NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Andrzej Szutowicz [Drawno]

Volksdeutsche w Oflagu II B Arnswalde

W cyklu: Historia (liczba artykułów 64)

[NG: 39]   Autor: Andrzej Szutowicz - Drawno (liczba artykułów: 26)

(czyli o tych, którym miało być lepiej)

Volksdeutsche
Volksdeutsche - tym określeniem nazywano Niemców mieszkających poza granicami Rzeszy. W okupowanej Europie cieszyli się pewnymi względami i przywilejami. Z drugiej strony musieli wypełniać wobec państwa Niemieckiego obowiązki do służby wojskowej włącznie.

Od 2 września 1940 roku volksdeutschami mogli się stać przedstawiciele innych narodów, niekoniecznie z niemieckim rdzennym pochodzeniem.

W świadomości społecznej Polaków podpisanie tzw volkslisty wyrażającej akces przynależności do narodu niemieckiego poczytywane było jako zdrada. Z drugiej strony w stosunku do rodzin, które tej listy nie podpisały, na terenach Kaszub, Śląska, Wielkopolski Niemcy stosowali daleko posunięte represje. Wysiedlenie do Generalnej Guberni należało do najłagodniejszych.

Wielu Kaszubów, Ślązaków, Wielkopolan nie godząc się na przyjęcie niemieckiej narodowości wylądowało w obozach koncentracyjnych lub nawet zostało rozstrzelanych. Mając na uwadze zagrożenie i chcąc uchronić ludzi od niepotrzebnych cierpień, rząd londyński zezwolił Polakom z wspomnianych dzielnic na podpisanie volkslisty. Oblicza się, że do końca wojny podpisało ją ponad 2.000.000 obywateli II RP. Mimo zgody wręcz agitacji Londynu jeszcze na długie lata tzw volksdeutsche uchodzili w opinii społecznej za zdrajców. Również jako tacy rozpatrywani byli przez władze PRL. Rehabilitacja przyszła w 1950 r.

Jeżeli "akces przynależności do narodu niemieckiego" w obliczu zagrożenia bytu najbliższych znajduje pełne zrozumienie to w sytuacji żołnierzy jeńców z pobitej armii polskiej wyrażona wola "bycia Niemcem” spotykała się nawet u samych Niemców z pogardą. Problem volksdeutschów istniał w większości oflagów. Dotyczył również Oflagu II B w Choszcznie.

Volksdeutsche w Oflagu II B
Głównym motywem podpisania volkslisty była chęć wyrwania się z niewoli. Lecz o dziwo Niemcy jakby wyczuwając tę intencję zbytnio do zwalniania się nie kwapili. Volksdeutsche jeszcze przez długi okres pozostali jeńcami. Przypadkiem szczególnym jest postać gen.bryg. Brunona Olbrychta. Ten uznawany za twórcę prasy obozowej, propagator idei kształcenia i jeden z animatorów "Teatru Symbolów" w Oflagu II B wyrażał tezę, że dla wydostania się na wolność należy wykorzystać wszystkie możliwości z volkslistą włącznie.

Stąd w notkach biograficznych generała często spotyka się wzmiankę o tym, że wykorzystując niemieckie brzmienie swego nazwiska wyraził akces podpisania listy. Czy w jego przypadku to poskutkowało? Faktem jest, że z niewoli został zwolniony poprzez szpital w Warszawie, do którego trafił prosto z obozu. Ostatecznie volkslisty nigdy nie podpisał. Lecz uprzednio wyrażona chęć oraz autentyczna choroba swoje zrobiły i Olbrycht mógł cieszyć się wolnością. Związał się z podziemiem i czynnie działał w AK- owskiej konspiracji (był dowódcą dywizji AK). A po wojnie też dość sprytnie przystosował się do PRL-owskiej rzeczywistości.

Na początku 1940 r. zwolniono z obozu ppor.11p.uł. Wojciecha Boruta,który trafił do Oflagu II B z końcem 1939 r. Co ciekawe przybył tam w ubraniu cywilnym. Volksdeutschami w Oflagu w Choszcznie byli także ; por. Jan Wagner, Maj – Majewski, ppor. Aleksander Dębowski, ppor. lek. wet. Józef Sobaciński i inni. Dziś trudno jest o pełne zestawienie, gdyż z listy volksdeutschów wywiezionych przez Niemców z Gross Born nie wszyscy wywodzili się z Oflagu II B Arnswalde. Jednak ze względu na tragiczne losy członków konspiracji Oflagu II D warto wymienić tych oficerów co do których nie ma wątpliwości iż byli volksdeutschami także i w tym obozie ; mjr art. Edward Szczepański, bracia; kpt. 65 p.p. Eryk Kustosz i ppor.rez Edward Kustusch, ppor. rez. Adam Tarnowski (od 1942 roku działał na rzec Niemców w rejonie Szczecina a korespondencję z rodziną w Warszawie prowadził przez pocztę Oflagu II D), rtm. Lipowski, chor. Michał Krause (szpicel Abwehry były żołnierz poznańskiej składnicy intendentury),por.rez. Kapolka, nauczyciel z Pszczyny ppor. rez Dembski.

Volksdeutschów społeczność obozowa nie tolerowała, powszechnie nimi pogardzała. Nazywano ich „foksami”. Stanowili swoiste obozowe getto. Byli skazani tylko na siebie, zerwano z nimi wszelkie stosunki społeczne, towarzyskie, koleżeńskie. Nie mogli uczestniczyć w działalności kulturalnej i edukacyjnej. Obowiązywał ich zakaz wstępu do teatru, biblioteki, czytelni, kół zainteresowań i innych instytucji jenieckich. Nie otrzymywali prasy obozowej nie byli objęci jeniecką samopomocą. Wysiedleni mieszkali osobno dusząc się we własnym sosie. Wydaje się, że nienawidzili nawet samych siebie. Niemcy dali im pracę m.in. na poczcie w magazynach i u płatnika. Dawało to im pewną pozycję w obozie lecz jednocześnie wzbudzało większą nienawiść. Tym bardziej, że swoje czynności wykonywali z nadgorliwością wykazywaną często także w stosunku do Niemców. Marek Sadzewicz tak ich scharakteryzował: "Różne tam były typy. Niewielka grupa ale cała menażeria. Od zwykłego kretyna i wodogłowa, aż do elegancika, studenta o polskim nazwisku, który urodził się w Krakowie i zgłaszając się jako Volksdeutsch, nie umiał po niemiecku ani słowa. Trzeba podziwiać wytrzymałość psychiczną tych typów. A może jakąś podludzką, kretyńską obojętność".

Najbardziej znanymi volksdeutschami Oflagu II B byli: por. rez. Wiktor Moj, ppor. rez. 57 p.p. Roman Heinrich Wojtkiewicz (ur. 22. 01.1907 r. zam. Poznań ul. Żupańskiego 5 m. 5) i ppor. rez. Alojzy Warzecha. Moj zatrudniony był na poczcie, Wojkiewicz jako pomocnik płatnika, a Warzecha w magazynie mundurowym. Wszyscy trzej wzbudzali powszechną nienawiść dlatego nic dziwnego, że starano się za wszelką cenę usunąć ich z tych funkcji. Dokonał tego płk Witold Morawski, który przekonał niemieckiego komendanta do dokonania tych zmian. Wszystkich trzech zastąpili polscy szeregowcy. Ostatecznie po jakimś czasie Alojzy Warzecha został zwolniony i założył mundur niemieckiej armii. Zwolniono także Wojtkiewicza (04.12.1943 r.), został niemieckim urzędnikiem cywilnym (płatnikiem, kasjerem?) w Oflagu II D Gross Born. Wśród choszczeńskich volksdeutschów był także chor. Korpusu Ochrony Pogranicza Rolbiecki. Ten sam, który zdradził Niemcom miejsce ucieczki Polaków z obozu. To dzięki niemu nie zrealizowano w pełni tego śmiałego planu, który gdyby się udał dałby polskim jeńcom czołowe miejsce w historii jenieckich ucieczek II wojny światowej. Wskutek tej zdrady po wydostaniu się 22 jeńców ucieczkę przerwano. Rolbieckiego potraktowano strasznie, został po prostu zapluty przez jeńców, w konsekwencji przeniesiono go do innego obozu dalsze jego losy są nieznane.

Przeniesienie volksdeutscha wcale nie oznaczało dla niego wyrwania się z matni potępienia. W nowym miejscu niezbyt długo mógł kryć się ze swoją przynależnością. Macierzysty obóz dbał o to, aby wieść o nim dotarła tam gdzie trzeba. Chociaż korespondencja między obozami była zabroniona to miano sposoby porozumiewania się i bardzo szybko za "nowymi" nadchodziła wiadomość VOLKSDEUTSCH.” I znowu - precz do getta zapowietrzonych" (M. Sadzewicz).

Solidarność jeniecka była niewzruszona volksdeutsch był wyklęty we wszystkich obozach. Z niewoli nigdy nie wyszedł por. rez. Wiktor Moj leży, gdzieś w rowie koło Czarnego.

Przypadek Wiktora Moja
Był Ślązakiem odznaczonym za odwagę wykazaną w powstaniu. Mimo, że z natury kłótliwy i ponury cieszył się szacunkiem współjeńców. Dlatego wieść o tym, że podpisał volkslistę zszokowała. Początkowo nie dawano temu wiary lecz fakty przekonywały. Moja przeniesiono do osobnego mieszkania, otrzymał także funkcję kontrolera paczek na poczcie obozowej. Ogłoszono to nawet w rozkazie komendanta nadając mu prawa urzędnika niemieckiego. Tak więc Moj został swoistym urzędnikiem. Zamknięty w obozie w polskim mundurze (na rogatywce nie nosił orła) pedantyczny, bacznie czuwał by wszystkie przepisy były postrzegane. Pilnował by nie docierały do jeńców zabronione artykuły konsumpcyjne, przedmioty i listy. Każdy jeniec otrzymywał raz w miesiącu dwie nalepki paczkowe, które po wysłaniu przychodziły razem z paczką. Bardzo szybko zorientowano się, że stemple na nalepkach dają się wyprać. Stąd wysyłano również te wyprane nalepki, a ilość paczek przychodzących systematycznie wzrastała (nauczono się konspiracyjnie drukować nowe nalepki).Moj rozszyfrował ten system. Gdy przychodziła paczka z zagranicy jeniec musiał przy odbiorze oddać własną nalepkę. Gdyby nie Moj o tej praktyce dawno by zapomniano. Rewidując paczki mieszał proszki z żywnością, kaszę z cukrem itp.

Paczki dla jeńców miały rangę wręcz kultową, nosiły w sobie wielki potencjał emocjonalny. Stąd nienawiść do Moja była powszechna. A ponadto okradał paczki uszkodzone. Był starszym między volksdeutschami w jego mieszkaniu odbywały się ich odprawy. Trzeba przyznać, że Moj dzielił się z nimi tym co ukradł. Moj zaczął zagrażać konspiracji obozowej stał się wrzodem, który należało usunąć. Jego królestwem była poczta lecz kiedy wychodził na obóz stawał się zwykłym volksdeutschem, jednym z pogardzanych wyrzutków poza nawiasem społeczeństwa. Przebiegał chyłkiem do swego mieszkania szybko by nie zostać oplutym. Ryglował drzwi, gasił światło by nie oberwać cegłówką. Nawet do latryny przemykał po kryjomu, gdyż mógł przypadkiem skąpać się w kloakę (Sadzewicz). Moja zaczęli bać się także skorumpowani Niemcy więc stosunkowo łatwo przyszło płk Morawskiemu doprowadzenie do jego usunięcia z poczty. Stał się nikim.

Moj miał na Śląsku żonę z dziećmi. Powstaniec oficer WP, który podpisał volkslistę zesłał na rodzinę powszechne potępienie środowiska. Dzieci zaczęły wstydzić się ojca, a ponadto były narażone na szykany. Szanowana spokojna rodzina stała się wyklęta. Żona zaczęła przeklinać Moja. Konsekwencje volkslisty szły jednak dalej, synowie zostali wcieleni do niemieckiego wojska. Jeden zginął, a drugi wrócił bez nogi.

W przeciągu kilku miesięcy przystojny Moj zmienił się w wynędzniałego starca aż siadła mu psychika. Działo się to już w Gross Born. Pewnego dnia siwy w jednej koszuli biegł bezwładnie przed siebie co chwila padając na ziemię aż w okolicach drutów na wzniesieniu zakręcił się kilka razy i padł na ziemię. Jeńcy przyglądali się temu, ale nikt nie wołał o pomoc, nikt nie podszedł. Po jakimś czasie przyszedł żołnierz niemiecki z dwoma sanitariuszami z noszami. Sanitariusze z nieukrywanym wstrętem wrzucili ubabranego w błocie na nosze. Po obozie rozniosła się wieść " Moja diabli wzięli". Przewieziono go do szpitala w Czarnem (Stalag II B Hammerstein ) tam umieszczono go z Polakami lecz Ci zorientowali się, że to volksdeutsch i zażądali jego usunięcia. Przeniesiono go do Francuzów, ale Ci go również wyrzucili. Trafił do Serbów, a Ci tak samo, wyrzucili Moja. Tak Moj umarł. Nikt nie chciał go grzebać. Aż przyszli własowcy i gdzieś go zakopali. Bez szacunku, bez modlitwy bo czegoż można było wymagać od własowców w Stalgu II B Hammerstein.

Nienawiść do Moja przetrwała i mimo dziś innego spojrzenia na volksdeutschów będzie trwała dopóty żyć będzie ostatni jeniec Oflagu II B.


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: dźwięki do podkładów hip hop, sample wavhiphop samples akwarystyka morska wizytówki Altany drewniane