NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Ewa Bukowska [Warszawa]

Wojenne wspomnienia Stanisława Rudnika z Zapcenia

W cyklu: Historia (liczba artykułów 64)

[NG: 06]   Autor: Ewa Bukowska - Warszawa (liczba artykułów: 5)

Pierwszy z prawej - Stanisław Rudnik.

Pierwszy z prawej - Stanisław Rudnik.


Breda tuż po wyzwoleniu.

Breda tuż po wyzwoleniu.


Stanisław Rudnik w beretce (Holandia)

Stanisław Rudnik w beretce (Holandia)




Stanisław Rudnik (w ośrodku) /Holandia/

Stanisław Rudnik (w ośrodku) /Holandia/


W 1939 roku kiedy wybuchła II wojna światowa miałem 14 lat. A kiedy w 1943 roku ukończyłem 18 lat zostałem powołany do wojska niemieckiego , do Wehrmachtu. Przewieziono mnie do jednostki szkoleniowej w Rentburgu, gdzie przeszedłem 3 miesięczny okres rekrucki.. Z Rentburga cały nasz oddział przerzucono do Dani. Podróż trwała prawie 2 tygodnie. W samej Dani przebywałem tylko parę dni, bowiem, któregoś dnia zostaliśmy za okrętowani na słynnym niemieckim krążowniku „Bismarck”. Po wypłynięciu na szerokie wody Morza Północnego okręt został zaatakowany przez samoloty Aliantów. Było groźnie. Wszyscy musieliśmy ubrać kamizelki ratunkowe, szalupy były już spuszczone na wodę, bomby rozrywały się coraz bliżej okrętu. Jednak okręt przy pomocy asystujących mu innych okrętów obronił się. Popłynęliśmy dalej i po paru dniach „Bismarck” wpłynął do portu w Oslo w Norwegii. Tu zeszliśmy na ląd razem z całą naszą jednostką i uzbrojeniem artyleryjskim. Po czym pieszo, popychając działa , poprzez góry w niesprzyjających warunkach atmosferycznych, przy siarczystym mrozie i oblodzonych wysokich stokach górskich, poprzez które przebiegała droga dotarliśmy do miejsca naszego zakwaterowania.

Było to miasteczko Kinepos. Naszymi koszarami były drewniane baraki pokryte blachą Tam między innymi przechodziliśmy szkolenie strzeleckie i uczono nas taktyki walki z partyzantami. Jednocześnie pełniliśmy służbę wartowniczą na znajdującym się tam dużym moście drogowym. Most ten mimo ochrony został przez partyzantów norweskich wysadzony w powietrze. Przy tej okazji zginęli wszyscy ochraniający go żołnierze z naszej jednostki.

Po paru miesiącach z Norwegii, latem 1944 roku zostałem przerzucony do Normandii. Po paru dniach znalazłem się na kierunku głównego natarcia ofensywy alianckiej.

Broniliśmy się ukryci w głębokich do 2,5 metrów okopach Było w nich na tyle bezpiecznie o ile nie trafiły w nie bezpośrednio pociski lub lotnicza bomba. Po jakimś czasie alianci użyli tak zwany przez nas pocisków „ogłuszających” i wyparli nasz oddział z zajmowanych linii. Pociski te były szczególnie niebezpieczna dla atakowanych żołnierzy bronią Wypełnione były one gazem bojowym o właściwościach usypiających. Nic dziwnego, że m.in. dzięki. tej broni udało się Aliantom przełamać niemiecka obronę i przesunąć się w głąb lądu., ale jak się okazało nie na długo , bowiem zostali po czasie na powrót wyparci.

Warunki jakie przyszło nam przeżywać w tym czasie były bardzo trudne. Nie docierały do nas tabory z zaopatrzeniem, zarówno z pociskami jak i jedzeniem. My byliśmy głodni a działa milczały...Stan taki spowodował, że Niemcy poddali się wywieszając wzdłuż linii obrony białe flagi. Ja wcześniej opuściłem okopy frontu, bowiem zostałem ogłuszony, odłamkiem pocisku. Od śmierci uratował mnie hełm. Było to straszne przeżycie. Kontuzjowany przeleżałem na gołym polu wśród ranionych w tej potyczce niemieckich żołnierzy a także zranionych koni.. Dookoła nas panował smród, rozlegały się jęki, wołania o pomoc. Po odzyskaniu sił, wykorzystałem sprzyjająca sytuacje i zbiegłem. Ukryłem się w pobliskich zabudowaniach, w których mieszkała jak się okazało rodzina francuska pochodzenia polskiego. Miałem szczęście, zostałem przez nią przygarnięty i ukryty. Do mej kryjówki jedzenie dostarczała mi córka gospodarzy. Ludzie ci ukrywając mnie narażali nie tylko siebie na śmierć, ale także całą wioskę na określone represje. Na szczęście do tego nie doszło. Szkoda, że dziś nie pamiętam jak nazywali się ci bohaterscy ludzie i w jakiej to było wiosce.

Po poddaniu się do niewoli alianckiej, trafiłem do obozu jenieckiego w Bure /Francja/. W obozie tym przebywało tysiące jeńców. Trzymani byliśmy na ogrodzonym i nie zabudowanym terenie, stąd spać musieliśmy „ pod gołym niebem”. Na środku obozowego placu stała wysoka wieża wartownicza. W nocy zainstalowane na niej reflektory oświetlały plac i co dwie godziny z umieszczonych na niej tam także megafonów, rozlegały się w różnych językach ostrzeżenia, by nie próbować ucieczki bo grozi to zastrzeleniem przez wartowników.

Alianci nasamprzód każdego zatrzymanego jeńca przeszukiwali, zabierając wszystko co posiadał, włącznie z rzeczami osobistymi: zegarkami, obrączkami, łańcuszkami i medalikami włącznie. To nic, że dla wielu z nas były to pamiątki rodzinne , czy talizmany o dużej wartości emocjonalnej. Jedzenie otrzymywaliśmy dwukrotnie dziennie. Dostawaliśmy po dwie szklanki herbaty i po paczce sucharów. W obozie tym Alianci przeprowadzili „segregacje” dzieląc nas na poszczególne grupy. W pierwszym rzędzie wyodrębniono żołnierzy SS i Gestapo, potem Rosjan następnie Polaków, Belgów i Holendrów. Kto z tej ostatniej grupy chciał, mógł się zgłosić, aby dalej brać udział w wojnie i walczyć przeciwko Niemcom.

Zgłosiłem swą chęć przejścia w szeregi Aliantów. Trafiłem do Szkocji. Tam na nowo umundurowany przeszedłem przeszkolenie, po czym zostałem przydzielony do oddziału lekkiej artylerii. Byłem tzw. naprowadzającym na cel . Popołudniami uczestniczyłem w lekcjach języka angielskiego. W Anglii nie musieliśmy narzekać na warunki zakwaterowania i żywienia. Co prawda na początku wielu z nas chorowało nie będąc od dawna przyzwyczajonymi do obfitego i regularnego odżywiania. Tu mogliśmy chodzić nie tylko do kina ale i na tańce, nie brakowało również alkoholu. Któregoś dnia zostałem przydzielony do „ochrony” ważnego pułkownika /nazwiska nie pamiętam/, który w jakiejś misji wysłany został do Europy Południowej. Tak dzięki temu miałem okazję być w Rzymie a także w Watykanie. Po powrocie do Szkocji, nasz oddział do którego należałem został przegrupowany w pobliże portu . Pewnego razu gdy byliśmy w kinie, przerwano seans i zostaliśmy alarmowo przerzuceni konwojem morskim a potem lądem na przedmieścia Bredy w Holandii. Nasz oddział wszedł w skład 333 Korpusu angielskiego II Dywizji Pancernej gen. Maczka.

Początkowo byłem artylerzystą. Po paru dniach przeniesiono mnie do polowej centrali telefonicznej i jako łącznościowiec uczestniczyłem na pierwszej linii frontu w walkach w obronie tego miasta. Za tą skuteczna obronę z wieloma innymi zostałem wyróżniony tytułem Honorowego Obywatela Bredy. Obywatelstwo to przyjąłem jako Kiedrowski z Lublina . Ta konspiracja była potrzebna po to by chronić przed niemieckimi represjami mą rodzinę w Zapceniu. Fakt tego wyróżnienia do dziś figuruje w dokumentach tego holenderskiego miasta.

Z kolei z Holandii oddział nasz został przerzucony do Belgii tam też braliśmy udział w ciężkich walkach obronnych, któregoś z belgijskich miasteczek. Pamiętam, że było bardzo ciężko. Przez tydzień byliśmy w okrążeniu, brakowało nam amunicji , zniszczone mieliśmy uzbrojenie artyleryjskie, brakowało jedzenia a przy tym coraz więcej wśród nas było rannych. W końcu zmuszeni byliśmy się wycofać.

Gdy w 1945 roku zakończyła się wojna znajdowałem się w Niemczech, w Berlinie. Pamiętam moment gdy oficjalnie ogłoszono klęskę Niemiec i koniec wojny. Salw zwycięstwa nie było końca. Skończył się dla nas frontowych żołnierzy koszmar, okrucieństwo i grożące nam nieszczęścia . Każdy z nas miał już dosyć takiego życia, którego celem było przetrwanie i przeżycie kolejnego dnia. Byłem szczęśliwy, że mi się to udało !

Jeszcze przez ponad 2 lata przebywałem w Niemczech, służąc na ochotnika w szeregach żandarmerii. W 1947 roku nadszedł czas kiedy musiałem powrócić do Polski., do domu.

Po powrocie do Ojczyzny na swe rodzinne Gochy - dowiedziałem się iż za to, że ten powrót opóźniłem zostałem w międzyczasie pozbawiony obywatelstwa polskiego. W ten sposób wówczas karano tych co pozostawali na Zachodzie. Z tego wynikało, że sądzono iż ja też z tej „wojaczki” nie powrócę. do kraju. Z tego powodu regularnie musiałem meldować się przed funkcjonariuszami UB w Chojnicach. Dopiero w 1948 roku na powrót odzyskałem obywatelstwo polskie. Na tym nie skończyły się me perypetie, bowiem po jakimś czasie odwiedził mnie oficer z Pomorskiego Okręgu Wojskowego z Bydgoszczy. Był on w stopniu majora i jak się później domyśliłem był żołnierzem wywiadu. Major ten nasamprzód namawiał mnie do wstąpienia do partii, a potem do wojska, do wywiadu w ramach, którego po przeszkoleniu miałem być odesłany do „pracy” na tereny, które poznałem w okresie wojny, a zwłaszcza podczas służby w alianckiej żandarmerii. Powiedziałem, że się namyślę , poprosiłem o adres, gdzie mam się zgłosić, oczywiście nie miałem tego zamiaru uczynić...

Wspomnę jeszcze, że w czasie tej wojny było mi dane spotkać się z wieloma uznanymi dowódcami alianckimi w tym Wojska Polskiego, m.in. z Montgomerym, generałami Maczkiem i Rudnickim.

Dzisiaj z perspektywy czasu pamiętam zwłaszcza te wojenne dni w których znajdowałem się w szczególnych i nadzwyczajnych sytuacjach. Dzisiaj wiem, że udział mój w tej okrutnej wojnie nauczył mnie jednego - mianowicie jak należy żyć i cieszyć się życiem! Choć ten wojenny czas dla takich jak ja uczestników tych zdarzeń jest już bardzo odległy, to nadal żywe są w mej pamięci obrazy i przeżycia z tej wojny.

Wdzięczny jestem , że przy pomocy Pani redaktor Ewy Bukowskiej, jak ja urodzonej i w wychowanej w Zapceniu, mogłem podzielić się z Czytelnikami „Najich Gochów”, moimi wojennymi przeżyciami, które zwłaszcza młodym niech dopowiedzą o prawdzie tamtego czasu...

• Niniejszą rozmowę wzbogacają zdjęcia jakie uzyskałem od Stanisława Rudnika i Jana Talewskiego z Kramarzyn, który uczestniczył także w szeregach Korpusu gen. Maczka w walkach w Holandii, walcząc również w obronie Bredy. Być może zarówno Jan Talewski jak i bohater powyższych wspomnień walczyli obok siebie, nie znając się i nic nie wiedząc o sobie.
Jako ciekawostkę należy odnotować, że Jan Talewski pamięta interesujące nas niemieckie miasto Goch, przez które prowadziły go koleje wojennego losu. Miasto to i jego okolice pozostało w jego pamięci, jako zwalisko gruzów z zerwanymi mostami na rzekach Massie i Renie, a także zniszczonych prowadzących do niego dróg. / tz /


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Tanio, szybko suplementy najwiekszy wybór usługi informatyczne warszawa konto premium Warszawa - gainer odżywki i suplementy diety