NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Ladislao Szulist - Sacerdoti Quinquagenario dedicatum

[NG: 39]   Autor: Ks.prof. Zygmunt Zieliński - Lublin / Chełm (liczba artykułów: 1)
Księża Zygmunt Zieliński (z prawej) i Władysław Szulist.

Księża Zygmunt Zieliński (z prawej) i Władysław Szulist.


Aż wierzyć się nie chce, że to już kapłańskie pięćdziesięciolecie. I niewiele z pewnością brakowałoby do tak okrągłego jubileuszu parania się piórem. Moje spotkanie z Jubilatem datuje gdzieś na późne lata siedemdziesiąte. Już bym dzisiaj nie odtworzył jego okoliczności. Był dwa lata po mnie święcony w 1959 r., a więc byliśmy pod tym względem niemal rówieśnikami. Nie zbliżyło nas pochodzenie, on z Kaszub, może nie tych najautentyczniejszych, ale sercem im właśnie bliski. Ja urodziłem się w Borach Tucholskich i wojna rzuciła mnie ponownie w tamte czarujące okolice. Potem jednak mało miałem kontaktu z - mówiąc językiem kościelnym - diecezją chełmińską. Już na zawsze związałem się z Gnieznem, a od początku lat sześćdziesiątych do dni dzisiejszych żyję w Lublinie. Skąd, więc ta długa i serdeczna znajomość, a chyba nawet coś więcej? Oczywiście pióro i to, co spod niego wychodziło sprawiło, że ścieżki nasze się zeszły. Już w latach siedemdziesiątych do ręki wpadały mi teksty pisane przez Władka. Był wtedy młodym proboszczem w Mściszewicach, ale pisać zaczął już wcześniej. To był chyba ten bakcyl Chełminiaków lubiących pisać, w XIX wieku jakoby na przekór germanizatorskim zapędom pruskiej władzy, bez najmniejszej choćby zachęty ze strony hierarchów, w najlepszym razie tolerujących polskość. A może krajobraz budzący tyle skojarzeń, otwierający pole do przemyśleń, czysta niczym niezmącona natura, jedyne źródło autentycznych przeżyć, domagających się uzewnętrznienia. Może te czynniki zrodziły rzesze pisarzy pomorskich w sutannach, takich jak ks. Kujot, ks. Sychta, ks. Mańkowski i tylu innych. Pośród nich dobre miejsce zajmuje nasz Jubilat. Historyk, piewca dóbr kultury w pierwszym rzędzie kaszubskiej, tej zza miedzy i tamtej zza Oceanu. Ks. Szulist nie ma i nie miał zwyczaju brania z drugiej ręki. Był w dalekiej Kanadzie i to nie raz, w Stanach Zjednoczonych, w najważniejszych stolicach europejskich. Zawsze na tropie Kaszubów i ich dziedzictwa. Co widział, co przeżył, o tym pisał. Odsłaniał to, co już powoli zaczynała pokrywać kurtyna zapomnienia. Bo obczyzna staje się z czasem swojska. Tamten kanadyjski krajobraz bardzo niekiedy przypominał Szwajcarię Kaszubską, malownicze wzgórza wokół Kartuz. Pozostawały tam jeszcze w użyciu jakieś porzekadła, nie zawsze jednak i nie wszyscy wiedzieli, czy to kaszubskie czy polskie. Ktoś stamtąd, z Kaszubów, kto zdołał przebyć coraz bardziej rozchylającą się psychiczną szczelinę oddzielającą to, co pozostawione w zasięgu morskiej woni Bałtyku od tego, czym pachną góry i lasy kanadyjskie, ktoś taki - a kapłan polski w pierwszym rzędzie -znajduje wspólny język z kanadyjskim Kaszubem, często nawet ten polski, którym pisana jest historia ziemi ojczystej i ten kaszubski, który ją zaludnił.
Twórczość „polonijna” ks. Szulista utkwiła mi jakoś szczególnie w pamięci. Przyczyna jest dość banalna. Otóż w 1980 r. otrzymał on w mojej Katedrze na KUL tytuł magisterski za pracę Osadnictwo kaszubskie w Kanadzie. Życie religijne i tradycje narodowe 1958-1975. Władek - nazywam go tak, gdyż bardzo szybko porzuciliśmy sztywne tytuły -był i jest człowiekiem o wręcz niezwykłej skromności, powiem więcej, nie docenia tego, co robi, co wcale u niego nie jest pozą. Toteż do tego magisterium trzeba go było usilnie namawiać. Egzamin pamiętam do dzisiaj, gdyż rzadko, który ekstern, w dodatku mający na swym koncie już. sporo drukowanych pozycji tak się na egzamin przygotował, jak on to uczynił. Powiedział mi później, że spodziewał się surowszego maglowania i wcale nie jest zadowolony z tego, że tak łatwo mu poszło.
To był, zatem moment naszego bliższego poznania się. Rychło zrozumiałem, że intuicją badawczą i umiejętnością analizy materiału przerastał on wielu doktorantów, a może nawet już zawodowo pracujących historyków. Znał kanony metodologiczne, ale jakoś po swojemu je przystosowywał do własnych potrzeb. To wycisnęło piętno na wszystkich jego publikacjach. A wiec w centrum uwagi znajduje się zawsze człowiek. Jego twórczość, wprawdzie nie profesjonalnie biograficzna, zawsze koncentruje się na ludziach tworzących jakąś rzeczywistość, a dopiero w drugiej kolejności następuje zainteresowanie nią samą. Ileż to wydobył on sylwetek kapłanów chełmińskich, jakiż piękny postawił pomnik bohaterom i męczennikom ostatniej wojny. Także w innych pracach przede wszystkim zwraca uwagę na człowieka. Może niekiedy sprawia to wrażenie zbyt kurczowego trzymania się res gestae, a to jest cecha historiografii minionej epoki. Ks. Szulist uczy się jednak, jak każdy autodydakta na takich wzorcach. Trzeba pamiętać, że tamte dzieła mają wartość nieprzemijającą. Jeszcze jedno cechowało owych pisarzy XIX i pierwszych dziesięcioleci XX wieku. Ogromny pietyzm w podejściu do źródeł. Tego Władek się od nich także nauczył. Zadziwiająco wiele w jego twórczości sprostowań, polemik i przypomnienia przykazań warsztatowych, nie zawsze przestrzeganych nawet przez doświadczonych historyków.
Ten szacunek dla źródła rodzi daleko idąca bezkompromisowość w sądach formułowanych przez ks. Szulista. Jego polemiki toczone wokół biografii biskupa gdańskiego Carla Marii Spletta dowodzą, iż zasada: magis amica veritas usuwa w jego twórczości na bok wszelkie inne względy. Osoba tego biskupa, z jednej strony kontrowersyjna z racji jego stosunku do ówczesnej rzeczywistości stworzonej przez hitleryzm jeszcze przed wybuchem wojny, a następnie w czasie jej trwania, okupacji i rządów sprawowanych przezeń w diecezji chełmińskiej, a z drugiej zasługująca na pewne współczucie czysto ludzkie, w ostatnich latach została w Niemczech mocno podretuszowana, tak, że pozostawiono na niej tylko stygmat męczeństwa. Oczywiście, nie ma w tym racji, a zwłaszcza nie można tego bez zastrzeżeń przyjąć w kraju, gdzie pamięć o rzeczywistości okupacyjnej jest jeszcze żywa. Czytając teksty Władka na ten temat, mimo woli myślałem o tym, co mnie dobrego spotkało jako diecezjanina biskupa Spletta w czasie wojny. Otóż trudno nazwać dobrem fakt, ze do I komunii św. mogłem przystąpić dopiero po wojnie, mając 14 lat. Argumentacja Szulista w tej polemice była w pełni zrozumiała dla wszystkich, którzy podobnie doświadczyli pasterzowania tego biskupa.
Wracając myślą do lat naszej znajomości z Władkiem, próbuję jakoś skategoryzować jego twórczość, znaną mi częściowo z przeczytanych pozycji lub z odnotowań bibliograficznych. Nie jest to przedsięwzięcie łatwe, a w tej krótkiej wypowiedzi wręcz niewykonalne. Opublikował on w sumie ponad 500 publikacji, w tym 15 książek i aż 90 recenzji. Reszta to artykuły naukowe i publicystyczne. Tych ostatnich jest z górą 300. Z książek na uwagę szczególną zasługuje wszystko, co napisał na temat dziejów diecezji pelplińskiej. Poza dwoma tomami opublikowanymi są dalsze dwa czekające na druk. Praca ta wymagałaby specjalnego omówienia, bowiem autor unika rutynowego schematu stosowanego zazwyczaj w takich opracowaniach, a idzie raczej za wątkami mało ze sobą powiązanymi, ale za to narzucanymi bądź to specyfiką okresu historycznego np., wojny i okupacji, to znowu postaciami w taki czy inny sposób obecnymi w życiu Kościoła i społecznym. Ten brak systematyczności i, jak zwykle, główny akcent położony na losy i dzieje ludzkie sprawia wrażenie pewnej dowolności, na którą sobie może jednak pozwolić tylko ktoś, kto stworzył własną wizję dziejów i stara się ją ukazać w takiej kolejności, jaka wynika z jego wartościowania, tak ludzi, jak i zdarzeń. Trzeba też pamiętać, że Jubilat, to przede wszystkim regionalista o niezwykłym wprost wyczuciu zapotrzebowań, jakie każda społeczność podświadomie zgłasza na przypominanie jej przeszłości, nie tyle może w znaczeniu ścisłej rekonstrukcji historycznej, ile raczej świadczącej o dokonaniach pokoleń.
Ta historia regionalna splata się w twórczości ks. Szulista jako portrety osobistości przewijających się w bardzo zróżnicowanych środowiskach: kościelnych, gminnych, miejskich, a niekiedy z wyższej krajowej półki, całego kraju, czy regionu z historią miejsc i zdarzeń, niekoniecznie organicznie powiązanych z przypominanymi życiorysami. Po prostu w tych szkicach, niekiedy pogłębionych studiach, ale przeważnie publikacjach powstałych z jakiejś okazji, jawi się zawsze fragment przeszłości a niekiedy obserwacje chwili bieżącej. Ta wielokolorowość obrazów literackich, w czym twórczość Szulista celuje, możliwa jest dzięki jego ogromnemu zaangażowaniu we wszystkim, co czyni na tym polu. To nie jest pisanie z obowiązku, jak często zdarza się w życiu niejednego naukowca, ale pasja, która nie pozwala przejść obojętnie obok tego, co przeciętny przechodzień ledwie zauważy. To jest, więc pisanie z potrzeby serca, ale i intelektualnej, potrzeby wypowiedzenia się bez względu na to, czy ktoś to zauważy czy też nie. Szulist odnotowuje dla potomności rzeczy arcyważne i te, które w monografii historycznej znajdą może małą wzmiankę, w syntezie zaś całkowicie ich zabraknie. A przecież niejedno z tych wydarzeń zauważonych i opisanych przez Władka decydowało o czyimś sukcesie, radości, a niekiedy bólu i smutku.
Kiedyś pisali ludzie, którzy po prostu wyrośli ponad środowisko, jakie ich wydało. To byli nauczyciele wiejscy, światlejsi gospodarze, częściej księża. Dużo z tego poginęło, gdyż pisali dla siebie, ewentualnie dla jakiejś sagi rodzinnej. Dobrze, jeśli syn, wnuk czy jakiś szperacz przeczesujący szpargały rodzinne odnalazł i udostępnił taki zapis. Niejednokrotnie staje się on ex post rarytasem. Taka regionalistyka, jaką przez całe swe życie uprawia Jubilat, a właściwie już nie tylko regionalistyka, ale historia sięgająca obszarowo za Ocean, mając ambicje rozliczeń pokoleniowych, to olbrzymi krok naprzód w stosunku do tych cichych i bezpretensjonalnych literatów gminnych. Ks. Szulist jest na służbie Clio, jak każdy z nas. Ma nazwisko w historiografii i szeroko rozumianej publicystyce. Ma jeszcze jedną zaletę: pisze o tym, co inni piszą. Może niejedna publikacja nie byłaby nigdy znana szerszemu ogółowi, gdyby nie jego pióro.
Wielokrotnie zapytywałem Przyjaciela, dlaczego nie zapisze się na seminarium doktoranckie, - co byłoby zwyczajną formalnością - i nie stanie do obrony doktorskiej. Przecież z łatwością wybrałby jeden z badanych przez siebie tematów i nadał mu kształt, jaki powinna mieć praca dyplomowa. Uczynił to z powodzeniem w przypadku magisterium. Odpowiadał zawsze, że tytuł mu nie jest potrzebny, bowiem interesuje go dociekanie historyczne, pisanie, a tytuł nic by mu w tym względzie nie pomógł. Recepcja czyjejś twórczości zależy od atrakcyjności tematu. Musi on ludzi obchodzić. Może podnosić na duchu i gniewać, wywoływać polemiki i prowadzić do wyjaśnienia tego, co nie do końca zrozumiałe, albo może kiedyś mylnie przedstawione. Tak mniej więcej brzmiały te argumenty. Nie przekonały mnie do końca, ale coś prawdy w tym jest. Tytuł posiadany lub może niekiedy nawet nie do końca, a traktowany jako przepustka w rejony autorytetu, to rzeczywiście nic w porównaniu do dorobku, jakim może poszczycić się i radować nasz Jubilat. Niech, więc nie łamie pióra i nie czyni kropki pod ostatnim zdaniem. Nie ma takowego, dopóki człowiek żyje tym, co niesie każdy dzień i dopóki ciekaw jest tego, co darowała nam przeszłość.
 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Noclegi Mielno torby reklamowe Najlepsze szkolenia bhpSzkolenia BHP agencja interaktywna