NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

„Ziemia gromadzi prochy” (1)

Gdy w 1918 roku powstała Polska, gdy po latach jej istnienia opadły emocje regionalne i mozolnie rodziła się stabilizacja społeczna powstawał jeden naród, rodziło się też wśród Polaków pytanie: czy w granice Rzeczpospolitej wróciły wszystkie ziemie zamieszkałe przez Polaków? Wiadomo bowiem było już w dobie plebiscytów, powstań śląskich i wielkopolskiego, że poza granicami pozostały poważne połacie zamieszkałe przez tysiące rodowitych, od wieków tam zamieszkałych rodaków. To był Śląsk, Ziemia Opolska, Ziemia Lubuska, Krajna, północne Kaszuby, Warmia i Mazury oraz wiele innych mniejszych regionów. Jednak tuż po wojnie wszyscy cieszyli się nade wszystko z wolności, z powstania Polski, co spowodowało, że nie zawsze pamiętali o tych, którzy pozostali za granicą.

W miarę, jak upływały lata, rosła wszakże wśród Polaków świadomość, że Polska winna się upomnieć o Ślązaków, Kaszubów, Opolan, Lubuszan, Warmiaków i Mazurów. Jako pierwsza przypomina o tym literatura. Melchior Wańkowicz pisze rozpaczliwą książkę – reportaż „Tropami Smętka”, pokazującą tragiczne losy Warmiaków i Mazurów.

Śladami M. Wańkowicza idą inni pisarze i dziennikarze. W prasie pojawia się wiele znakomitych artykułów, przypominających dawne, historyczne obszary Polski nad morzem, na Śląsku, w Prusach. Historią, a także prehistorią tych obszarów coraz szerzej interesują się naukowcy. Znakomity archeolog Józef Kostrzewski z Poznania pisze książki, w których udowadnia, że na Pomorzu Zachodnim od prawieków mieszkała ludność słowiańska, obalając teorię uczonych niemieckich, jakoby tereny te były zamieszkałe przez Germanów, a Słowianie przebywali na nich tylko okresowo.

Zwrot wielu co bardziej światłych Polaków w stronę obszarów, które niegdyś stanowiły wielką Słowiańszczyznę, było przejawem szukania rodowodu. Nie trzeba było wielkiego wysiłku, by go odnaleźć. Wystarczyło zdmuchnąć pył z akt lub łopatą odgarnąć nieco ziemi, aby znaleźć prochy pokoleń wchodzących niegdyś do jednej wielkiej rodziny Słowian. Tak postąpił Melchior Wańkowicz, tak też uczynił Józef Kisielewski, autor niezwykłej książki – reportażu pt. „Ziemia gromadzi prochy”. Fragmenty tej właśnie książki pragnę przybliżyć, ponieważ zawarte są w niej niezwykłe, często rewelacyjne wiadomości o polskiej przeszłości Pomorza Zachodniego, w tym obszaru zwanego obecnie Pomorza Środkowego, a także ziem zaodrzańskich, Meklemburgii.

Książka „Ziemia gromadzi prochy” jest „białym krukiem”. W Polsce posiada ją zaledwie kilka bibliotek i niewielu prywatnych zbieraczy książek. Zachowało się tak niewiele egzemplarzy tego wydawnictwa, ponieważ było ono pierwszą ofiarą okupacyjnych prześladowań. Książkę Józefa Kisielewskiego wydrukowano w Wydawnictwie św. Wojciecha w Poznaniu w 1939 roku. Nie zdążyła się ona jeszcze rozejść po księgarniach, kiedy wybuchła wojna. Niemcy wiedzieli, gdzie została wydrukowana i zniszczyli niemal cały nakład.

Na wstępie Kisielewski pisze, że wybierając się w 1937 roku do III Rzeszy pragnął ukazać to, co współcześnie dzieje się na tym obszarze. Ani mu było w głowie pisać o słowiańskiej przeszłości Berlina czy innych miast. Interesuje go ruch faszystowski i przemiany, jakie zachodzą w Niemczech.

W miarę jednak, jak zagłębia się w terytorium Niemiec, jak przychodzi mu odpierać argumenty w kwestii rzekomego zaboru ziem niemieckich przez Polaków, uświadamia sobie, że trzeba koniecznie – i to w oparciu o sprawdzalne, niezbite fakty – odeprzeć popularną wśród Niemców tezę, jakoby np. Poznańskie było i miało pozostać niemieckie i że Polacy tylko chwilowo posiedli te ziemie. Widać, jak w książce narasta protest przeciw takim twierdzeniom. Autor dochodzi do wniosku, że historia przedstawiała się zgoła inaczej. W rzeczywistości tworzyły się dzieje rugowanych bądź po prostu mordowanych przez Germanów plemion słowiańskich. I Józef Kisielewski z wielką satysfakcją stwierdza, że całe ziemie wschodniej części III Rzeszy gromadzą polskie prochy. I że wszędzie, mimo upływu wieków, znajdują się ślady słowiańskiej przeszłości obszarów położonych nie tylko na wschód od Odry, ale także pomiędzy Odrą a Łebą.

Po powrocie do kraju poznański pisarz, poeta i dziennikarz (następnie żołnierz polski w Anglii, gdzie umiera w 1966 roku), zanim napisze książkę „Ziemia gromadzi prochy”, przestudiuje blisko 200 wydawnictw naukowych i popularnych, polskich i niemieckich, kroniki Tacyta, Helmolda i inne. Wykona tytaniczna wręcz pracę, aby nikt nie mógł mu zarzucić, że jego relacje i argumenty są wyssane z palca. Wszystkie swoje obserwacje, jakie poczynił w III Rzeszy, poparł rzetelną dokumentacją naukową. Za to właśnie jego książka była przez hitlerowców zaciekle tępiona, a on sam – równie zaciekle poszukiwany. Udało mu się jednak zbiec przez zieloną granicę i dotrzeć do Anglii.

Pierwszy rozdział książki nosi tytuł: „Na zachód od Frankfurtu” i ozdobiony jest sylwetką króla polskiego na tle mapki granic na Łebie. Napis na rysunku jest następujący: „Nie jesteśmy tu od wczoraj – sięgaliśmy daleko na Zachód”.

Po przekroczeniu granicy polsko-niemieckiej już miejscowość Kargowa przypomina podróżnikowi o Polsce. W tej bowiem miejscowości mieszkał hr. Krzysztof Unruh, który w XVII wieku wielce zasłużył się Polsce. Tak będzie prawie co krok. Oto przy wjeździe do Berlina „Na wielkiej kolejowej karcie Berlina wystylizowana jest w pewnym miejscu duża nazwa przedmieścia: „Nowawes”. W sierpniu jeszcze ta nazwa widniała na planach, była jeszcze we wrześniu, dopiero w październiku 1937 roku zmieniono ja na „Neudorf”. Jadąc do Drezna J. Kisielewski spotyka nazwę „Marzanna”. Fakt ten komentuje następująco: „Niemieckie usta wymawiają taką nazwę nieprawidłowo „marcana” i na pewno nie odgadują nawet, jaki ładunek groźnego romantycznego uroku kryje to imię, na które wysiliła się twórczość ludowa całej Słowiańszczyzny”.
Wędrując dalej autor książki „Ziemia gromadzi prochy” pisze:
„Odkrywanie tego rodzaju faktów – zanim oswoimy się w obcym kraju – sprawia prawdziwą radość i przełamuje odosobnienie”. I odkrywa ich J. Kisielewski w swej wędrówce bardzo wiele. „Przecież mniej więcej 75% wszystkich napotkanych po drodze nazw posiada rodowód słowiański. Już nie tylko końcówki na „ow” i „itz”, które z Warnowa zrobiły Warnow, z Karłowa – Carlow, z Pniowa – Pinnow, a z Kamienicy i Gliwic – Chemnitz i Gleiwitz, ale setki i tysiące innych: i Zarrenntin i Kraak i Gnissau, Curau, Warin, Cramon, Mölln, Kogel, Kröpelin, Dabel i jakże się one tam nazywają. Aby zaś ktokolwiek nie sądził, że w takich aneksjach tkwi choć źdźbło literackiego zmyślenia, na kartach tego rozdziału znajdą się autentyczne fotografie z niemieckiego „Auto-Atlas von Deutschland, wydanego przez firmę Stritzke i Rothe w Berlinie”.
Pisząc o tym autor w pewnym miejscu dodaje: „... połowa terenu niemieckiego, zwłaszcza zaś ziemie nad morzem leżące, podminowane są słowiańskością, na których rozsiadł się żywioł obcy, żywioł najezdniczy”.

Często Kisielewski jest zaskoczony faktami historycznymi, tak dobitnie świadczącymi o słowiańskości terenów, przez które przejeżdża. Oto np. aż pod Hanowerem spotyka – jak pisze – osiedle Wendland. „Wend” to słowo określające Słowianina, wielokrotnie odnotowane w kronikach i zapiskach historycznych. Zatem nazwa ta oznaczałaby „ziemia Słowian”.
„Takich Wendlandów (rezerwatów Słowiańszczyzny) – zanotował w książce – jak pod Hanowerem, jest na terenie Niemiec więcej, ale najsławniejszy, bo najbardziej na zachód wysunięty jest właśnie Wendland hanowerski. Zawiera on resztki dawnego słowiańskiego szczepu Drzewian”.

Ale to nie wszystko. Będąc w pobliżu Hamburga znalazł dowody, że jeszcze w XVIII wieku wokół tego miasta mówiono po słowiańsku. Pisze: „... w owym osiemnastym wieku, wieku rozbudzonych ambicji badawczych, pod wpływem nie wiadomo jakich bodźców kilku ludzi zauważyło gwałtowne znikanie zwyczajów i mowy miejscowej. Wśród tych zapaleńców jeden był tylko tubylec, szewc zdaje się, inni przybyli z innych stron, nauczyciele i urzędnicy. Szewc nazywał się nieco dziwnie, bo Jan Parum Szulc. On to wespół z przybyszami zebrał zabytki ginącej mowy, sporządził słownik i pozwolił nam dziś z całą pewnością wiedzieć o tym, że Słowianie połabscy mówili językiem zbliżonym do polskiego”.

„Warto uświadomić sobie – pisze dalej Kisielewski – koło Hanoweru mówiono po słowiańsku przez długie wieli, mówiono za ostatniego króla polskiego, mówiono w rok wiedeńskiego kongresu (1815) i być może w chwili listopadowego powstania. Dziś nie mówi już nikt, ale ślad pozostał. Mieszkaniec dzisiejszego Wendlandu przemawia nie tylko odmiennym akcentem, lecz inaczej składa zdania, w słownictwie używa wielu słów przekręconych ze słowiańskiego języka. Nie tylko zresztą to, sposób budowania chat i rozmieszczania wsi jest tam dotąd zupełnie słowiański, a zwyczaje ludowe różnią się od zwyczajów całego bliższego i dalszego terenu. Gdy się weźmie pod uwagę, że rezerwaty te utraciły niepodległość jeszcze przed czasami Mieszka I – miara trwałości ukaże się w skali z górą tysiąca lat. Wielka miara”.

Pozostałości słowiańskie zachowały się wszakże nie tylko w postaci nazw miejscowości. W górach Harcu Kisielewski znajduje figurę wyobrażającą Matkę Boską Bolejącą. Okoliczny lud otacza rzeźbę wielką czcią, a od dawien dawna zwykł ją nazywać "„ommaibog”. W Jutlandii, a więc na terytorium Danii, jedna z wysp nosi nazwę „Grossbrode” – wielki bród. Na fryzyjskiej wyspie Amrum w czasach, kiedy przebywał na niej pisarz, ojca nazywano „aati”, a na wyspie Föhr – „oti”. Ludność mieszkająca na lądzie w pobliżu tych wysp mówi po prostu „täte”. Nad Renem w pewnych okolicach na małe dziecko wołano „kleine dietzke”, kładź się brzmiało „klatsch dich”. Znane było też słowo „pritsch” – precz.

„I rzecz na pozór nie do wiary – pisze J. Kisielewski – jakimi to zygzakami chodzą losy historii. Oto wśród książąt meklemburskich, zupełnie zniemczonych, zalanych falą pruskiej dyscypliny, po ośmiu stuleciach nie wygasła świadomość słowiańskiego rodowodu! Słabe tego co prawda istnieją oznaki, ale przecież istnieją. W roku 1864 książęta ustanawiają Order Korony Wendyjskiej czyli słowiańskiej. Mieli więc świadomość słowiańskiego pochodzenia. Ba, nie tylko! Mieli świadomość, że ich ojczyzna była niegdyś królestwem. Potwierdza to nie tylko order, lecz niespotykany w dziejach innych narodów poniższy fakt. Pragnąc kontynuować swój słowiański rodowód, książęta zapragnęli równocześnie powrócić do słowiańskiego języka. Wyszukali młodego językoznawcę Fryderyka Lorentza, któremu zlecono odtworzenie dawnego języka. F. Lorentz nie zawodzi. Poznawszy resztki języka przede wszystkim wieśniaków meklemburskich, którzy m. in. używali takich słów, jak „blot” (błoto) i „dups” (czego nie trzeba już tłumaczyć), dochodzi do wniosku, że język dawnych Słowian podobny jest do języka kaszubskiego. Pisze dwutomową „Gramatykę pomorską”, która ukazuje się w latach dwudziestych naszego wieku. Książęta zalecili posługiwanie się nią w szkołach. I tak – w poszukiwaniu korzeni rodowodowych – książęta meklemburscy mieli – gdyby nie wybuch wojny – szansę odtworzyć nie tylko język swych przodków, lecz także historię. Wrócić do swych korzeni.

Dziś po tych inicjatywach nie ma już śladu poza dwutomową pracą F. Lorentza. Pozostały jednak nazwy miejscowości, rzek, pagórków itp. W użyciu nadal są takie słowa, jak „woode” na oznaczenie wody, „lanke” na oznaczenie łąki i wiele innych. Pozostały prochy, które zgromadziła ziemia”
/ cdn /
 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: pozycjonowanie szafki pod akwarium