuacji w lipcu 1944 r. Blizny stał się wiodącym poligonem rakietowym. Był to Heidekraut („Wrzos”) - tak brzmiał jego niemiecki kryptonim.Znajdował się w okolicy m. Suchom. Cele niemieckich rakiet wystrzeliwanych z niego leżały w rejonie Konina i Sieradza. Co ciekawe, umiejscowiony był stosunkowo blisko od Borowego Młyna. Czyżby stamtąd mógł przylecieć ów widziany przez dzieci w Borowym dziwny samolot?
Wysłałem maila do Paula Detlev. (Detlev razem z Wolfgangiem Gückelhorn napisali książkę „V1 Eifelscherck” i w 2007 r. „V2 gefrorene Blitze"). Jest specjalistą od V-1 i V-2. Odpisał mi tego samego dnia. Stwierdził, że ze względu na brak drastycznych skutków wybuchu (ofiar w ludziach, pożarów, dużych zniszczeń) oraz na brak dokładnej daty jest bardzo trudno ustalić jakiego obiektu dotyczyło to zdarzenie. Nie wyklucza jednak latającej bomby V-1. Jednocześnie stwierdził, że gdyby były jakieś części po tym „dziwnym samolocie” chętnie je zweryfikuje. Niestety wiadomo że części nie zachowały się. W kolejnych mailach Paul Detlev napisał: „W związku z pytaniem o krótkie skrzydło odpowiadam: otóż V1 miała rozpiętość ok. 5,40 m. Skrzydło więc wystawało tylko 2,40 m. Z aluminium wykonano niewiele części V-1, materiał ten był, tak jak dziś, bardzo drogi i mógł być użyty tylko do bardzo ważnych i lekkich części. V1 nie mogła eksplodować sama w powietrzu, dopiero, wtedy gdy ją trafiono. Poszczególne egzemplarze V1 nie były próbowane na poligonie „Heidekraut” w Borach Tucholskich, także nie eksperymentowano z nimi w Łebie. Zresztą w lipcu - sierpniu 1944 było już tam za późno na eksperymenty .Sądzę, że ten V1 nadleciał
z Peenemünde lub Zempin (oba miejsca z wyspy Uznam). W Peenemünde V-1 sprawdzana była jeszcze w styczniu / lutym. 1945 ! ”.
4. Podsumowanie
V-1 miała zasięg bojowy do 240 km, czyli niemal pasuje. Pasuje także kierunek nadlotu, gdy przyłoży się linijkę na wskazane przez p. Reszka punkty linijka nachodzi na wyspę Uznam. Wiadomo że próby z V-1 trwały, że strzelano na wschód wzdłuż wybrzeża i że dość często odnotowywano poważne zboczenia z kursu. Potwierdził to również Paul Detlev. Lot był długi wiec mogło skończyć się paliwo lub zadziałał czasowy detonator samoniszczący. Na swoje wymiary i ich proporcje w stosunku do całości (długość na rozpiętość) skrzydła w V-1 były raczej „typowe” ale w odniesieniu do samolotów, które dość często przelatywały nad Borowym wrażenie chłopca, że były krótkie było oczywiste. Wśród pozostałości nie mogło być większych blach aluminiowych. Niestety w V-1 aluminium jeśli występowało to raczej sporadycznie. Była za to lekka blacha stalowa, którą z aluminium nawet w dzisiejszych czasach pomylić jest łatwo. Reasumując należy stwierdzić, że choć nie ma 100 % pewności .że dzieci latem 1944 r. widziały nad Borowym Młynem V-1 to, wszystkie znane przesłanki wskazują, że to co eksplodowało w okolicy Owczej Góry latem 1944 było słynną latającą bombą V-1.
 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: tandemy odzywki sportowe