| | SKĄD NASZ RÓDW cyklu: Skąd nasz ród (liczba artykułów 7)[NG: 10] Autor: Eugeniusz Buczak - Koszalin (liczba artykułów: 7)„ZIEMIA GROMADZI PROCHY” (5) Nasza obecna wiedza o dawnych wierzeniach pogańskich przodków jest o wiele szersza niż przedstawia ją w swej książce „Ziemia gromadzi prochy” Józef Kisielewski. Ale pozostańmy przy jego zdaniu na ten temat, jako że pisząc o wierzeniach plemion zaodrzańskich przedstawia je on na tle walki z religią narzuconą Słowianom przez Germanów. A czyni to niezwykle barwnie. Powołuje się przy tym na kronikarzy niemieckich, m.in. na Helmolda. Otóż ów Helmold – jak pisze J. Kisielewski – przytoczył wzruszającą i straszną zarazem przemowę księcia Obotrytów, wygłoszoną na rynku w Lubece w 1156 roku Przybysław – to takie imię nosił ów książę – skarżył się, że panowie niemieccy nakładają na ludność rodzimą wysokie podatki. Były one tak wyśrubowane, że Słowianom nie pozostawało nic innego, jak uciekać przed okrutnym wyzyskiem. A co dopiero mówić o przyjmowaniu nowej religii, która nie broniła ich przed wysokimi daninami. Przybysław powiedział biskupowi, który przyjechał głosić nową religię: „Słowa twoje biskupie są to słowa Boże i prowadzą nas do zbawienia naszego. Lecz jakże wstąpimy na te drogę, gdy tyle zła nas otacza?”. Obotryci nie przyjęli wiary chrześcijańskiej. Zostali po części korsarzami i nadal oddawali cześć swoim bożkom. A bożków tych mieli sporo. A wśród nich był jeden najpotężniejszy – Świtowid. Ten miał swą świątynię w Arkonie. J. Kisielewski, powołując się na niemieckiego kronikarza Saxo, pisze: „W środku Arkony, na placu stał gmach drewniany pysznej roboty, godny uwagi nie tyle ze znakomitej rzeźby, ile z majestatyczności bożka, któremu tu postawiony był posąg. (...) W chramie stał ogromny bałwan (Światowida) z czterema głowami na tyluż szyjach, z których dwie wychodziły z piersi, a dwie z grzbietu, tak że z obu przednich i obu tylnych głów jedna patrzała na prawo, a druga na lewo; włosy i broda ostrzyżone krótko; w prawej ręce bałwan trzymał z różnych metalów zrobiony róg, który corocznie kapłan napełniał winem dla wróżenia o urodzajach następnego roku; lewą ręką, zgiętą w łokciu, bałwan podpierał sobie bok. Odzież jego spadała do bioder zrobionych z różnych gatunków drzewa i tak sztucznie z kolanami połączonych, że tylko pilnie przypatrując się dostrzec można było fugi. Nogi stały na równi z ziemią, ale miały fundament pod podłogą. W pobliżu znajdowały się: uździenica, siodło, ogromny miecz, którego pochwa i rękojeść celowały rzeźbą i pięknymi ozdobnymi srebrami. Arkona znajdowała się na Rugii, a zamieszkiwali tę wyspę słowiańscy Ranowie. „Rana – pisze J. Kisielewski – ze wszystkich państw Słowian połabskich najdłużej utrzymała swą niepodległość. (...) Duńczycy wyprawiali się na nią kilkakrotnie. Nigdy jednak jej nie mogli zdobyć”. Nie mogli jej zdobyć również książęta germańscy, bo Ranowie byli ludem bitnym i odważnym. A przede wszystkim – zaciekle broniącym swej wiary. Twierdzono bowiem powszechnie, że upadek świątyni w Arkonie, to koniec Słowiańszcyzny. Nic przeto dziwnego, że przez kilka wieków Ranowie zwycięsko odpierali ataki swoich wrogów. I tu znowu oddajmy głos J. Kisielewskiemu: „W roku 1159 Waldemar duński zebrał 260 okrętów i razem z biskupem Absalonem popłynął ku wybrzeżom dumnej wyspy. Pojechał pod Arkonę o samum świcie. Panował tu zupełny spokój. Ranowie nie spodziewali się napadu i napływającej floty nie spostrzegli. Bydło na zboczach gór spokojnie skubało trawę. Sielanka. Zdawałoby się, najidealniejsza pora do podjęcia niespodziewanego ataku. Ale cóż to? Okręty omijają Ranę. Rugianie szybko opanowali sytuację. Ich okręty dopadają flotę Waldemara i zadają jej klęskę”. To było, niestety, ostatnie zwycięstwo Rany. Dziewięć lat później Ranowie nie zdołali obronić swej wyspy. A stało się tak: „Duńczycy przyjechali pod Arkonę 19 maja 1168 roku. Zaczęło się oblężenie. I kto wie, jaki – mimo wszystko – byłoby wzięło obrót, gdyby nie fatalny przypadek. Część oblegających przygotowała drewniane rusztowania, reszta otoczyła ciasnym kołem Arkonę. Ci, co stali naprzeciw bramy, ujrzeli w pewnej chwili, że ów kopiec, będący rodzajem osłony wejścia pod wieżę, osunął się z jednej strony. Bez zwrócenia uwagi oblężonych odsłonięty dół pogłębiono, napełniono słomą i podpalono. Niektórzy obrońcy rzucili się w ogień, aby zginąć wraz z niepodległością Rany, inni szukali śmierci w beznadziejnym spotkaniu z nieprzyjacielem. Ale najrozważniejsi zażądali układów. Waldemar wyznaczył miejsce i natychmiast przystąpiono do rozmów. Postawiono warunki. Jako warunek pierwszy, który musieli Ranowie spełnić, było wydanie posągu bożyszcza ...”. Niemiecki kronikarz Saxo tak pisze o tym: „Następnego dnia Danowie, zdjąwszy misternie zrobioną zasłonę posągu Światowida, zamierzali zwalić posąg i świątynię zburzyć, lecz gdy nikt z tuziemców ręki do tego przyłożyć nie chciał, Danowie użyli jeńców i przybyszów szukających w Arkonie zarobków. Ogromny posąg bożyszcza, zrąbany u kolan, zwalił się na przyległą ścianę, którą trzeba było w całości rozebrać, potem wleczony po ulicy, powrozem za szyję zaczepion, wzbudzał w jednych Słowian żal, w innych śmiech i drwiny, a gdy rąbany na drwa zgorzał pod kotłem wojska duńskiego, mieszkańcy Arkony pozbyli się całkiem przekonania o potędze bóstw swoich”. Tyle Saxo. A można mu wierzyć, ponieważ był autentycznym świadkiem tego, co się stało w owym roku na Rugii. Nic przeto dziwnego, że w olbrzymim posągu bóstwa widział wielki lud słowiański. Widział jak leży powalony, następnie ciągniony za szyję po ziemi, po czym spalony na zawsze. Tak właśnie zginęła Rana, tak zginęła Arkona, a wraz z nim Słowiańszczyzna połabska. Chociaż... Nie ze wszystkim. Oto – o czym już pisałem – potomkowie książąt rańskich przetrwali do przedwojennych czasów, używając tytułu na Podbórzu. Byli to – i być może są do dziś dnia – ostatni potomkowie księcia rańskiego Stoisława. J. Kisielewski dopisuje do tych wydarzeń epilog: „Kiedy przyszło do zakładania w tych stronach biskupstw nowych, nie rozpoczęto od Mgdeburga, ale właśnie założono naprzód biskupstwo w Hobolinie-Hewlbergu, w Braniborze-Brandenburgu, następnie w Merseburgu, w Żywcu i w Miśni, a więc w miejscowościach zamieszkałych przez lud słowiański. Trzeba zresztą bezstronnie przyznać, że Otton I plan podboju Słowiańszczyzny przez wpływy kościelne obmyślił gruntownie i zakroił na szeroką skalę. W Magdeburgu, stolicy arcybiskupstwa, powołał do życia klasztor, w którym zakonnicy mieli się uczyć języka słowiańskiego – sam cesarz zresztą pobierał naukę tego języka, zachęcał do poznania obyczajów tubylców, zalecał wysiłek największy wiedząc, że sama siła nie da skutków pomyślnych. Przy czym rzecz charakterystyczna: Polska nie została włączona do tego nowego arcybiskupstwa, stanowiła bowiem zbytnią potęgę, której Otton nie mógł dać rady”. Do powyższych uwag autor książki „Ziemia gromadzi prochy” dodaje jeszcze komentarz współczesny: „Gdy kanclerz Adolf Hitler mówi dziś o wielkich Niemczech i państwie Karola Wielkiego, nie powinien udzielać głosu Alfredowi Rosenbergowi (twórca hitlerowskiej odmiany rasizmu, głoszący tezę o „czystości” i rzekomo nadzwyczajnym powołaniu rasy germańskiej), który kopie i poniża katolicyzm. Historia zresztą powtarza się ponownie. Światem przeciąga od niedawna wielka idea narodowa, jak niegdyś chrześcijaństwo. Idea nie tak święta, ale idea ... Jesteśmy świadkami preparowania tej idei przez Niemcy na nowy instrument zaborczy. Nacjonalizm niemiecki w tej chwili służy (...) niemieckiemu imperializowi”. Wiemy czym to wszystko się skończyło. Wiemy także co spotkało Słowian połabskich, a następnie Słowian pomorskich. Na świadków tego powołajmy raz jeszcze Helmolda, który aczkolwiek był Niemcem, to jednak – jako dobry chrześcijanin – oddał mniej więcej to, co działo się wokół niego. W swej kronice pisze on: „Do tych nieszczęść w Saksonii dołączyło się i to, że tenże książę Bernard saski, całkiem niepomny przychylności, którą ojciec i dziad Słowianom okazywali, tak przez swą chciwość gnębił naród Winulów, że zmusił ich z konieczności do bałwochwalstwa powrócić. W rzeczy samej w owym czasie opanowali ziemię Słowian margrabia Teodoryk i książę Bernard (...), a nierozsądek obu przymusił Słowian do odstępstwa (religijnego). Trudno tu jeszcze nie zacytować za Helmoldem przemówienia księcia słowiańskiego z plemienia Wagrów, Przybysława: Czyż potrzebny jest do owych słów komentarz? Niech Czytelnicy osądzą, czy ostatni cytat – pochodzący również z kroniki Helmolada – nie przypomina nam współczesnym tragicznego losu Polaków. Taki sam los chrześcijaństwo zgotowało wcześniej milionowym rzeszom Słowian żyjących pomiędzy Odrą a Łabą. Cytuję: „Guncelin, rządca zamku, mąż dzielny i sługa księcia (Henryka Lwa), polecił swoim, żeby skoro tylko spostrzegą kogokolwiek ze Słowian idących bocznymi drogami bez usprawiedliwionej przyczyny, żeby takich chwytali i natychmiast wieszali”. Czyniono tak ponoć w imię wiary... |
