| | SKĄD NASZ RÓDW cyklu: Skąd nasz ród (liczba artykułów 7)[NG: 08] Autor: Eugeniusz Buczak - Koszalin (liczba artykułów: 7)„ZIEMIA GROMADZI PROCHY” (3) Już w Szczecinie Józef Kisielewski czuł się jak w Polsce. Podobnie na Pomorzu Zachodnim. Wszystko mu było tu swojskie. Nie tylko historia. Na każdym kroku spotka Polaków. Tych, którzy tu przyjechali na „saksy” i potomków tych, którzy na ziemi pomorskiej mieszkali od wieków. Pisze więc o nich, o ich problemach. Nie – że ziemia ta gromadzi prochy, chociaż często i prochy powołuje na świadków polskiej przeszłości Pomorza Zachodniego. Pisze o Polakach jako prawowitych gospodarzach tej ziemi. Jadąc ze Szczecinka do Kołobrzegu zatrzymuje się w miejscowości Glauwitz, która leży gdzieś – jak pisze – pomiędzy Szczecinem a Kołobrzegiem. W rzeczywistości miejscowości o takiej nazwie na tych obszarach nie było. Sprawdziłem to w „Słowniku nazw niemiecko-polskich” Stanisława Rosponda. Nie było, ponieważ J. Kisielewski zmienia również nazwiska tych, o których pisze. Wszystko to ma ochronić spotykanych tu ludzi przed raczej pewnymi represjami hitlerowskimi. Otóż w nowych Glauwitz-Głowicach działa się w tym roku, kiedy był tam Kisielewski (1937), rzecz zdumiewająca: zebrali się miejscowi Polacy, aby omówić swoją sytuację, utrwalić swą polskość. Autor pisze: „Niemcy obliczyli, że na zebraniu z całego okręgu będzie dziesięć, dwadzieścia osób. Patriotyzm patriotyzmem, a deszcze deszczem. Zwłaszcza kobiety i dzieci zawiodą. Tymczasem osób więcej niż w zeszłym miesiącu (...) chociaż drogi były nie najlepsze. A przecież ciągnie cała okolica, jak kto może: rowerem, motocyklem, koleją lub własnymi nogami... Na niemieckim Pomorzu jest Polaków bardzo wielu. Żaden z nas, którzy w Polsce mieszkamy, za mało troszcząc się o rodaków mieszkających poza granicami, aniby się spodziewał, ile naprawdę polskich rąk pracuje na niemieckiej, a niegdyś słowiańskiej roli. Setki, tysiące”. Od siebie dodam, że na tzw. saksy, to jest do roboty, z przeludnionych terenów Polski przyjeżdżali ludzie na Pomorze Zachodnie, gdzie na skutek tzw. „Ostfluchtu”, czyli ucieczki Niemców z tych terenów, wciąż brakowało ludzi do pracy – zwłaszcza w junkierskich majątkach. W końcu XIX wieku i na początku XX wieku Pomorze Zachodnie nieustannie się wyludniało. Niemcy wyjeżdżali do bardziej uprzemysłowionych regionów Prus, gdzie mogli więcej zarobić. Na ich miejsce przyjeżdżali Polacy. Nie tylko na roboty w rolnictwie i przemyśle. Coraz częściej – szczególnie przed pierwszą wojną światową i w pierwszych latach po niej – w wielu miejscowościach osiadali się również polscy rolnicy, przemysłowcy oraz kupcy. Potwierdzają to tzw. Adressbuchy koszalińskie. W jednym z nich (z 1926r.) stwierdziłem, ze w samym tylko Koszalinie na około 25 tys. mieszkańców mieszkało około 16% Polaków i drugie 16% ludzi noszących pomorskie nazwiska. Ci ostatni wywodzili się z ludności rodzinnej. W kilku wsiach w okolicy Koszalina zwiedzający je w 1910 roku polski naukowiec Stanisław Ramułt stwierdził, ze są to wsie niemal całkowicie polskie. Wróćmy jednak do Józefa Kisielewskiego i do zebrania w Głowicach. Pisze on: (...) W małym przedsionku kościoła poznajemy tragiczną historię i niedolę serc polskich. W rozmaitych umowach i konwencjach, wiele razy przez dyplomatów potwierdzonych, zostało ułożone, że parafie, w których mieszkają większą liczbą Polacy, będą miały polskie nabożeństwa i polskie kazania; na przemian z niemieckimi. Ale wiadomo, jak to z umowami. Prawie wszyscy w tych stronach księża umieją po polsku, ale nie wszyscy chcą się do tego przyznawać. Coraz mniej się przyznaje. Teraz, od czterech lat, to znaczy od czasu, gdy taki walor uzyskał pan Alfred Rosenberg (największy rasista), jest z każdym dniem gorzej. Odmawiają polskiego kazania starsi księża, wśród młodszych znajdzie się więcej zrozumienia”. Nabożeństwo odprawione zostało po niemiecku. Również kazanie ksiądz wygłosił w języku niemieckim. „Ksiądz odchodzi – pisze J. Kisielewski – ale pod sam koniec mszy uczyniona została koncesja; teraz wolno śpiewać po polsku. (...) Gdy tylko milkną słowa poprzedniej, zaczyna się nową. Skoro więc raz takie pozwolenie wydane zostało, trzeba je wykorzystać aż do końca, aż do ostatniej nuty, do ostatniego tchu w piersiach. Jest już godzina druga, a oni jeszcze śpiewają. Zabiera głos prezes, pan Pawlak: Nasi rodacy w Niemczech oduczyli się właściwego śpiewania. Ciągną melodię zbyt długo. Dzieje się tak z powodu, że zbyt wiele przebywają wśród Niemców. Polacy śpiewają żywo. Radośnie, z ochotą, z właściwym tempem i pełną piersią. Niemcy zaś ciągną pieśni długo i ciężko... Po mszy w kościele odbywa się zebranie i zabawa. Odbywa się ona w restauracji. Goście z Polski też byli obecni. W pewnym momencie, gdy do ich stolika dosiada się młody Polak, Pawlak mówi: „Uważajcie, to zapłacony.” Ale to jest płotka. Tych płotek znajdowało się na sali więcej. Szczupak wszedł dopiero przed trzecią. Nazywał się Piehl, był ... super specjalistą w podglądaniu i podsłuchiwaniu bliźnich. Gdy wszedł, na chwilę zapanowała cisza. Prezes Pawlak poszedł powitać się z nim. Pan prezes zagaił kilku słowami, po czym głos zabrał referent przysłany ze Związku Polaków w Niemczech. Referat dotyczył polskich zwycięstw historycznych. Przed rozesłaniem odczytu uzgodniono go ze wszystkimi instytucjami. Skutkiem tego wyprany został z jakichkolwiek żywych rumieńców. I doprawdy nie wiem do dziś, co sprawiło, że się tego pustego odczytu, źle w dodatku przeczytanego, słuchało z zapartym tchem. Po wierszu: Po zebraniu następuje zabawa. Gospoda huczy od pokrzykiwań i poplątanych głosów, od muzyki i tańca. Zabawa idzie na dwie sale: w większej strażacy, w mniejszej Polactwo. Czasem się to zaciera. Przy bufecie stoją strażacy i gadają z naszymi. Mówią jak nic po polsku. Wyrażam zdziwienie. Pan Pawlak wyjaśnia zagadkę: |
