Zdjęcie po lewej: ks. K. Bieszk, ks. F. Grucza, ks. kap. B. Sychta; górny rząd: Florian Ceynowa, Jan Karnowski, Aleksander Majkowski, Izydor Gulgowski; dolny rząd: Teodora Gulgowska, Leon Heyke, Tadeusz Bolduan, Józef Błaszkowski.
Postanowiłem, wzorem choćby red. Mieczysława Grydzewskiego, szefa dowojennych „Wiadomości Literackich”, pisma o charakterze opiniotwórczym, zaproponować powstanie swoistej galerii wybitnych Kaszubów, co z tego wyniknie, o tym za chwilę.
Mgła bezpamięci spowija dawne dzieje Kaszub i Kaszubów. Jeśli jednak prawdą jest, jak twierdzi prof. Gerard Labuda, iż Kaszuby sięgały niegdyś do przedmieść ... Hamburga, zagarniający po drodze szmat ziemi pomorskiej z uwzględnieniem Pomorza Przedniego, wówczas do galerii wybitnych postaci tej, jakże obszernej krainy – w ślad za dziejami średniowiecza i epok późniejszych, należy włączyć, jaśniejące pełnym blaskiem postaci książąt pomorskich i kaszubskich. Owych Mestwinów, Świętopełków, Bogusławów. Wydobyliśmy je z historycznego lamusa na własny użytek porą choćby fetowania Zapisu Mestwina, czyli okrągłej rocznicy układu w Kępnie, stanowiącej o ścisłych związkach Pomorza oraz Wielkopolski. Dziś już wiadomo, kto był siłą sprawczą obchodów tej rocznicy. Pomorzak z krwi i kości, jak mało kto czujący sprawy Kaszub, ich dziejowych kontekstów, Torunianin Lech Bądkowski. To on, wolno sądzić, nakłonił Wawrzyńca Sampa do stworzenia ciągu historycznych postaci w wersji rzeźbiarskiej, które dziś pokrywają ściany siedziby Zrzeszenia na Straganiarskiej. Tadeusz Bolduan, gdym spisywał przed laty jego sagę rodzinną, odesłał mnie, ni mniej ni więcej do swoich praprzodków, co do jednego nieomal najwybitniejszych pastorów Pomorza Środkowego i Zachodniego Bolduan, potomek, wygnanych z Francji za innowierstwo ... sankiulotów. Ślad w nazwisku Jego francuskiego pochodzenia pozostał.
Postaci pastorów ze Smołdzina – Szymona Krofey’a i Michała Pontanusa, tych co kazania wygłaszali w sławięskim języku, prokurowali modlitewniki dla Słowińców, tych ostatnich Słowian Pomorza Środkowego.
Ich usiłowania zostały unicestwione za sprawą burzliwych losów tej krainy. I tak aż do postaci zaszczutej przez powojennych gospodarzy niemianowanej przywódczyni Słowińców z Kluk Ruty Koetsch.
Czasy zaborów, na Kaszubach odcisnęły się ich pruską odmianą. Pełną rygoryzmu i legalizmu zarazem. Do tego stopnia, iż stał się na Kaszubach możliwy fenomen „kaszubskich drzymalitów”. Nazwę ich powzięto i upowszechniono od Michała Drzymały, syna ziemi wielkopolskiej. Ważne jednak, że owi Pelpliści i Pawelczykowie w świadomości pospólnej Kaszubów przetrwali. Wychynęli z otchłani anonimowości, która spowija niejeden fragment dziejów tej ziemi.
Na fali z germanizacją, z pruskim zaborcą jaśnieją pełnym blaskiem postacie Antoniego Abrahama – w głównej mierze oraz Kościerzaka Tomasza Rogali. Tych co pieszo szli do Wersalu o polskie Kaszuby się wykłócać. Rogala miał mniejsze od Abrahama do pamięci potomnych szczęście. Choć akurat Rogali jego wdzięczni krajanie wystawili pomnik z kamienia na długo przed licznymi już dzisiaj pomnikami Abrahama.
I tak zaczyna się historia Kaszub podręcznikowa. Od tradycyjnie, Floriana Ceynowy, w jednej osobie lekarza, społecznika, autora „Skórbu kaszebsko-słowińskiej mowy”. Głównego kodyfikatora zasad kaszubskiej pisowni. Ileż to lat trzeba było czekać do jego powojennej edycji sumptem wejherowskiego Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej i osobiście staraniem wszędobylskiego Edmunda Kamińskiego. Edycje dowojenne były niskonakładowe, stąd zainteresowały jedynie znawców tematu w rodzaju Jana Karnowskiego, który – jak wiadomo, o tym z korespondencji pisarza – ów „Skórb” podarował ks. Franciszkowi Gruczy z okazji jego kapłańskiej prymicji.
Już Hieronim Derdowski musiał czekać na zarys biograficzny pióra Stanisława Jankego równe stulecie od daty swej śmierci na amerykańskiej emigracji. Nie bywamy dla Derdy zbyt srodzy. Nie wypominamy Mu, autorowi słów – nie z Jego woli – do hymnu kaszubskiego – tego, ze opuścił swych krajanów w historycznej potrzebie. Jego biograf słowem nie napomknie o ludowym – co tu kryć – antysemityzmie autora „O Czorlińscim co do Pucka po sece jachoł”. Nie wspomni polemik, jakie w swoim czasie miały miejsce – ze strony Zrzeszyńców – o tzw. Derdowszczyznę, czyli nadmierny, ich zdaniem, filopolonizm.
Moment odsłonięcia w Wielu pomnika autora „Jaśka z Kniei” stał się Porą Polskiego Października okazją wyborną wręcz do zamanifestowania uczuć patriotycznych Kaszubów.
Młodokaszubi hurtem wdarli się do kaszubskiego panteonu. Aleksander Majkowski, kto wie czy nie największy Kaszuba w całej historii Kaszub, przez swoje wielorakie zainteresowanie – wymieńmy je: literackie, dziennikarskie, muzealiczne – do tego stopnia zawładnął rzędem kaszubskich dusz, iż po dziesiątkach lat, jakie minęły od jego w roku 1938 śmierci, wciąż jaśnieje nieskażony niczym – choćby sądowymi procesami – blaskiem. Czas na monografię tej wybitnej postaci najwidoczniej jeszcze nie nadszedł. Już jednak teraz radzę przyszłemu biografiście wejrzeć do akt sądowych w Kartuzach i w Wejherowie. Ot, dla dodania kolorytu tej postaci.
Jan Karnowski, z racji miejsca stałego zamieszkania południowy Kaszuba z Zaborów rodem, ze swej kaszubskiej pustelni wypuszczał księgi jedną po drugiej. Do uczczenia tej postaci trzeba było dziesiątków lat, jakie minęły od owego 1938 roku. Pod postacią tablicy na jednym z kościerskich domów, upamiętniającej fakt istnienia w tym miejscu redakcji „Gryfa”, innej na Ogarnej w Gdańsku z podobnej okazji. Pomnik autora „Żeca i przigód Remusa” w Kartuzach wędrował, gdy już w mękach twórczych i organizacyjnych powstał, z miejsca na miejsce. Po drodze bywał ten monument okazją do mazania go wielobarwnym spray’em. A dziś istnieje Szpital Powiatowy Jego imienia, ulica przy której mieszkał. Tylko monografii brakuje. Zapisy córki Damorki są jedynym świadectwem tej wyjątkowej postaci.
Kaszubscy księża....Bernard Sychta, w młodości twórczej nade wszystko autor sztuk scenicznych, w tym granej powszechnie na Kaszubach sztuki „Hanka sę żeni”, mógł liczyć na poklask, wcale licznej, kaszubskiej widowni. Porą wojny – co na dobre Kaszubom wyszło – skrył się w Osiu na tyle skutecznie, że go okupant nie był w stanie wytropić. Księdzu Leonowi Heyke, znakomitemu poecie, Młodokaszubie, to się nie udało. Został rozstrzelany w Lesie Szpręgawskim. Zastanawiam się ile w naszym pamiętaniu o tej postaci „zasług” matki – historii. Chyba niezbyt wiele, skoro, przed Majkowskim, doczekał się Swojej biografii. Był, pamiętamy, fetowany i – co najważniejsze – czytany także wcześniej.
Dużo łatwiej przychodzi Kaszubom upamiętnianie postaci takich jak Bernard Chrzanowski. Ten Wielkopolanin, sympatyk kaszubskiego morskiego brzegu, doczekał wypełnienia co do joty Swego testamentarnego zapisu o pochowaniu jego prochów na oksywskim cmentarzu. Jednak do panteonu stricte kaszubskiego trudno autora „Na kaszubskim brzegu” zaliczyć.
We wsi, która za pruskich czasów nosiła miano Wsi na Piaskach (Sanddorf), całe swoje nieomal twórcze życie spędzili Izydor i Teodora Gulgowscy. W przypadku Izydora nie przeszkadza nam wcale, iż jego klasyczna pozycja etnograficzna „Von einem unbekantem Volke” została w oryginale napisana po niemiecku. Nawet nam to poniekąd pochlebia. Stanowi bowiem ta okoliczność o europejskości, już wtedy, niektórych spośród z nas. Tych z naszego grona najwybitniejszych. Rodzimych kaszubskich Polów, Baudoin de Courtenay`ów, przyszłych Czarnowskich oraz Bystroniów. Dawali sobie radę ze studiami we Fryburgach, w Breslau`ach, w Greifswaldach (Gryfiach). Byli Europejczykami w każdym calu.
Gulgowscy mają dziś, przecudnej urody pomnik Im obojgu poświęcony.
Tak się składało, iż na uroczystości położenia kamienia węgielnego pod przyszły, przecudnej urody pomnik mógł być osobiście obecny Guenter Grass. Uśmiał się setnie, gdy uczennice w sztuce układania kaszubskich haftów, na wyprzódki rwały się do jego odsłony...
A ile było przebojów z pozostawieniem Ich grobu w obrębie wdzydzkiego skansenu... To temat do oddzielnego potraktowania. Władzia Wiśniewska coś o tej sprawie ma do powiedzenia. Choćby o owej szybce, która istniała na owym nagrobku i pozwalała wejrzeć do wnętrza grobowca. Po latach dziwnym trafem, zniknęła.
Teodora, tknięta intuicyjnym geniuszem, wykupiła za własne, arcyskromne zarobki o, chatę od niejakiego Hinca, czym zainicjowała fenomen wdzydzkiego skansenu. Kolejne pokolenia mają już dużo łatwiej. Dokładają przeto cegiełkę po cegiełce do dzieła krzepnięcia tego skansenu, na równi z jego ożywieniem. A, że w weekendy bywa on notorycznie zamykany na spusty....Pewno Teodora w grobie się z tego powodu przewraca, ale cóż z takim dictum począć, skoro , jak słyszę zaistniał w skansenie cały misterny system jego ochrony przed niepowołanymi gośćmi.
Pamiętajmy przeto o osobie, niedawno zmarłego Wojciecha Błaszkowskiego. Urodzonego w Sierakowicach, niegdyś zatrudnionego w Gdańsku w, od lat nieistniejącym, Zakładzie Etnografii. Tułającego się z miejsca na miejsce, z gruntu zapomnianego natchnionego etnografa. Faktycznego sprawcy rozbudowy wdzydzkiego skansenu. W łańcuchu postaci, które aż do obecnej pani dyrektor przyczyniły się do dzieła jego monumentalizacji, nazwisko skromnego magistra Błaszkowskiego nie może być prześlepione.
Słyszę, iż gmina Sierakowice zamyśla własnym sumptem zdobyć się na reedykcję 7 – tomowego „Słownika gwar kaszubskich na tle kultury ludowej” Bernarda Sychty. Godziłoby się nie zapominać o dorobku publicystyznym Błaszkowskiego.
Jak też poczynić starania o zwiększone zainteresowanie dla osoby i dzieła Leona Roppla, Władysława Kiresteina, Pawła Szefki.
Postać dowojennego burmistrza Wejherowa Teodora Bolduana. Obecny kształt tego miasta z kalwarią w herbie zaistniał dziki jego aktywności, wizji autentycznego samorządowca w przedwojennym stylu. Dzielnice Nanice, Śmiechowo, ulice, chodniki, place, skwery, parki, korty tenisowe, pływalnia, stadion, wszystko jest zasługą tego człowieka oraz grona Jego najbliższych współpracowników. A wszystko miało miejsce w mieście frontowym, podzielonym narodowościowo i wyznaniowo...
/ zobacz cz. II /