NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny
Izabela Trojanowska, Prezes ZG ZK-P, 18.09.1983, uroczystości 300-lecia Wiktorii Wiedeńskiej, Brzeźno Szlacheckie; odznaczani od lewej: Jerzy Balcerzak, Teofil Żmuda-Trzebiatowski, Tadeusz Bądkowski.

Izabela Trojanowska, Prezes ZG ZK-P, 18.09.1983, uroczystości 300-lecia Wiktorii Wiedeńskiej, Brzeźno Szlacheckie; odznaczani od lewej: Jerzy Balcerzak, Teofil Żmuda-Trzebiatowski, Tadeusz Bądkowski.


Od lewej: Feliks Marszałkowski, Stefan Bieszk, Jan Trepczyk.

Od lewej: Feliks Marszałkowski, Stefan Bieszk, Jan Trepczyk.


*

„W Niemczech istnieje inna forma tożsamości narodowej, tutaj jest bardzo silna tradycja landów, regionalnych tożsamości, czego w Polsce nie ma”. Te słowa w wywiadzie dla berlińskiego „Dialogu” wypowiedział całkiem niedawno Adam Michnik, a w ślad za dialogiem powieliła je „Gazeta Wyborcza”.

Chciałbym się nieco z autorem tych słów posprzeczać. Głównie z tego powodu, iż wydaje mi się , że – w przeciwieństwie do Niemiec – chyba niezbyt dobrze zna swój własny kraj. Jego paletę regionalnych osobności i odcieni. Nigdy – to prawda – nie zyskał żaden z nich status Landu, czyli Kraju, Ziemi, jak kto woli, ale co do regionalnych tożsamości tych Ziem, jestem przekonany, że istnieją. I to nie od dziś, ale setek lat.

Na początek wszelako należałoby, równie często, jak kraj naszych zachodnich sąsiadów – i to niekoniecznie dla odbierania kolejnych godności wyróżnień oraz medali – odwiedzać dla ich szczegółowego, sine et studio czynionego, rozpoznania. Dla poznania własnych klimatów osobnych, o właśnie regionalnym – od słowa „region” – charakterze.

Takie Kaszuby, które powinny być p. Adamowi znane choćby z lektury powieści Guentera Grassa, są przecież, od jakiej bądź strony byśmy się im przyglądali, we wszystkim osobne. Od języka poczynając, co akurat nie jest właściwe owym niemieckim Landom, poprzez literaturę, strefę obyczajowości, obrzędowości – także kościelnej, gdy msza św. jest odprawiana, a bywa coraz częściej, po kaszubsku, po poczucie regionalnej więzi mieszkańców tej liczącej 300 tys. mieszkańców krainy.

Niegdyś, spieszę poinformować szefa „Gazety Wyborczej”, Kaszuby sięgały, hen, po przedmieścia Hamburga. Niewykluczone zatem, iż niejedną ze swych nagród odbierałbył, na dawnej, rdzennie kaszubskiej ziemi. Tylko o tym, biedaczysko, po prostu nie wiedział. A, że Berlin – samo słowo winno dać sporo do myślenia – to nic innego jak „Urslavische Stadt”. Berlin bywał dla przodków piszącego te słowa miastem takim, jak Gdańsk, do którego jeździło się – jeszcze na przełomie wieków – za pracą. 123 lata wspólnego z Prusami zaboru akurat na Kaszubach i u Kaszubów pozostawiło trwałe ślady na ich psychice. I może dlatego tak łatwo adaptują się do warunków panujących we współczesnym Berlinie.

Na Rugii, gdym dotarł za pomocą swego „malucha”, odwiedziwszy uprzednio Stralsund /Strzałów/, Greifswald /Gryfię/ oraz Rostock /Roztokę/ - z górą półwieku przede mną uczynił to Józef Kisielewski, autor książki „Ziemia gromadzi prochy” – czułem się jak, nieomal, u siebie w domu.

W dawnych latach Kaszubi – Aleksander Majkowski, autor „Źeca i przigód Remusa”, jeden z braci Bieszków – kończyli studia medyczne i wszelkie inne we Fryburgu, w Greiwswaldzie, bo był to obszar wobec którego nie żywili żadnych kompleksów.

Podczas wędrówki po Rugii – niemiecka nazwa tej bałtyckiej wyspy Ruegen – we wsi Sagard spotkałem w roli kustosza Muzeum Niemiekiego Boksu, rodowitego....Gdańszczanina. Sama zaś Arkona zdawała mi się pomorskim Biskupinem tylko nieco bardziej na zachód położonym. Nie bez kozery ta cześć Niemiec nosi miano VorPommern, czyli Pomorza Przedniego. Za nim postępuje to Zachodnie, dalej Środkowe, wreście Nadwiślańskie.

O tych sprawach należy wiedzieć, należy pamiętać i nie wyprzedawać, jak leci, własnych wartości w imię wychwalania cudzych. Tylko zawczasu należy je dobrze rozpoznać. Później zaś – kto wie? – stać się ich ambasadorem.

Już i francuskie departamenty udanie się na Kaszubach – podrabia? Imituje ? powiela ? – transponuje. Właśnie jesteśmy tu na Kaszubach świadkami narodzin, z woli wojewody pomorskiego p. JR Kurylczyka, województwa o nazwie kaszubsko – pomorskiego.

To też nazbyt mało ażeby snuć parabole z niemieckimi Landami ?

Jak pisał Grass ? „Polacy na Kaszubach przychodzili i z Kaszub odchodzili, Niemcy na Kaszuby przybywali i je opuszczali. A Kaszubi trwają na tej ziemi nieprzerwanie od tysiąca lat....”

**

Kaszubami rządzą groby i ...uczeni

Najpierw o tych pierwszych. Gdy wchodziłem w Kaszubską problematykę – było to pod koniec dekady lat 60-tych – żyli wszyscy najwięksi. W różnym stopniu obecni w intelektualnym i społecznym życiu Kaszubów. Jedni jak Ignacy Szutenberg, Franciszek Grucza, Brunon Richert, Aleksander Labuda, Feliks Marszałkowski, Jan Trepczyk, co do jednego dowojenni „Zrzeszyńcy” wiedli, z konieczności , żywot z lekka utajniony. Nie afiszowali się nazbyt. Nie okazywali zbytnich chęci ażeby ze swoim na kaszubskie tematy myśleniem, wychodzić na zewnątrz. To okoliczności im niezbyt sprzyjały. Ówczesna władza mocno patrzyła im na ręce, no i do głów także. Zbyt wielu było tamtą porą – nie ukrywajmy, iż także pośród samych Kaszubów – „strażników świętego ognia”. Zwolenników „czystości” ruchu kaszubskiego. Akurat skrajni w swoich poglądach „Zrzeszeńcy” niezbyt do roli protagonistów się nadawali. Krzywdy zbyt wielkiej też im nie czyniono. „Marszółka” zatrudnił się w kartuskim PZGS –ie i wiódł uładzony żywot biurowego gryzipiórka. Ksiądz Grucza oddał się pracy duszpasterskiej, Richert w kolejnych swoich miejscach pracy – acz ścigany przez SB – przecież przy pomocy przyjaciół, jakoś tam sobie radził. Z kolei Labuda był szkólnym w Stryszej Budzie, we wsi przez Boga i ludzi zapomnianej.

Gwoli prawdy ,Zrzeszenie wydało mu nawet „Słowniczek Kaszubski”. Jako Guczowemu Mackowi opublikowano mu trzy tomiki uciesznych kaszubskich facecji. Jan Trepczyk zaprawiony w walce z władzą – przed wojną został przymuszony do emigracji do wielkopolskiego Rogoźna – wespół z żoną Leokadią jeździł od szkoły do szkoły, od wsi do wsi z recitalem pieśni kaszubskich.

Od czasu do czasu ktoś byłym „Zrzeszeńcom” przykładał. Gdańscy naukowcy prof. Andrzej Bukowski, skądinąd rodowity Kaszuba i doc. Stanisław Potocki zatrutą jadem separacjonizmu strzałę od czasu do czasu w ich stronę wypuszczali. Gdybyż dożyli obecnych przemian, przekonaliby się dowodnie, że antyzrzeszyńska opcja poniosła sromotną klęskę. No a w dobie Wspólnej Europy zatraca wręcz o całożyciowe błądzenie.

Rzecz jednak w tym, iż coś z tamtego tego duetu, a także kilku aktywnie wspierających ich publicystów, myślenia pozostało na Kaszubach po dziś dzień. No bo jak w sposób racjonalny wytłumaczyć, iż póki co – przepraszam za rusycyzm – nie ukazała się choćby jedna /słownie: jedna/ praca naukowa na ich temat. Instytuty, zakłady historii, owszem, wypuszczają coraz bardziej opasłe księgi – z gatunku tych powstałych na skutek przeczytania stu innych prac – w żadnej z nich jednak czegoś bardziej solennego na temat „Zrzeszeńców” nie znajduję.

Tymczasem ich samych pośród nas już z kretesem nie ma. Ostatnią rzeczą, jaką dla nich uczyniliśmy, było przepasanie kaszubską „stannicą” ich – zresztą nie wszystkich trumien.

Nie ma już jednak także w naszym gronie klasycznych ludzi kaszubskiego środka. Mam tu na myśli Leona Roppla i Jasia Piepkę. Nie ma o wiele bardziej od obu radykalnego, zresztą Pomorzaka, nie rodowitego Kaszubę Lecha Bądkowskiego. A także Gdynianki Izy Trojanowskiej. Krótko mówiąc to na kaszubskich cmentarzach spoczywają nie tylko najlepsi, ale i ci także, których myśl na kaszubskie tematy dziesiątkami lat wydawała się najtrwalsza i najbardziej twórcza. Pozostał, mocno schorowany Tadeusz Bolduan, który zdążył za swego życia zrobić o wiele więcej niż całe naukowe instytuty. A teraz śmierć nam zabrała, kolejnego, świetnego etnografa, inicjatora wdzydzkiego skansenu, z urodzenia mieszkańca Sierakowic Wojciecha Błaszkowskiego i pierwszego po wojnie prezesa Zrzeszenia Kaszubskiego Aleksandra Arendta.

Drugi z tego duetu zdołał jeszcze doznać od Kaszubów, tyle samo złego, co i dobrego. Złego od koniunkturalnych pogrobowców kaszubskiej sprawy, dobrego od tej instytucjonalnej, bo Zrzeszeniowej, strony. Sama zaś myśl kaszubska pozostała bezdomna. Nie widzę wokół jej światłych kontynuatorów. Co najwyżej przyczynkarzy.

Pozostali młodzi. Bez kompleksów, rozpychających się we wszelkich możliwych kierunkach. Mających ten plus, że władają w sposób wcale sprawny językiem kaszubskim. Może po latach, nie od razu, choć tak może im się wydać, dojdą do nowego, zgodnego z duchem czasu, myślenia. Wypracują, o co wcale nie musi być łatwo, swoisty modus vivendi pomiędzy Kaszubami rustykalnymi a Europą ojczyzn.

Życzę im wszystkiego dobrego na tej drodze. No i nie połamcie sobie pazurków, k o c h a n i...

***

Finis Pomeraniae?

Ten jeden, jedyny raz, choć nie obiecuje, że ostatni, postanowiłem zatytułować garść tych felietonowych dywagacji po kaszubsku. Skoro jednak wiadomą jest sprawą, że, jako jedyne, do miana stolicy Kaszub właśnie gród u ujścia Wisły, Raduni, Motławy oraz Strzyży do morza leżący ma prawo... To przecież Gdańsk w swojej drewnianej zabudowie, miasto odwiecznie kaszubskie, spłonęło w wyniku krzyżackiego podpalenia w roku 1309.

Cóż oto takiego wydarzyło się w tej niemianowanej kaszubskiej stolicy. Dla redaktora Talewskiego, z takim uporem – godnym dużo gorszej sprawy – upierającego się przy istnieniu „Naji Goche” będzie to informacja niezwykle istotna. Oto do upadku chyli się miesięcznik „Pomerania”. Jego powolna agonia została już odtrąbiona. Symptomem tejże rewizja dotychczasowych uposażeń jej, co do jednego, redaktorów. Mają już w najbliższym czasie przejść na tzw. umowy o dzieło. Słychać, że redaktor Edmund Szczesiak już złożyłbył rezygnację z zajmowanego stanowiska. Trwają egzekwie nad osobami pozostałych członków redakcji. Koniec nie jest łatwy do wyobrażenia. Nastąpi zawieszenie działalności pisma w jego dotychczasowym kształcie, formie oraz treści.

W tym kontekście całkiem inaczej pojmuję problemy Pana Zbyszkowe. Skoro całych Kaszub nie stać na jedno pismo, czemuż to właśnie miałoby stać na takowe pismo ukazujące się na bliskich memu sercu Gochach?. Jacy radni, taka kraina, jaka kraina , tacy radni...

/zobacz cz.II/


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Prowadzimy kampanie reklamowe AdWordsKampanie Adwords odżywki kulturystyka Odzywki dla sportowców w Warszawie Carbo Olimp