NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

„ZIEMIA GROMADZI PROCHY” (3)

Już w Szczecinie Józef Kisielewski czuł się jak w Polsce. Podobnie na Pomorzu Zachodnim. Wszystko mu było tu swojskie. Nie tylko historia. Na każdym kroku spotka Polaków. Tych, którzy tu przyjechali na „saksy” i potomków tych, którzy na ziemi pomorskiej mieszkali od wieków. Pisze więc o nich, o ich problemach. Nie – że ziemia ta gromadzi prochy, chociaż często i prochy powołuje na świadków polskiej przeszłości Pomorza Zachodniego. Pisze o Polakach jako prawowitych gospodarzach tej ziemi.

Jadąc ze Szczecinka do Kołobrzegu zatrzymuje się w miejscowości Glauwitz, która leży gdzieś – jak pisze – pomiędzy Szczecinem a Kołobrzegiem. W rzeczywistości miejscowości o takiej nazwie na tych obszarach nie było. Sprawdziłem to w „Słowniku nazw niemiecko-polskich” Stanisława Rosponda. Nie było, ponieważ J. Kisielewski zmienia również nazwiska tych, o których pisze. Wszystko to ma ochronić spotykanych tu ludzi przed raczej pewnymi represjami hitlerowskimi.

Otóż w nowych Glauwitz-Głowicach działa się w tym roku, kiedy był tam Kisielewski (1937), rzecz zdumiewająca: zebrali się miejscowi Polacy, aby omówić swoją sytuację, utrwalić swą polskość. Autor pisze: „Niemcy obliczyli, że na zebraniu z całego okręgu będzie dziesięć, dwadzieścia osób. Patriotyzm patriotyzmem, a deszcze deszczem. Zwłaszcza kobiety i dzieci zawiodą. Tymczasem osób więcej niż w zeszłym miesiącu (...) chociaż drogi były nie najlepsze. A przecież ciągnie cała okolica, jak kto może: rowerem, motocyklem, koleją lub własnymi nogami...

Na niemieckim Pomorzu jest Polaków bardzo wielu. Żaden z nas, którzy w Polsce mieszkamy, za mało troszcząc się o rodaków mieszkających poza granicami, aniby się spodziewał, ile naprawdę polskich rąk pracuje na niemieckiej, a niegdyś słowiańskiej roli. Setki, tysiące”.

Od siebie dodam, że na tzw. saksy, to jest do roboty, z przeludnionych terenów Polski przyjeżdżali ludzie na Pomorze Zachodnie, gdzie na skutek tzw. „Ostfluchtu”, czyli ucieczki Niemców z tych terenów, wciąż brakowało ludzi do pracy – zwłaszcza w junkierskich majątkach. W końcu XIX wieku i na początku XX wieku Pomorze Zachodnie nieustannie się wyludniało. Niemcy wyjeżdżali do bardziej uprzemysłowionych regionów Prus, gdzie mogli więcej zarobić. Na ich miejsce przyjeżdżali Polacy. Nie tylko na roboty w rolnictwie i przemyśle. Coraz częściej – szczególnie przed pierwszą wojną światową i w pierwszych latach po niej – w wielu miejscowościach osiadali się również polscy rolnicy, przemysłowcy oraz kupcy. Potwierdzają to tzw. Adressbuchy koszalińskie. W jednym z nich (z 1926r.) stwierdziłem, ze w samym tylko Koszalinie na około 25 tys. mieszkańców mieszkało około 16% Polaków i drugie 16% ludzi noszących pomorskie nazwiska. Ci ostatni wywodzili się z ludności rodzinnej. W kilku wsiach w okolicy Koszalina zwiedzający je w 1910 roku polski naukowiec Stanisław Ramułt stwierdził, ze są to wsie niemal całkowicie polskie.

Wróćmy jednak do Józefa Kisielewskiego i do zebrania w Głowicach. Pisze on:
„W Glauwitz zatrzymaliśmy się w „Hotelu Sobota”. Więc już na szyldzie znajomy ton. Wychodzi tłusty, pełen godności gospodarz. Powiadamy:
- Dzień dobry, panie Sobota.
- Nie rozumiem po węgiersku – odpowiada po niemiecku.
Jeszcze nie odetchnęliśmy z niemiłego wrażenia, gdy z bramy wyszedł kelner hotelowy i zbliżywszy się oznajmił po polsku:
- Szef nigdy nie mówi po waszemu. On jest Niemiec.
- Boi się?
- Nie wiem.
- A pan się nie boi?
- Nie.
- Czy pan też jest Sobota?
- Nie, ja się nazywam ... Pfeiffer.

(...) W małym przedsionku kościoła poznajemy tragiczną historię i niedolę serc polskich. W rozmaitych umowach i konwencjach, wiele razy przez dyplomatów potwierdzonych, zostało ułożone, że parafie, w których mieszkają większą liczbą Polacy, będą miały polskie nabożeństwa i polskie kazania; na przemian z niemieckimi. Ale wiadomo, jak to z umowami. Prawie wszyscy w tych stronach księża umieją po polsku, ale nie wszyscy chcą się do tego przyznawać. Coraz mniej się przyznaje. Teraz, od czterech lat, to znaczy od czasu, gdy taki walor uzyskał pan Alfred Rosenberg (największy rasista), jest z każdym dniem gorzej. Odmawiają polskiego kazania starsi księża, wśród młodszych znajdzie się więcej zrozumienia”.

Nabożeństwo odprawione zostało po niemiecku. Również kazanie ksiądz wygłosił w języku niemieckim. „Ksiądz odchodzi – pisze J. Kisielewski – ale pod sam koniec mszy uczyniona została koncesja; teraz wolno śpiewać po polsku. (...) Gdy tylko milkną słowa poprzedniej, zaczyna się nową. Skoro więc raz takie pozwolenie wydane zostało, trzeba je wykorzystać aż do końca, aż do ostatniej nuty, do ostatniego tchu w piersiach. Jest już godzina druga, a oni jeszcze śpiewają. Zabiera głos prezes, pan Pawlak: Nasi rodacy w Niemczech oduczyli się właściwego śpiewania. Ciągną melodię zbyt długo. Dzieje się tak z powodu, że zbyt wiele przebywają wśród Niemców. Polacy śpiewają żywo. Radośnie, z ochotą, z właściwym tempem i pełną piersią. Niemcy zaś ciągną pieśni długo i ciężko...

Po mszy w kościele odbywa się zebranie i zabawa. Odbywa się ona w restauracji. Goście z Polski też byli obecni. W pewnym momencie, gdy do ich stolika dosiada się młody Polak, Pawlak mówi: „Uważajcie, to zapłacony.” Ale to jest płotka. Tych płotek znajdowało się na sali więcej. Szczupak wszedł dopiero przed trzecią. Nazywał się Piehl, był ... super specjalistą w podglądaniu i podsłuchiwaniu bliźnich. Gdy wszedł, na chwilę zapanowała cisza. Prezes Pawlak poszedł powitać się z nim. Pan prezes zagaił kilku słowami, po czym głos zabrał referent przysłany ze Związku Polaków w Niemczech. Referat dotyczył polskich zwycięstw historycznych. Przed rozesłaniem odczytu uzgodniono go ze wszystkimi instytucjami. Skutkiem tego wyprany został z jakichkolwiek żywych rumieńców. I doprawdy nie wiem do dziś, co sprawiło, że się tego pustego odczytu, źle w dodatku przeczytanego, słuchało z zapartym tchem. Po wierszu:
Wiem ja, bo mi o tym mama powiadała
Żem dziecię tej ziemi, żem jest Polka mała ...
odśpiewano Mazurka Dąbrowskiego. Wszyscy stoją wyprostowani – wyprężeni, a pan Piehl siedzi rozparty niedbale ...

Po zebraniu następuje zabawa. Gospoda huczy od pokrzykiwań i poplątanych głosów, od muzyki i tańca. Zabawa idzie na dwie sale: w większej strażacy, w mniejszej Polactwo. Czasem się to zaciera. Przy bufecie stoją strażacy i gadają z naszymi. Mówią jak nic po polsku. Wyrażam zdziwienie. Pan Pawlak wyjaśnia zagadkę:
- Oni biorą także Polaków do straży. I do Arbeitsdienstu.
- A to wolno?
- Obywatele niemieccy muszą służyć we wszystkim jak Niemcy. Ale zdarza się, że i robotników polskich biorą. Zwłaszcza młodych (...). Wprawną ręką pan Pawlak z tłumu granatowych mundurów wyławia Franza Janikowskiego ...
- Dzień dobry Franciszku – mówi Pawlak.
- Heil Hitler – powiada nieufnie Janikowski. Ale pod świdrującym spojrzeniem pana Pawlaka spuszcza oczy i mówi raptem – zamiast spodziewanego „dzień dobry” – Bóg zapłać
Sam jednak wie, że coś poplątał, bo się czerwieni:
- Umie po polsku?
- Jo, bischen.
- A pan jest obywatelem polskim?
- Jo. Polski.
- I wzięli pana?
- Wzięli. Był mus.
Gdy zostajemy sami, Pawlak mówi: Nie ma szkół polskich, rodziców nie słuchają, to się i niemczą. Władza zresztą ciągle nas wszystkich namawia: przepisz się na pass niemiecki, co już macie z tej Polski? I tak za rok, za dwa połowa Polski będzie nasza (...). Ciągle tu mowa o tym, że żywią ochotę na zachodnie ziemie Polski (...). Tu nie puszczają ani nawet przez pocztę żadnej polskiej gazety. Teraz zakazali „Przewodnika Katolickiego”. Czy jest to sprawiedliwe?”

Nie sposób nie przytoczyć dość spornego fragmentu książki Józefa Kisielewskiego, w którym pisze on o pracy robotników polskich. „Robotnicy tu są z różnych lat. Są tacy, co siedzą po lat trzydzieści, ale i są późniejsi, albo zupełnie nowi. Jak powstał Hitler i zaczął tępić bezrobocie, w roku 1933 zamknęli możliwość przyjeżdżania na sezonowe roboty. Kto siedział dawniej, zostawał, ale nowym nie wolno było przyjeżdżać. Przedtem przyciągało tu w kwietniu dziesięć, dwanaście tysięcy. Przez cztery ostatnie lata – ani jeden. Rozkazali, aby dwory przez arbeitsamty forsowały tylko niemieckiego robotnika. Władza kazała, panowie właściciele musieli słuchać, ale już wtedy mieli miny krzywe. Bo co tu gadać: robotnik niemiecki nie umie na roli pracować. Jemu potrzebne są wielkie wygody. Pracuje osiem godzin i ma fajrant. A ziemia takiej pracy nie poważa. Rolnik Wiskowski dodał: Jak przyjdzie chwila, to dziesięć, dwanaście, czternaście godzin pracy nie starczy. Będzie to tyle robił niemiecki laluś z miasta? A jakże! I dla tego cztery lata próby (Tu należy dodać, że Hitler zarządził tzw. zaciąg Niemców, którzy powinni osiedlić się na ziemiach wschodnich nad polską granicą. Ludzie z zaciągu otrzymywali wyższe niż w Rzeszy wynagrodzenie oraz dodatki za pracę na Wschodzie. Wbrew zamierzeniu akcja się nie powiodła. O tym właśnie mówi Wiskowski) było aż nadto. W roku 1937 wyznaczyli limit trzy tysiące robotników sezonowych z Polski (...). Nie było tego dosyć. Zaczęto ściągać robotników nielegalnie „przez wodę” (...). Władze obiecują łatwy wywóz pieniędzy, gdy jednak przyjdzie chwila wyjazdu, stawiają rozmaite trudności. Zachęcają, żeby zostawić pieniądze w tamtejszych Sparkassach. Chodzą nawet takie wieści, że Niemcy chcieliby przyciągnąć do siebie jak największą liczbę robotnika polskiego, dać mu pracę na roli, zamknąć w pewnej chwili granicę, a swoich ludzi zatrudnić w czym innym: w fabrykach i w wojsku.
Tak w czasie zabawy mówiono o trudzie Polaka, o tym ,że dzieci się wynaradawiają, że prześladowanie Polaków z roku na rok wzrasta. W pewnej chwili jeden z nich, Pożarski, mówi do grupy Polaków:
- A wiecie wy, że tu była dawniej Polska?
Myślą, że to żart, ale Pożarski dodaje: W Piritz, polskich Pyrzycach, jest pomnik biskupa Ottona z Bambergu, który chrzcił Polaków. Byli tu również królowie polscy Chrobry i Krzywousty.


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Meble ogrodowe