NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny
Mościwój I na obrazie H. Hana z początku XVII w.

Mościwój I na obrazie H. Hana z początku XVII w.


W okresie istnienia III Rzeszy zwarte skupiska polskiej ludności rodzimej na terenie byłej prowincji pomorskiej pozostały już tylko w dwóch powiatach: bytowskim oraz złotowskim – czytamy w artykule Gracjana Bojara-Fijałkowskiego, zawartym w wydanej w 1970 roku w Koszalinie pracy zbiorowej pt. „Pogranicze i Kaszuby w latach terroru”. Na pozostałych obszarach Pomorza Zachodniego, pisze dalej G. Bojar-Fijałkowski, wskutek wielowiekowej działalności germanizacyjnej rodzima ludność słowiańska została niemal doszczętnie wytępiona. Pierwsza wojna światowa, pozostawienie Ziemi Człuchowskiej w granicach państwa niemieckiego oraz wzmożony nacisk germanizacyjny, sparaliżowały działalność polonijną. Rodzima ludność polska uległa rozproszeniu. Na miejscu pozostały tylko nieliczne rodziny polskie – poza zasięgiem oddziaływania organizacji polonijnych.

Niespodziewanie sporo światła na położenie ludności polskiej w Człuchowie przed II wojną światową, w czasie jej trwania rzuca pewna sprawa sądowa, która toczyła się najpierw przed Sądem Powiatowym w Człuchowie, a następnie przed Sądem Wojewódzkim w Koszalinie.

Była to sprawa cywilna. W maju 1965 roku ówczesne Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Człuchowie wniosło do sądu pozew przeciwko człuchowskiej parafii św. Jakuba o wydanie działki o powierzchni ponad 500 m², mającej pójść pod zabudowę miejską. Proces był właściwie banalny, taki jaki zawsze się może zdarzyć. Nieoczekiwanie jednak na jego tle rozgorzał spór przynoszący obfity przyczynkarski materiał historyczny, dotyczący przeszłości Ziemi Człuchowskiej.

Obie strony szermowały argumentami prawnymi i historycznymi.

PMRN w Człuchowie, domagając się wydania działki, powoływało się na Dekret z 6 marca 1946 roku o majątkach opuszczonych i poniemieckich. Działka, którą faktycznie użytkował proboszcz parafii św. Jakuba, ks. Antoni Wołek-Wacławski, miała być, w rozumieniu Dekretu, majątkiem poniemieckim i wobec tego jej właścicielem był Skarb Państwa.

Pozwany ksiądz A. Wołek-Wacławski okazał się tęgim historykiem i nie lada przeciwnikiem procesowym. Swoje pisma kierowane do sądu, redagował nie tylko ze znajomością rzeczy, ale także z wielką pasją. Jego wywody zmierzały do udowodnienia, że przedmiot sporu – działka – nie może być uznany za mienie poniemieckie, gdyż ziemie człuchowskie zawsze należały do Polski. Okres od 1772 roku do 1945 roku nie może zaś być brany w rachubę, gdyż w tym czasie Człuchów znalazł się pod bezprawnym zaborem pruskim, a później znalazł się w granicach państwa niemieckiego w wyniku Traktatu Wersalskiego nie uwzględniającego interesów i racji Polski.

Prawa do działki, ks. A. Wołek-Wacławski wywodził od księcia pomorskiego Mściwoja I, z którym tradycja łączy fundację kościoła w Człuchowie w 1209 roku. Powoływał się na starostę człuchowskiego Jakuba Wejhera, który w 1647 roku postawił na miejscu drewnianego, kościół murowany. Przedstawił również przed sądem przywilej miasta Człuchowa wydany w maju 1526 roku przez króla Augusta. W przywileju tym król przyznał miastu 40 łanów pola z czego 4 łany „powinien wieczyście posiadać” proboszcz Człuchowa.

Parafia człuchowska, wskazywał dalej proboszcz Wacławski, nigdy nie należała do diecezji niemieckiej. Po rozbiorach weszła w skład diecezji chełmińskiej z siedzibą w Pelplinie, a po I wojnie światowej w skład Administracji Apostolskiej w Pile, która podlegała bezpośrednio Stolicy Apostolskiej. Parafia nie należała więc do diecezji berlińskiej.

Ks. Wacławski przytoczył i inne dowody. Twierdził, że kiedy w 1927 roku remontowano wieżę kościelną, w jej mosiężnej kuli znaleziono pisma polskie i inskrypcję „Wszystko tu po polsku mówiono”.

Podał także spis 30 kapłanów o wybitnie polskich nazwiskach, którzy od 1833 roku do 1945 roku sprawowali w człuchowskiej parafii posługę duszpasterską. Wśród wymienionych znajdują się na przykład księża Paradowski, Kopal, Dygnowity, Łebiński, Szalewski, Studziński, Przeworski, Węsierski, Skierka i inni.

Wysłuchawszy tych argumentów Sąd Powiatowy w Człuchowie uznał, że powstało zagadnienie prawne budzące poważne wątpliwości. Postawiwszy zatem pytanie czy Dekret z 1946 roku obowiązuje w całej mocy również na ziemiach, które przed 1772 rokiem wchodziły w skład państwa polskiego, Sąd w Człuchowie przekazał sprawę Sądowi Wojewódzkiemu w Koszalinie.

Człuchowski proboszcz powoływał dalsze dowody. Na jego wniosek wezwano prawie 30 świadków, których zeznania miały potwierdzić odwiecznie polski charakter parafii św. Jakuba. Ta część akt sądowych jest najciekawsza i zasługuje na szczególną uwagę. Za barierką dla świadków, stawali różni ludzie – obok przedstawicieli rodzimej ludności od wieków osiadłej na Ziemi Człuchowskiej, zeznawali byli robotnicy przymusowi oraz jeńcy wojenni, których los rzucił w czasie wojny do Człuchowa.

Zeznawał m. in. ks. Wiktor Domachowski, który był wikariuszem w Człuchowie od 1937 roku do 1942 roku. Do Człuchowa przybył ze Złotowskiego na wezwanie ówczesnego proboszcza ks. Kathera, który mimo obco brzmiącego nazwiska czuł się Polakiem. Ks. Kather studiował teologię w Pelplinie i miał wśród Polaków wielu przyjaciół. Proboszczem był do swojej śmierci w 1944 roku. Ks. W. Domachowski podczas pobytu w Człuchowie nie miał łatwego życia. Był pod szczególną obserwacją. Co drugi dzień musiał meldować się na posterunku gestapo.

Świadek Józef Wojda liczący w chwili, kiedy stawał przed sądem 73 lata, mieszkał w Człuchowie od 1933 roku. Był wówczas, jak to określił, „kierownikiem ubezpieczalni bydła”. Stosunki człuchowskie znał bardzo dobrze. Trzy czwarte mieszkańców Człuchowa było wyznania katolickiego. Połowa z nich, według świadka, mówiła po polsku. Polacy zrzeszeni byli w różnych organizacjach, ale po 1933 roku organizacje te uległy stopniowej likwidacji.

Klara Kuhn mieszkała w Człuchowie od 1931 roku. Należała wraz z mężem do Związku Polaków w Niemczech, którego prezesem był ks. Bolesław Domański. Mniej więcej dwa razy do roku ks. Bolesław Domański przyjeżdżał do Człuchowa. Zebrania odbywały się na plebani. Klara Kuhn uczestniczyła osobiście w jednym takim zebraniu. Sala była wówczas wypełniona po brzegi. Mogło być około 50 osób. W 1932 roku poświęcony został sztandar Polaków w Człuchowie. Świadek pamięta, że przed 1932 rokiem odbyły się w człuchowskim kościele uroczystości złotych godów jej dziadków. Mszę odprawił ks. Kather. Przemawiano i śpiewano po polsku. Za czasów Hitlera nabożeństw po polsku odprawiać nie było już wolno. Ale spowiedzi słuchano po polsku nawet podczas okupacji.

Stanisław Ważny w 1939 roku w czasie łapanki w Borach Tucholskich wpadł w ręce Niemców i został wywieziony do Człuchowa na roboty przymusowe. Pracował też w Kiełpinie. Świadek zeznał, że do Kiełpina przyjeżdżał ks. W. Domachowski i spotykał się z „jakimś Kamińskim”, który był członkiem Związku Polaków w Niemczech. Kamiński urządzał zakonspirowane zebrania, na których mówił, że Ziemia Człuchowska jest polska i do Polski wróci. Za swą działalność Kamiński został przez Niemców rozstrzelany. Polacy pracujący w Kiełpinie w liczbie około 45 zbierali w 1943 roku składkę na remont fary człuchowskiej. Zebrali około 980 marek, które przekazał kościołowi Kamiński. Ludność rodzima prowadziła odrębną składkę.

Nie sposób tu przytoczyć wszystkich świadków. Ale na uwagę zasługuje relacja 94-letniej Reginy Semrau, która dziesiątki lat mieszkała w Kałdowie i Człuchowie. Jej zeznania odzwierciedlały powikłane losy mieszkańców pogranicza. W domu rodzinnym R. Semrau, mówiło się wyłącznie po polsku. Jej ojciec nie władał językiem niemieckim. Z kolei jej mąż nie władał językiem polskim. Ale ja jestem „katoliczką i Polką”, powiedziała przed sądem sędziwa kobieta.

Mimo zebrania obfitego materiału dowodowego Sąd Wojewódzki w Koszalinie nie miał sposobności wydać wyroku. Proces toczył się z przerwami kilka lat do czasu, gdy został zawieszony. Tymczasem w 1971 roku wyszła ustawa o przejściu m. In. na osoby prawne Kościoła Rzymskokatolickiego niektórych nieruchomości położonych na ziemiach zachodnich i północnych. Sprawa rozwiązała się więc niejako sama: parafia człuchowska została pełnoprawnym właścicielem sporego kawałka gruntu. W sądowym archiwum pozostały jednak akta zawierające bogaty materiał, mogący zainteresować zajmujących się przeszłością Człuchowa.


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Ekologia-nasze płuca.ekologia,przyroda