| |
Widziane z Gdańska...W cyklu: Widziane z Gdańska (liczba artykułów 5)[NG: 09] Autor: Ryszard Ciemiński - Gdańsk (liczba artykułów: 20)Na zjeździe pojawiło siê co najmniej pięciuset byłych gdańszczan, mieszkających obecnie w Niemczech, Francji, Grecji, na Wegrzech, w USA, Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii... Przypominam sobie prasową wojnę ościennych wobec Kaszub Borach, dokładnie w ich stolicy w Tucholi. Jako wysłannik, wówczas stołecznego ”Kuriera Polskiego” – też nie ma już na prasowej mapie kraju tego tytułu – opisywałem skalę, także medialnych, przeobrażeń w Tucholi w l. 1990 – 92. Wojna odbywała się na całego. Każda z partii, partyjek, chciała na fali przemian demokratycznych kraju, coś dla siebie wyrwać w tej materii. Nie inaczej bywało w „moich” Kartuzach. A dziś... Burmistrzowie zarówno Tucholi (Urbański), jak i Kartuz (Witkowski) o wiele za wcześnie odeszli od nas na zawsze . Pozostała po nich jedynie pamięć tak niedawnych wojenek, podjazdów, wojen domowych. Ale żeby podobnie likwidacyjny miał być koniec „Pomeranii” ? Słychać, że w sposób radykalny zostały zmniejszone dotacje na Zrzeszenie. Na czym, w pierwszym rzędzie, właśnie „Pomerania” ma ucierpieć najbardziej. Etatyzacja pisma, ergo jego stale rosnące uzależnienie od rozmaitych sponsorów, urzędów doprowadzić musiało do takiego, niezbyt chlubnego, końca. Skoro niegdyś w pacht oddało się rozmaitym sejmikom, urzędom marszałkowskim, zatracając instynkt samozachowawczy, łatwo było przewidzieć co stanie się z pismem już niebawem, gdy owe urzędy urosną w siłę oraz dostatek. Na Kaszubach istnieje nadto problem Instytutu Kaszubskiego, który w osobie Józka Borzyszkowskiego wydziera co bardziej tłuste kąski – te gminne zwłaszcza, ale i ogólnopaństwowe, a ma, bestia, dojście aż do resortu kultury w osobie pewnego nie do ruszenia od lat dyrektora departamentu rodem...z Kociewia, wręcz fundacyjno – niemieckie. Nic zdały się zabiegi mego niegdyś siatkarskiego rywala z LO w Kościerzynie Brunka Synaka . Czynił wiele by ażeby takiemu końcowi „Pomeranii” zapobiec. Przedłużał w czasie, na ile tylko się dało. Pragnę jedynie przypomieć czasy, gdy pismo redagował Wojtek Kiedrowski. Z domu swego uczynił nieledwie redakcję. Na kolumnach próbnych wklejał pasemka, łamy przyszłych artykułów. Po czym dziwnym zbiegiem okoliczności wynikało z tego pismo co się zowie. Mogę sobie jedynie wyobrazić, jak w podobnej sytuacji radził sobie Aleksander Majkowski, sławny redaktor „Gryfa”. Na Hundegasse w Gduńsku (obecnie Ogarnej), podobnie jak w Kościerzynie, w pojedynkę nieomal ważył się na robienie pisma. Zapewne miewał dotacje. Wspierali go hurtem kaszubscy drukarze, papiernicy – nie brakowało tychże na tętniących wówczas intelektualnym życiem Kaszubach – a mając wsparcie w wykonywanym przez siebie fachu lekarza, jak po latach Kiedrowski inżyniera, mógł z powodzeniem pielić kaszubski dziennikarski ogródek przez całe dekady lat. A „Zrzeszyńcy”, o których ostatnimi laty na Kaszubach ledwo się wzmiankuje – patrz ostatnio wydaną w oficynie „Czec” pracę Jurka Tredera – powodowali się dziejową misją, gdy poważyli się na złożenie i wieloletnie redagowanie „Zrzeszy Kaszebskiej”. Kto z grupy Aleksander Labuda, Jan Trepczyk, Brunon Sobczak, Franciszek Grucza – a powojennej jej wersji Brunon Richert – pytał o honoraria? To byli kaszubscy idealiści. Ostatni, którzy przed Kiedrowskim tak kaszubskiego poloneza wodzili. W wersji lat 70 – 80 tych – w czasach tak dziś postponowanej komuny – dotacje się znajdowały. Kaszuby bywały dla ówczesnej władzy rodzajem legitymacji bycia u siebie. Teraz skoro „my” rządzimy, po cóż mielibyśmy jeszcze dodatkowo starać się o głosy swoich wyborców. Przecież ci i tak zagłosują w samorządowych wyborach na „swoich”, nie bacząc na konsekwencje swoich wyborczych decyzji. Takie choćby, jak rychła już likwidacja jedynego pisma na Kaszubach. Wiem, wiem, pism są dziesiątki. Lokalnych, oddolnych, pielących swój własny dookolny ogródek. Gdybyż jeszcze ich poziom oraz pion bywał choćby odrobinę wyższy. Gdybyż zechciały nawiązać swoim kształtem do dokonań czasopiśmienniczych Majkowskiego czy „Zrzeszyńców”. Któż dziś jednak zagląda do coraz bardziej czasem zetlałych zszywek tych pism. Przed laty w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie z drżeniem rąk odwiązywałem sznurki splatające poszczególne numery „Zrzeszy” w jej wersji dowojennej. Okazało się, iż jej stronnice nawet nie były porozcinane. Z niejakim wzruszeniem ujrzałem list przewodni od Feliksa Marszółki, redaktora „Zrzeszy”, upraszający się BUW o łaskawe przyjęcie egzemplarzy pisma. A, że ich nikt do czasu mojego pobytu w stolicy a więc przez z górą pół wieku nie czytywał... Pasztet Nipkowa Prywatne odkrycie sprzed lat. Wędrując po Lęborku – a miasto nad rzeką Łebą nadaje się do tego celu wręcz wybornie – natrafiłem w jednej z miejscowych szkół na okolicznościową wystawę. Wnętrze obszernej auli po sufit wypełniły monitory telewizorów. Robiło to niesamowite wrażenie. Ni to składowiska starych, nikomu już niepotrzebnych, kineskopów, ni intencjonalnie pomyślanej ekspozycji. Rychło zmiarkowałem, ze chodziło o to drugie. Z osobą Paula vel Pawła Nipkowa tej ekspozycji zrazu nie skojarzyłem. Bo gdzieżby skoro była mi ona wówczas przed laty niemal dwudziestu, bardzo mało była znana. Po nitce do kłębka... Na gmachu tamtejszego muzeum po latach odnalazłem tablicę pamiątkową ku czci tego znakomitego – Prusaka? Kaszuby? – prekursora wynalazku telewizji. Okazałem się osobą wielce naiwną. Liczyłem, że gdzie, jak gdzie, ale w Lęborku, mieście narodzin i młodzieńczego wzrastania tego swoistego geniusza w kilkanaście lat, jakie minęły od tamtej wystawy w miejscowym technikum, ustanowiono w Lęborku Muzeum Telewizji. Takie całą gębą, na sto i dwieście fajerek. Z oddechem godnym tej akurat, wcale nie lepszej, sprawy. Rozpytywałem wszystkich po drodze od lęborskich rogatek dokładnie o Muzeum Telewizji. Jeden z bardziej biegłych tubylców wskazał mi w końcu drogę do muzeum rynkowego. Tego z tablicą od frontowej strony. I z uprzejmą panią dyrektor, która w mig odnalazła prasowe publikacje, jakie dotąd o osobie Paula Nipkowa w polskiej prasie się ukazały. A że samego muzeum w Lęborku nie było. Tylko moja pamięć o niegdysiejszej wystawie, zapewne dziele miejscowego fanatyka dawności uosobionej przez niezapomnianego geniusza. I oto teraz czytam, iż w Lęborku zdecydowano o budowie pomnika poświęconego osobie największego swego współplemieńca. (Niegdyś szczątki po likwidowanym protestanckim cmentarzu przeniesiono, wraz z grobami przodków Nipkowa, na miejscowy cmentarz, w tym zaś miejscu urządzono „gustowny” park miejski. Kaplicy cmentarnej przenieść się nie udało, przeto stoi i nie wiedzieć czemu właściwie dziś służy). Pomnik ma mieć kształt, a jakże, telewizora i upamiętniać 50 lat istnienia telewizji w Polsce. Trudno dociec, w jaki sposób owo półwiecze ma być liczone. Od roku 1938 kiedy to uczyniono w Warszawie na Pradze pierwsze próby ze stacja doświadczalną TV minęło bowiem nie 50, ale 64, jak obszył, lat. Studio TV na Placu Powstańców w Warszawie ma dokładnie 50 – letni rodowód. Cóż jednak począć w tej sytuacji z samym Nipkowem Przecież do berlińskiego Urzędu Patentowego exLęborżanin zgłosił sławną „płytkę Nipkowa” już na początku 1884 roku a więc 118 lat temu. To jego urządzenie udało się zastosować w 40 lat później, czyli 92 lat temu. I tym sposobem ów „elektryczny teleskop”, umożliwiający przesyłanie ruchomych obrazów stało się faktem. Nipkowowi, jak wiadomo, nie udało się przebrnąć przez barierę techniczną. On na tyle wyprzedził swój czas – a należał do długiej listy konstruktorów XIX – wiecznych – ze zarówno on, jak i mu współcześni, nie byli w stanie doprowadzić do zmiany światła na prąd elektryczny. W zgłoszeniu patentowym pisał o „elektrycznym oku”. I kontynuował opis swego urządzenia, ufając, ze już wkrótce powstanie inne, zdolne do przetwarzania światła i obrazu w sygnały elektryczne urządzenie. Przez cały powojenny okres Lębork, ten spadkobierca dowojennego – oraz wojennego – Limburga – miał z Nipkowem nie mały kłopot. Kartuzy najzwyczajniej w świecie splantowały cmentarz ewangelicki przy ulicy cmentarnej, rychło przemianowując ją na ul. Ceynowy, zaś w jego miejsce stawiają gmach komitetu pzpr. Nie inaczej postąpiły inne kaszubskie oraz pomorskie miasta z Gdańskiem na czele. W Lęborku uczyniono kubek w kubek tak samo, tyle, że wyrzutem sumienia pozostał dla „rewelatorów historii” ów Nipkow. Nie dosyć ze ewangelik – w jego nazwisku przechowane zostały ślady słowiańskiej proweniencji – to jeszcze wybitny. Ponadczasowy. Na dokładkę w sam raz pasujący do treści dookolnych przemian. Wszak telewizja to prawdziwe okno na świat. Nipkow nie odpowiada za rozmaite „Bary” i „Wielkich Braci”. On chciał dla ludzkości jak najlepiej. A, że nie we wszystkim wyszło mu tak, jak tego pragnął? Rajcowie miejscy Lęborka radzą sobie z pasztetem Nipkowa jak umieją i potrafią. Raz ważą się na tablicę okolicznościowe, innym razem na pomnik Mu poświęcony. Ci ostatni powołują się na luxemburski pomnik... colta – symbolu drogi, jaką odbyli amerykańscy osiedleńcy. Ma on kształt supła na pistoletowej lufie. Można i tak. Byleby lęborski pomnik telewizji nie ukazywał, jak chce tego jeden z czytelników, twarzy oraz biustu pewnej prominentnej pani....Już lepiej by było ażeby, jak pragną tego zacni rajcy, stanowił o nim model telewizora „Wisła”. Zjazd Gdańszczan, ale jakich? Przez kilka dni Gdańsk ogarnęło szaleństwo. Impreza zwana I Światowym Zjazdem Gdańszczan zawładnęła bez reszty centrum miasta, lecz także jego przyległościami z Wrzeszczem na czele. Już jednak w okresie przygotowawczym do niej było jasne, że oto szykuje się mieszkańcom kolejna feta z gatunku Jarmarku Dominikańkiego. Liczne kiermasze, Targ Węglowy po brzegi wypełniony jarmarczną aurą. Prezydent m. Gdańska Paweł Adamowicz w taki sposób rzecz cała pomyślał, a to on był autorem tego „pomysłu” owego Zjazdu, że miało być hucznie, gwarno, tak by w pierwszym rzędzie w pełni zadowolić elektorat wyborczy. To zaś było istotne w obliczu – primo – wyborów samorządowych i – secundo – wobec chmur gromadzących się nad głową p. prezydenta zsyłanych mu przez miejskich rajców. Skoro tak, postanowił kontratakować. W sposób jedynie skuteczny. Wydobył z miejskiej kasy niemałe sumy pieniędzy. Zafundował miastu rzecz wcale szlachetną – Cmentarz Nieistniejących Cmentarzy. Porą gdy pożydowski cmentarz istnieje w formie szczątkowej na Chełmie i można by go było ocalić w tym, nie w innym miejscu. Gdy coraz i mieszkańcy, budowlańcy na placach gdańskich budów znajdują walające się płyty cmentarne, hen poniemieckie, Gdańsk zyskał cmentarz – symbol. Niczym ten na stołecznym Umschlagplatzu. Tam ocalały imiona, w Gdańsku jedynie pojedyncze płyty różnych wyznań. Jednak koronnym zarzutem, jaki można wnieść pod adresem gdańskiego Zjazdu jest dojmująca absencja Gdańszczan znad Renu, Menu i Łaby. Dokładnie w tym czasie, gdy Gdańsk był widownią Zjazdu po mieście spacerowały sobie w najlepsze niezorganizowane watahy naszych zachodnich sąsiadów. Rzecz w tym, że nie zostały one wprzęgnięte w orbitę samych uroczystości. Jakby mogli wadzić czemukolwiek. A przecież wiadomo , iż Gdańsk do r. 1945 zaludniali zupełnie inni mieszkańcy aniżeli po r. 1945. I skoro już dmie się w wielkie trąby organizacyjne, należy najsampierw poznać właściwe proporcje. Przez 33 lata mieszkałem w Warszawie. I przez ten czas wcale spory, nie poczułem się Warszawiakiem. Może Gdańszczanie , ci powojenni, inaczej podchodzą do biegu historii? Być może zawłaszczyli nią i za nic w świecie nie przyznają się, przed samymi sobą, do, co najwyżej dwupokoleniowości swego pobywania nad Motławą. Była nadto sesja z udziałem... polityków. Nie humanistów, nie pisarzy, nie naukowców, ale właśnie klasy politycznej, i tak mającej w nadmiarze okazji do uzewnętrznienia swoich, właśnie politycznych, poglądów. Nikt nie pomyślał o zaprosinach dla Pawła Huelle czy Stefana Chwina, mających już niejaki dorobek w piórze na kanwie swojego miasta. A któżby tam był ciekaw ich myślenia o mieście Danzig vel Gdańsku. Wszelako dwie sprawy Adamowiczowi się udały. Organizacja koncertu na Wyspie Ołowianka. (Zamieszkali w pobliskich hotelach Niemcy z zainteresowaniem przysłuchiwali się pianistycznej wirtuozerii Franciszka Malicki. Jak też niezłemu wykonaniu Leszka Możdżera „Błękitnej Rapsodii” Gershwina. Orkiestra Filharmonii Bałtyckiej pod Zygmuntem Richertem (najlepszy dyrygent Kaszuba w historii ) brawurowo zagrała wiązankę tańców węgierskich Liszta). Na stadionie Lechii przy Trauguta – pamięta on czasy parteitagów gauleitera Alberta Forstera a także spędowiska dziewcząt z BDM (Bund Deutsche Maedel). Doszło do ciekawej konfrontacji b. Lechistów – tych odległych w czasie – z, też byłymi acz emigrantami do klubów I- ligowych. O dziwo, wygrali ci pierwsi ze Zdzisławem Puskarzem, exreprezentantem kraju na czele. Z tej okazji odsłonięto gwiazdy, właśnie Puszkarza oraz Romana Korynta, jednego z ojców pamiętnej chorzowskiej wiktorii nad ZSRR w r. 1955 w Chorzowie. Pierwsze koty za płoty. Może następnym razem uda się nawiązać bliższy kontakt z gminami gdańskimi, na równi w Niemczech, jak też stowarzyszeniami gdańszczan w Kanadzie, w USA czy w Australii. A wówczas II Zjazd Gdańszczan będzie miał o wiele bardziej autentyczny charakter. |

![Ryszard Ciemiński [Gdańsk]](/foto/autorzy/157.jpg)