NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Wiesław Wiśniewski [Słupsk]

Kaszubi z Gochów? Pierwsze słyszę!

[NG: 39]   Autor: Wiesław Wiśniewski - Słupsk (liczba artykułów: 8)

Wyrażone w tytule zdziwienie jest autentyczne. Wyraził je nie byle kto, lecz dr Zbigniew Bajka, jeden z pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego, a ściślej – Ośrodka Badań Prasoznawczych przy tej szacownej uczelni. Rzecz miała miejsce zaledwie kilkanaście lat temu, kiedy gościliśmy w Słupsku prasoznawców z głównych ośrodków naukowych z okazji przyznania wychodzącemu tutaj tygodnikowi społeczno-kulturalnemu „Zbliżenia” lauru krajowego pierwszeństwa wśród czasopism regionalnych.
Stare dzieje, można powiedzieć; od lat nie wychodzi tamten tygodnik, czasy się zmieniły diametralnie, a czy wiedza o Kaszubach z Gochów też? Na pewno tak. Do Krakowa, Katowic, Warszawy i kilku innych wielkich ośrodków zapewne dotarła za pośrednictwem naszych ówczesnych gości, którym sporo wtedy powiedzieliśmy i pokazaliśmy, i którzy z wdzięczności za pokazanie tej urokliwej krainy zobowiązali się opowiedzieć o niej innym. Myślę jednak, że na optymizm za wcześnie. Kiedy byłem niedawno w Bukowinie Tatrzańskiej przekonałem się, że pewien „cepr”, który mylił górali tatrzańskich z beskidzkimi potraktowany został przez miejscowych jak ignorant i nieuk. Ale dla nich Kaszub to Kaszub i tyle. Gochy? A cóż to takiego?
Pocieszam się wszakże, że ogólnie rzecz biorąc wiedza o Gochach jest daleko bardziej powszechna niż kilkanaście, a nawet kilka lat temu. A to dzięki kilku wręcz bezprzykładnym zapaleńcom z Fundacji na rzecz rozwoju społeczno – kulturalnego i promocji Ziemi Słupskiej, Zaborów, Borów i Gochów „Naji Gochë”, i wydawanemu przez nich pismu o tym samym tytule. Takich jak pan Zbigniew Talewski – rodowity Kaszub z Gochów, mieszkaniec Słupska i Borowego Młyna równocześnie oraz jego najbliżsi współpracownicy.
Nim jednak przejdę do zasadniczego tematu mojego felietonu, chciałbym jeszcze na chwilę zatrzymać się na samej nazwie „Gochy”, gdyż nigdzie dotąd nie znalazłem przekonującego tzn. udokumentowanego lub w pełni uzasadnionego opisu jej genezy. W obszernej literaturze niemieckiej poświęconej Kaszubom, na temat nazwy Gochy znalazłem jedynie następujące, powtarzające się w kilku miejscach określenie. „Gochy” ist eine Name, den selbst die Kaschuben nur schwer erklären können. In Wissenschaft wird er von Wort „Jochy“ abgeleitet, mit dem früher arme und sandige bezeichnet wurden“.
Otóż mam poważne wątpliwości czy wspomniane w powyższym cytacie, choć nie wymienione z nazwy źródła naukowe istnieją, bowiem jeżeli chodzi o niemieckie słowo „Joch” to oznacza ono fragment zaprzęgu konnego i w żaden sposób nie kojarzy się z biedą i piaskami. Jeżeli przyjmiemy, że źródłosłów słowa „Gochy” jest polski, to można jedynie ewentualnie dopuścić następującą interpretację: sami mieszkańcy tej części Kaszub podzielili ją na: Bory, Zabory i, uwaga! Piochy. W zderzeniu z niemieckim środowiskiem językowym owe Piochy są nie do wymówienia. Proszę spróbować – każdy Niemiec poproszony o wymówienie słowa Piochy, powie raczej Gochy lub coś podobnego. Przy czym, łączenie określenia „sandige” (piaszczyste) z biedą, jak to uczynił niemiecki interpretator jest wyraźną nadinterpretacją, gdyż nie ma podstaw materialnych. Wprawdzie istnieje polskie uszczypliwe określenie Kaszub jako „piaski, laski i karaski”, ale bez rozróżnienia poszczególnych elementów krajobrazu pod względem ekonomicznym. W tej sytuacji, „Piochy”czyli z niemiecka „Gochy” oznaczałyby tereny mniej zalesione niż pozostałe części Kaszub. I to wyjaśnienie nie jest wcale bezpodstawne.
Spotkałem również niedawno twierdzenie, że nazwa ta pochodzi od słowa „goszec” czyli mówić niezbyt dobrze po kaszubsku. Muszę przyznać, że taka interpretacja nie byłaby pozbawiona podstaw, ale pod pewnym warunkiem. Musielibyśmy wtedy przyjąć, że to nie chodzi o słowo „goszec” lecz „głoszec”, czyli głosić, mówić, docierać ze zrozumiałym słowem. W ten sposób wielu wybitnych badaczy kultury mniejszości słowiańskich (m.in. Hilferding) wyjaśnia pochodzenie słowa „Słowińcy”. Według tych badaczy nazwę tę przyjęli sami mieszkańcy słowiańskiej enklawy w rejonie Objazdy, Gardna Smołdzina, Kluk i kilku innych miejscowości otoczonej żywiołem dawno zgermanizowanym. Nawiązywała ona nie do słowa Słowianin, jak by się wydawało, lecz stanowiła antynonim słowa Niemiec. Słowiniec to człowiek, który posługuje się ludzkim, czyli zrozumiałym słowem w odróżnieniu od Niemca, który takim słowem nie włada, czyli dla tego pierwszego jest niemową.
Jednym słowem – geneza nazwy Gochy może być różnie interpretowana, a ta odrobina tajemniczości, jaka ją otacza czyni ją tylko atrakcyjniejszą i budzi zainteresowanie. Co do wyłącznej wiarygodności tego a nie innego poglądu nie należy się przesadnie upierać, gdyż nie jest to jedyny przykład nie rozwiązanych zagadek lingwistycznych na Kaszubach. Umysłowa i duchwa stolica Kaszub połudnowych – Pelplin, w różnych źródłach historycznych określana jest aż siedmioma, wprawdzie podobnymi, ale przecież różnymi nazwami. Mnie najbardziej przekonuje notatka, że nazwa ta pochodzi od starosłowiańskiego słowa – papla oznaczającego topolę. Co wcale nie oznacza, że krakowskim targiem powinniśmy uzgodnić zmianę Pelplina na Topolewo.
Tak sobie właśnie rozmyślałem jadąc niedawno do Tuchomia na „II Spotkania na Gochach”. I aczkolwiek program spotkań nie zapowiadał nic nowego, tzn. żadnych „rewelacyjnych” tematów czułem się jak przed premierą wyjątkowego wydarzenia. Tak się bowiem w przeszłości stało, że moje pierwsze przed wielu, wielu laty zderzenie z krainą pradawnych Stolemów omotało mnie jakąś czarodziejską pajęczyną szczególnej nadwrażliwości na krajobraz oraz jej społeczny i kulturalny klimat. Na pewno nie małą rolę odegrała również późniejsza lektura książek Derdowskiego, a zwłaszcza genialnego kaszubskiego pisarza Aleksandra Majkowskiego z fenomenalnym „Życiem i przygodami Remusa” w polskim przekładzie Lecha Bądkowskiego. To była przysłowiowa kropka nad „i” mojej prokaszubskiej świadomości, jakiej podstawy już we wczesnej młodości wyniosłem z lektury publicystycznej spuścizny Jana Karnowskiego , Wacława Wojciechowskiego, Michała Szucy i innych młodo-Kaszubów oraz moich wczesno-reporterskich rozmów z dziesiątkami rodowitych Kaszubów, głównie właśnie na Gochach.
Każdy, kto będąc zainfekowany takimi kaszubskimi „wirusami” trafia, choćby co jakiś czas na Gochy, ma zagwarantowane owe dziwne skurcze serca, które wywołuje tu niemal każdy fragment krajobrazu, nie mówiąc o znakach upamiętniających owe legendarne „remusowe” oraz inne, realne , osadzone w dawnej i całkiem niedawnej przeszłości – krzyżach, kapliczkach, tablicach pamięci, pojedynczych mogiłach i całych cmentarzach.
Tak było i tym razem. Jak się później przekonałem, główny organizator i gospodarz oraz nasz przewodnik w spotkaniach z kaszubską przeszłością Gochów, pan Zbigniew Talewski – świadomie tak ustawił program. Jego istotą miało być w głównej mierze odnowienie wrażeń i śladów uciekających z naszej pamięci, zaś dla młodych uczestników „spotkań” – zainfekowanie mikrobami miłości do ojczystej historii, prawdopodobnie takie, jakie dotknęło kiedyś mnie.
I było. A więc najpierw tryptyk patriotyczny: wizyta w jedynym tego rodzaju na Gochach muzem szkolnictwa polskiego i walki o dostęp do języka ojczystego pod zaborami w Płotowie; następnie - krótka uroczystość na rodzinnym cmentarzu Styp-Rekowskich, rodu, który wydał kilka pokoleń bojowników o polskość Kaszub, z których wielu opłaciło swoją postawę męczeńską śmiercią; i na końcu - spotkanie z przedstawicielem równie legendarnej rodziny kaszubskich patriotów, wielkim działaczem społecznym, Stanisławem Szrederem, którego ojciec za odmowę współpracy z Niemcami i popieranie Polski został przez nich ścięty w słynnej hitlerowskiej katowni Moabit pod Berlinem.
Dramatyczne losy rodu Styp-Rekowskich, Szrederów i kilku innych na Gochach są powszechnie znane i choć powinno się do nich wracać przy każdej okazji do nich muszę to zrobić przy innej okazji. Chciałbym jedynie w tym miejscu odnieść się do coraz częściej spotykanych zniecierpliwionych głosów niektórych działaczy Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego: - Dość tego płaczliwego „polaszenia” na Gochach, dość tego obnoszenia ran i krzywd doznanych od naszych zachodnich sąsiadów, których teraz zwłaszcza nie powinniśmy drażnić ciągłym przypominaniem przeszłości. Dla autorów tych głosów mam następującą odpowiedź: - Jeżeli tak myślisz przyjacielu, to już nie jesteś Kaszubą. A jeżeli chcesz swą utraconą kaszubskość odzyskać, przyjedź na Gochy, odwiedź te miejsca i tych ludzi i przemyśl całą sprawę – masz jeszcze szansę.
Tu bowiem nikt nie myśli o podtrzymywaniu antyniemieckich nastrojów. Przeciwnie, zwłaszcza w tej części Gochów, których mieszkańcy wywalczyli sobie korektę granic wyznaczonych w Traktacie Wersalskim i na 20 lat znaleźli się pod administracją II Rzeczpospolitej nie mieli złudzeń co do różnic cywilizacyjnych dzielących nasze państwa, mimo, że leżąca za miedzą niemiecka republika wajmarska przeżywała ostry kryzys. Różnic, które dopiero teraz są niwelowane. Tu nikt też nie zapomniał krzywd wyrządzonych Kaszubom przez władze PRL-owskie; odbierania ich ojcowizny – zwłaszcza jezior, które stanowiły ich źródło utrzymania od pokoleń oraz co bardziej rozległych pastwisk, na których mogli trzymać owce. Trudno również tak zupełnie zapomnieć pogardę ze strony powojennych przybyszów, obsadzanych tu na wszystkich możliwych stanowiskach. To ciągle jeszcze uwiera i boli. Ale mimo wszystko, to nie da się porównać do krzywd wyrządzonych przez bismarkowską Hakatę i hitlerowskie Niemcy. Mój, nieżyjący już od wielu lat przyjaciel, stary Kaszuba ze wsi Ciemno pod Tuchomiem, kiedy którejś nocy dyskutowaliśmy na temat poczucia odrębności narodowej Kaszubów jako potomków historycznych Pomorzan, którzy przez stulecia mieli własne państwo powiedział znamienne słowa, które mówią więcej niż całe tomy rozpraw: - Mimo wszystko wolę polonizację niż germanizację. Bo ta pierwsza to tak jakbyś mazurowi wmawiał, że jest kujawiakiem, ale ta druga gorzej – że jest Turkiem, Arabem lub kimś równie od nas etnicznie odległym.
Kolejny człon „II Spotkań na Gochach” to ludzie stanowiący uosobienie kaszubskiej spuścizny obyczajowo – kulturowej i dzisiejszego dorobku kulturalnego. Tak się dobrze złożyło, że w salach Muzeum Zachodnio Kaszubskiego w bytowskim Zamku prezentowana jest wystawa bogatego dorobku najbardziej wszechstronnego twórcy ludowego tej części Kaszub, Józefa Chełmowskiego z Jagli koło Brus. Z konieczności pospiesznie zwiedziliśmy tę wystawę. Zdążyliśmy jedynie stwierdzić, że jej bogactwo, podobnie jak całej twórczości, głęboko osadzonej w „Remusowej” wizji świata tego wszechstronnie utalentowanego artysty poraża umiejętnością uchwycenia syntezy kaszubskiego ducha oraz myśli, pragnień i nadziei tego ludu. Na wystawę tę będę jeszcze wracał wiele razy.
Następnie byliśmy świadkami niezwykle wzruszającego wydarzenia – spotkania szerokiej reprezentacji kilku pokoleń mieszkańców Gochów pod domem nieżyjącej od kilku lat kaszubskiej pisarki Anny Łajming. To spotkanie zostało już szczegółowo opisane na tych łamach, więc nie będę nieudolnie naśladował tamtych opisów. Podzielę się tylko następującą refleksją. Miałem szczęście poznać panią Annę kiedy mieszkała w Słupsku, brać udział w jej nielicznych spotkaniach autorskich, jako redaktor drukować fragmenty jej twórczości w redagowanych przeze mnie pismach. Do dziś pozostaję pod wrażeniem jej szczególnie dla mnie i moich przeżyć bliskiej książki „Czerwona róża” i co jakiś czas wracam do jej lektury. Ale dopiero teraz, ale kiedy wraz z członkami kaszubskiego zespołu folklorystycznego z Karsina–Wiela śpiewaliśmy dla niej kaszubskie pieśni, słuchaliśmy wierszy pisanych o niej przez ludzi wśród których mieszkała i którzy ją kochali i niezmiennie czczą pamięć o niej, uświadomiłem sobie nie tylko jak ważna była jej twórczość dla nich. Ale i o tym, jak oni potrafią być wdzięczni swoim twórcom, w jak głęboką wrażliwość na literackie piękno zostali przez naturę wyposażeni.
Potwierdziło tę wrażliwość również kolejne spotkanie, a mianowicie - z członkami koła literackiego z Bytowa, któremu przewodzi od lat bytowski poeta, pisarz i plastyk, niezmordowany bojownik o poszanowanie ludzkich praw i godności, Wacław Pomorski. Był to urzekający wieczór poetycki z bardziej współczesnymi odniesieniami, ale z podobnym jak u Anny Łajming potencjałem duchowych uniesień.
„Spotkania na Gochach” to piękna inicjatywa kaszubskich działaczy społeczno-kulturalnych, regionalistów i miłośników Kaszub nie koniecznie wywodzących, podobnie jak niżej podpisany - z kaszubskich rodów. Jest oczywiste, że może się ona realizować dzięki nie tylko duchowemu wsparciu włodarzy tamtych gmin, i działających na ich terenie instytucji. To dzięki ich wspólnemu wysiłkowi Gochy żyją całym bogactwem kaszubskiego dziedzictwa. Jestem pewien, że duchy Sotlemów są z Was dumne! /-/
 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: SolidneBiuro rachunkowe kancelaria adwokacka kraków