NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

„ABY PAMIĘĆ NIE WYGASŁA” /3/
Do sierpnia 1940 roku Stefan Sierzputowski był jeńcem w żołnierskim mundurze w stalagu Hammerstein koło Czarnego, jako numer 7173.
Potem chodził do pracy u miejscowych bauerów. W tamtym pamiętnym sierpniu uciekł – razem z dwoma warszawiakami – w kierunku Szczecinka i dalej, na wschód. Od Miastka jego towarzysze poszli w innym kierunku.*
Były już żniwa na Pomorzu – i w tym czasie doszedł do Nakli. Ukrywał się w lesie, nawiązał kontakt z „Gryfem Pomorskim”, wstąpił do organizacji. Przed miejscowymi nie musiał się ukrywać.
Udało się, przy rzadkich odwiedzinach domu, przetrwać do 1944 roku. Wydawało się, że wszystko pójdzie już dobrze. Zewsząd nadchodziły wieści o coraz gorszej sytuacji Trzeciej Rzeszy. W rodzinie Sierzputowskich natomiast urodziło się w czerwcu czwarte dziecko – córka ...
- Ale właśnie w czerwcu tamtego roku Niemcy podjęli wielką obławę na partyzantów. Chodzili po domach, przeprowadzali aresztowania w okolicach Sulęczyna – i mnie też w końcu dostali – wspominał mi p. Stefan. – Specjalne wyszkolone i uzbrojone „Jagdkommando” przeprowadzało tę operację.
Najpierw było badanie, wymyślne bicie. Potem wywieźli mnie, z wieloma innymi, do Gdańska, lecz w tamtejszym więzieniu nie było już miejsca. Skierowali nas więc do Stutthofu. Potem gdańscy gestapowscy przyjeżdżali do obozu na przesłuchania więźniów.
Trzeba przypomnieć dokładniej tę złowrogą nazwę. Do Stutthofu przywieziono pierwszych więźniów 2 września 1939 roku, w dzień po napaści Niemiec na Polskę. Aresztowano ich poprzedniego dnia w Gdańsku. W połowie września osadzono w tym obozie około 6 tys. Polaków, w tym intelektualistów pomorskich, którzy nie zostali wymordowani na miejscu. Stutthof nosił początkowo nazwę „Zivilkriegsgefangenenlager” (obóz dla cywilnych jeńców wojennych), a od marca 1942 roku – „Konzentrationslager”. Obóz został powiększony, zbudowano krematorium, a od lata 1944 roku uruchomiono komorę gazową.
25 stycznia 1945 roku Niemcy rozpoczęli ewakuację obozu, mordując podczas niej ponad połowę z około 25 tys. ewakuowanych. Pozostali w Stutthofie nieliczni więźniowie wyzwoleni zostali w maju przez Armię Czerwona.
Tyle materiały źródłowe. Nie były one znane w 1940 roku polskim więźniom – Polakom, podobnie jak struktura obozu, który rozpostarł swe macki – podobozy i filie – na całe Pomorze, na Warmię i Mazury. Na Zachód sięgał aż po Police, obejmował też Słupsk.

Więźniowie przekształceni zostali w numery. Stefan Sierzputowski stał się numerem 36983. W obozie esesmani wywoływali numery, a każdy „numer” musiał być na swoim miejscu, chyba że odszedł na zawsze z obozu ...
Do grona męczenników Stutthofu dołączyli wkrótce powstańcy warszawscy.
Zaczęło się też masowe wysiedlanie polskiej ludności ze wsi kaszubskich. Wywożono wszystkich, z wyjątkiem tych, którzy podpisali niemieckie listy.
Minęło tyle już lat od tamtych dni, a przecież trudno pojąć, że – jak napisała Zofia Nałkowska – ludzie ludziom zgotowali ten los. Trudno zrozumieć, jak mogło dojść do realizacji obłąkańczego, ludobójczego planu, jak mogli znaleźć się ludzie, którzy go realizowali.
Pamięć tych, którzy przeżyli Stutthof, maltretowanie, zabijanie człowieczeństwa – wzdragał się przed wspomnieniami....lecz jednak nie potrafił z swej pamięci wydrzeć obrazów setek ludzi, wtłaczanych do komórek gazowych, palonych w krematoriach, wieszanych po parodii procesu, jak owi dwaj Rosjanie i jeden Polak, którym odczytano po niemiecku wyrok śmierci przez powieszenie – a potem przetłumaczono tekst na rosyjski i polski. Stryczek, na którym powieszono Polaka – pękł. Skazaniec, z zagipsowanymi ustami, został zamordowany strzałem w tył głowy. Nie wiadomo, jakie było jego nazwisko, nieznany jest numer. W Stutthofie zginał mieszkaniec Nakli – Kożyczkowski. Wdzięczną pamięcią otaczają dawni więźniowie obozu Szwecję. Dzięki zabiegom tego kraju uratowano życie wielu ludzi.
Zbliżało się ostatnie pół roku „tysiącletniej Rzeszy”, ale uruchomiona przez nią machina śmierci działała bez przerwy. Kiedy ruszyła wielka ofensywa Armii Czerwonej i Ludowego Wojska Polskiego – hitlerowcy rozpoczęli ewakuację Stutthofu. Na Lębork „drogą śmierci” poszło kilka grup.
Niewielu doszło do miejsca, w którym nastąpiło wyzwolenie. Padali z wycieńczenia, ran, chłodu, głodu, dobijani przez eskortę. Inni wlekli się z niewielką nadzieją na przeżycie.
Rodziny usiłowały wspomagać więźniów. Dostarczano paczki, które czasami udało się oddać adresatowi, jeśli wachman otrzymał dobrą łapówkę. Kaszubskie kobiety piekły chleb, woziły go na trasę tego „przemarszu”. Próbowali wspomagać tych nieszczęśników okoliczni chłopi. Sierzputowski zapamiętał jednego, który rzucał z wozu brukiew. Paczek nie można było rzucać, bo Niemcy strzelali bez ostrzeżenia, gdy ktoś próbował je podnieść.
S. Sierzputowskiego odnalazł najpierw szwagier, a potem żona. Ona sama wcześniej przeżyła wysiedlenie do obozu w Potulicach, niedaleko Nakła nad Notecią. Cudem udało się jej uchronić przed wywozem dzieci i ukryć pod opieką krewnych. W Potulicach przeprowadzono na dzieciach tzw. badania rasowe, po których wiele ofiar eksperymentów ginęło. Około pięć tysięcy ofiar tego obozu spoczywa na obozowym - potulickim cmentarzu.
Kiedy nastąpiła styczniowa ofensywa esesmani uciekli z Potulic. Ludzie zaczęli wracać do domów. Ale do pełnego wyzwolenia było jeszcze daleko.
Pani Klara Sierzputowska szła ponad tydzień pieszo do rodzinnych stron odległych o przeszło 200 kilometrów. Nic się nie liczyło, tylko pragnienie, by jak najszybciej zobaczyć dzieci. Po drodze ludzie dali czasami coś do zjedzenia. Wielu więźniów zginęło podczas ucieczki z Potulic.
W tę straszną długą zimę w Nakli byli jeszcze Niemcy, działało gestapo. Trzeba było się ukrywać. Potem po kryjomu, pod opieką krewnych pojechała do dzieci. Wreszcie poszła do Krępy pod Lęborkiem, gdzie spotkała męża. Tam 9 marca 1945 roku ci z więźniów, którzy przeżyli, doczekali się wyzwolenia.
- Nigdy byśmy nie wyszli na wolność, nie przeżylibyśmy, gdyby Niemcy wygrały tę wojnę – powtarzał p. Sierzputowski.
Wojenny koszmar nie skończył się od razu. Stefan Sierzputowski przez miesiąc pokonywał wycieńczenie i chorobę, dochodząc do zdrowia i sił, które pozwoliły mu na powrót do domu, do Nakli.... /cdn/.

*Czyżby byłby to ślad do odkrycia kogo żandarmi hitlerowscy zamordowali na przedpolach
Borowego Młyna w latach okupacji podczas II wojny światowej. (w 1940 – 2 r. ?) / Może idąc tym śladem numeru obozowegopo 7173 - Stefana Sierzputowskiego, bohatera tego reportażu, pan Andrzej Bukowski – prokurator Instytutu Pamięci w Koszalinie, prowadzący śledztwo tamtej tragedii pod Borowym Młynem doszedłby w dokumentach archiwalnych obozu jenieckiego w Czarnym, kto razem z nim uciekł w tym czasie ?
Znając pedantyczność funkcjonariuszy niemieckich – fakt tej ucieczki powinien być odnotowany, w tym nazwiska i numery współuciekinierów - Stefana Sierzputowskiego. Sądzę, że należałoby pójść tym śladem !
Zbigniew Talewski.
 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: artykuły dla niemowląt