Strażnicy graniczni na rynku w Kościerzynie.
Kiedy w 1920 roku Polska objęła we władanie Pomorze – otwieranie morskiego „okna na świat” – w świadomości znacznej części narodu niewielka była znajomość znaczenia tego wydarzenia. Długotrwały podział kraju, różnice w poziomie rozwoju poszczególnych zaborów, ich izolacja sprawiły, że sprawy Pomorza mało były znane w Kongresówce, jeszcze mniej – w Galicji. Dość wspomnieć powszechnie znaną w XIX wieku „Pieśń o ziemi naszej” Wincentego Pola, w której nie pomieściła się ani Wielkopolska, ani Pomorze (kaszubscy pisarze poruszeni takim lekceważeniem, dopisali później następne zwrotki).
Tak ocenia dzisiejszy badacz problemu Wojciech Wrzesiński („Polskie kresy zachodnie i północne w świadomości społeczeństwa polskiego w II Rzeczpospolitej”) ówczesny stan umysłów: „Społeczeństwo II Rzeczpospolitej zajęte kłopotami wewnętrznymi, sporami o charakter rządów, poddawane znacznie silniejszej nadal propagandzie wokół problemów polskiego wschodu, mniej uwagi poświęcało wydarzeniom na polskich kresach zachodnich, na ziemiach etnicznie polskich nad Odrą i Bałtykiem po obu stronach granicy. W świadomości potocznej wiele miejsca zajmowała przeszłość wschodnich kresów Rzeczpospolitej, gdzie nadal widziano możliwość dalszych sukcesów polskiej państwowości. W potocznej świadomości, gdzie tak często oddziaływała nie tylko radość z powodu odzyskania niepodległości, ale i gorycz z jej kształtu, większe znaczenie miała tradycja wielkich sukcesów militarnych na Ukrainie, Podolu, Białorusi, kresach litewskich, niż twarda codzienna walka z postępującym naprzód wałem niemieckiego nacjonalizmu, który swą zaborczość przejawiał nie tylko w podbojach zbrojnych, lecz w narzucanej cywilizacji, gospodarce, ograniczeniach językowych. Przeszłość kresów zachodnich nie dostarczała dostatecznej pożywki dla kształtowania mitów wokół tych ziem w stopniu takim, jak przeszłość kresów ziem wschodnich”.
Prawdę tę odnaleźć można choćby w literaturze tamtych czasów. Ilu było pisarzy, idących śladem Żeromskiego, jego „Wiatru od morza”. Nieporównanie mniej, niż naśladowców „Trylogii” Sienkiewicza... .
Z takimi problemami i wieloma innymi musiało się borykać młode państwo polskie. Ważnym problemem były kadry dla Pomorza. Rychło okazało się, że miejscowych nie starcza. W pruskim zaborze nie łatwo było wybić się tym, którzy nie chcieli wyrzec się polskości.
Z Galicji i b. zaboru rosyjskiego przybyło więc, według orientacyjnych szacunków, około 40 tys. osób do ówczesnego województwa pomorskiego (z siedzibą w Toruniu). Powoli rosły kadry własnej inteligencji pomorskiej. Ale i tak w 1939 roku jedynym rodowitym burmistrzem na Kaszubach był Teodor Bolduan z Wejherowa, zamordowany przez Niemców w dwa miesiące po rozpoczęciu wojny w 1939 roku.
Jednym z kluczowych zadań była ochrona granicy państwowej. Powołano Straż Graniczną. Niemcy, mimo podpisu pod traktatem wersalskim, systematycznie podważały trwałość granicy z Polską, nie pomijając najmniejszej okazji.
Potrzebny był Polsce czas na ugruntowanie poczucia wspólnoty, zatarcie zaborowych granic i dzielnicowych nieporozumień. Dziś opowieść o Kaszubach, pomstujących na „bosych Antków” z Kongresówki brzmi anegdotycznie, ale wtedy takie animozje były odczuwane na co dzień, wpływały na ludzkie losy. Także na pograniczu.
Na północno-zachodnich kresach ówczesnego województwa pomorskiego, położona była niewielka wieś Nakla w powiecie kościerskim. 23 kwietnia 1929 roku przyjechał do tej miejscowości 23-letni Stefan Sierzputowski, który po zakończeniu służby wojskowej w 13. pułku piechoty – został zwerbowany do Straży Granicznej. Od kandydatów wymagano wówczas ukończenia 7 klas szkoły podstawowej oraz co najmniej – stopnia kaprala.
Warto przypomnieć organizację Straży Granicznej w tamtych czasach i w tamtym rejonie. Placówka w Nakli podlegała bezpośrednio Komisariatowi w Lipuszu, ten z kolei był podporządkowany Inspektoratowi w Kościerzynie.
Komisariatowi w Lipuszu podlegały oprócz Nakli, placówki w Skwierawach, Żelewcu i Dywanie. Nazwy te będą powracać jeszcze nieraz w opowieści dawnego strażnika.
Według opowieści starszych kolegów, początkowo w 1920 roku, straż na granicy objęło wojsko, w tym wielu oficerów i żołnierzy zupełnie nie znających spraw Pomorza. Traktowali miejscowych per „ty szwabie”. Tamci z kolei pytali rozżaleni: - Niemcy mówili do nas „Der verfluch te Pole”, a wy – „szwaby”. Więc kim dla was jesteśmy?
Tamci żołnierze bardzo popsuli stosunki. Trzeba było je naprawiać, łagodzić. Wyciągnięto wnioski. Straż Graniczna zaczęła przyjmować przede wszystkim byłych powstańców wielkopolskich, przeważnie ludzi w średnim wieku lub nawet starszych, za to oznajmionych z pomorskimi sprawami. Z czasem szeregi uzupełniano młodszymi, takimi jak St. Sierzputowski.
- Dowódcą placówki – wspomina – był wtedy przodownik Kazimierz Wróblewski, powstaniec wielkopolski. Służyli: Stanisław Skowroński, Stanisław Ratajczak, Stanisław Lis i Stanisław Dawidowski. Wszyscy żonaci, mieszkali z rodzinami. Oprócz dowódcy i czterech Stanisławów byłem jeszcze ja – najmłodszy, kawaler, przybyły z województwa warszawskiego.
Obowiązywała nas norma 8 godzin służby na dobę – 5 godzin służby rannej i 3 godziny nocnej.
Na służbę dzienną wychodziło się o ósmej rano. Była ustalona trasa patrolu. Dochodziło się do wyznaczonego punktu i tam siedziało na czatach. Potem – znów patrol, i znów czatowanie. Każdy punkt był zapisany w notesie, a strażnik w każdej chwili mógł być sprawdzony, kontrolowany w czasie służby przez dowództwo – z Lipusza czy Kościerzyny – nawet nocą.
Strażnicy wynajmowali mieszkania u miejscowych i płacili sami za wynajem. Stanisław Sierzputowski, jako kawaler, otrzymywał mniejszą pensję.
Poznaniacy, z dawnego zaboru pruskiego, lepiej i z wzajemnością rozumieli Kaszubów. Ale przybyszy z Kongresówki miejscowi traktowali nadal nieufnie. Nie byłem dla nich „swoim” człowiekiem, pozostawałem „ruskiem”, „bosym Antkiem”. Gdy wchodziłem do sklepu – milkły rozmowy. Dobry rok musiałem wojować, by zmienili o mnie zdanie.
Zamieszkałem w domu wdowy Kurkowskiej. Mieszkała z sześciorgiem dzieci. Jej mąż poległ na wojnie. 15 lutego 1933 roku ożeniłem się z jej córką Klarą... .
Powoli zżyłem się z sąsiadami. Już nie było wygadywania „ty Antku”. Kiedy nadeszły lata trudniejsze – mogłem liczyć na ludzi.
Jak się wtedy żyło? Na początku była w tych okolicach wielka bieda, prawie nędza. Służba w straży granicznej mogła być marzeniem dla wielu ludzi, chociaż w samej służbie możliwości awansu były ograniczone: chyba, ze ktoś umarł, albo odszedł na emeryturę i w ten sposób zwalniał miejsce młodszym kolegom. W hierarchii służbowej można było awansować ze strażnika – na starszego strażnika, potem na przewodnika i starszego przewodnika. Wyżej były już stopnie oficerskie: aspirant, podkomisarz, komisarz, inspektor i nadinspektor, nad którym był już tylko komendant główny Straży Granicznej.
Każdy strażnik przejść musiał szkolenie w Centralnej Szkole Straży Granicznej w Górze Kalwarii pod Warszawą, która potem została przeniesiona do Rawy Ruskiej nad Bugiem. Ja także byłem szkolony w tej szkole, ale nie przepisowe 8 miesięcy, tylko cały rok, gdyż jako instruktor sportowy musiałem przejść dodatkowe zajęcia.
Przechodziliśmy w szkole kursy wojskowe, specjalistyczne – w tym nawet towaroznawstwo, a to w związku ze zwalczanie przemytu. Zatrzymywaliśmy przemytników, lecz wymierzaniem cła zajmowali się celnicy. Konsekwencje innej natury były sprawą policji.
Sytuacja gospodarcza Polski w tamte lata była zła i odbijała się na naszej służbie. Ludzie szukali pracy, chleba, w kraju nie mogli jej znaleźć. Był przecież wielki światowy kryzys. Szli przez „zieloną granicę” do Niemiec, bez wymaganych dokumentów. Musieliśmy ich zatrzymywać.
Do służby przychodzili nowi ludzie. Komendant Wróblewski przeniesiony został w inne miejsce. Nowym komendantem został mianowany starszy strażnik Antoni Kachlicki, poprzednio służący w Lipuszu, żonaty z trójka dzieci. Gdy ten z kolei odszedł później na emeryturę – zastąpił go starszy przewodnik Stanisław Lenartowski, który przybył z Nakli z żoną i czwórką dzieci. Razem z nim poszliśmy na wojnę.
/ cdn /
• Autor jest znanym słupskim dziennikarzem i działaczem społecznym. Pracował przez wiele lat w tygodniku społeczno – kulturalnym „Zbliżenia” oraz w słupskim oddziale „Głosu Pomorza” , W redakcjach tych pełnił obowiązki sekretarza. Jego zainteresowania publicystyczne dotyczą spraw społecznych i historii Pomorza. To dzięki jego pomocy i życzliwości, publikowany był w „Zbliżeniach” cykl „Płonące Pogranicze” autorstwa Władysława Stanisławskiego o placówkach Straży Granicznej w okresie między wojennym na Gochach. Aktualnie jest ON emerytem i mieszka w Ustce. Zawsze był i nadal jest Przyjacielem Kaszub, na którego zawsze można liczyć !
/ tz /