Budynek celny na byłym przejściu granicznym w Wygodzie k/Nakli; tu m.in. służył
jako strażnik Stefan Sierzputowski (stan dzisiejszy, szosa Bytów - Kościerzyna).
„ABY PAMIĘĆ NIE WYGASŁA”/4/
- „Nie bardzo wiedziałem wtedy, wiosną 1945 roku, co ze sobą robić – wspominał Stefan Sierzputowski. – Byłem po obozie słaby, a po „marszu śmierci” nie nadawałem się do żadnej cięższej pracy. A moja poprzednia praca – była przecież służbą w Straży Granicznej. Do niej byłem szkolony. Ale granicy, na której pełniłem straż – już nie było! Przesunęła się daleko na zachód, o czym marzyło przed wojną wielu ludzi. Powstała nowa Polska. Jaka ona będzie? Co mnie w niej czeka? Myślałem o tym, o własnym miejscu, w tym nowym, nie znanym mi życiu.”
A oto spisane przeze mnie....wspomnienia, (publikowałem je również w byłych słupskich „Zbliżeniach”, jak i aktualnie w poprzednich odcinkach w „Naszych Gochach” ), z którymi Stefan Sierzputowski podzielił się ze mną w 1983 roku.
„....W maju 1945 roku wstąpiłem do milicji w Bytowie. Powiedziano mi, żebym założył posterunek w Półcznie. To niedaleko mojej Nakli, tylko kilka kilometrów, ale przed wojną między jedna wsią a drugą biegła granica. W Półcznie przed wojną mieszkali Niemcy i tylko czterech autochtonów. Zebrałem chłopów z partyzantki. Mieliśmy broń. Zaczęliśmy walkę z szabrownikami, złodziejami, z dywersantami, którzy podpalali gospodarstwa. Minął rok – i już był porządek.
Po trzech latach jednak wyraźnie pogorszyła się atmosfera. Nie mogłem już dłużej służyć w milicji, zgłosiłem rezygnacją.
Zastępowałem potem naczelnika na poczcie, ale i tutaj było mi nielekko. Przeszłość strażnika granicznego była wtedy „hakiem” w życiorysie.
W 1949 roku wziąłem więc gospodarstwo w Półcznie. Na początku było nam bardzo ciężko. Nie miałem pieniędzy, sprzedałem buty, żeby kupić konia, a potem z żoną harowaliśmy. Gospodarstwo – to 18 hektarów, w tym trochę lasu, 2 ha łąki. To już kwalifikowało mnie do grona kułaków. Zmieniło się na lepsze po powrocie Gomułki do władzy w 1956 roku.
Bardzo odczuwałem przed wojną brak wykształcenia. Nie miałem z tego powodu szansy na awans w straży. Dlatego chciałem, żeby dzieci się uczyły. Cała szóstka zdobyła wykształcenie, kwalifikacje. Dwaj synowie i córka są nauczycielami, trzeci syn – pracuje w górnictwie, a czwarty jest oficerem Wojska Polskiego. Druga córka została pielęgniarką.
Żadne z dzieci nie wybrało więc zawodu rolnika. Nie było następcy w 1972 roku zdaliśmy gospodarstwo na skarb państwa. I znów przez pierwsze lata było bardzo trudno wyżyć z przyznanej nam renty.
Jestem członkiem ZSL, należę do ZBOWiD, Związku Inwalidów Wojennych. Mam Krzyż Partyzancki, Medal Zwycięstwa i Wolności, medal „Za udział w wojnie 1939 roku, Odznakę Grunwaldu, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski.
W listopadzie 1983 roku obchodziliśmy z Klarą pięćdziesiąt lat naszego małżeństwa. Mamy piętnaścioro wnucząt.
Ukończyłem już 78 lat, ale czuję się dobrze. Okolice, w których pełniłem służbę na granicy, znam jak własna kieszeń. Zapamiętałem je na całe życie. W każde miejsce trafię nawet po ciemku.
Pamiętam też kolegów, którzy nie przeżyli tamtego Września 1939 i innych, rozstrzelanych, zamęczonych przez hitlerowców w następnych strasznych latach. Na przykład strażnika Pawlaka z sąsiedniej placówki w Jamnie, rozstrzelanego i Stefana Wartela, który poległ w pierwszym dniu wojny.
Zapamiętałem też nazwiska kolegów z sąsiednich placówek. W Skwierawach w 1939 roku służyli: Kazimierz Giedrewicz, Jan Szeszuta, Jan Czyż, Paweł Adamczyk, który mieszka chyba w Lipuszu.
W Żelewcu – Walenty Świątek, komendant placówki oraz Jan Apanel, Stanisław Marcinek, Jan Szopny.
W Dywanie, koło Somin: Jan Misiak – komendant, Józef Walkowiak, Stanisław Mosakowski, Stanisław Zawirski.
A z mojej placówki w Nakli? Stanisław Skowroński zmarł po wojnie. Był u mnie jego syn, mieszkający w Poznaniu. Stanisław Ratajczak przeżył niewolę, mieszkał w Gowidlinie, już nie żyje. Nie żyje również Stanisław Lis i Stanisław Dawidowski, który po wojnie mieszkał w Bytowie. Zostałem więc z tego grona sam. Słyszałem jeszcze, ze w Gdyni mieszka aspirant Wytrlak z komisariatu w Lipuszu.
Taka jest moja historia – dawnego strażnika granicznego rodem z Mazowsza, od pięćdziesięciu pięciu lat – na Kaszubach.......”.
*
Red. Tadeusz Martychewicz wspomnienia, które przypomnieliśmy w 4 kolejnych odcinkach spisał w 1983 roku, kiedy to jako dziennikarz słupskiego tygodnika Zbliżenia, bywał w Nakli u bohatera tego reportażu - S. Sierzputowskiego.