| | Zygmunta Werę poznałem w 1976 roku w niecodziennych okolicznościach. Było to w dzień przed świętem 1-majowym. Lipnica była udekorowana – flagi, szturmówki, hasła.. Jedno z nich, wiszące pomiędzy drzewami głosiło: „Niech żyją rolnicy – mistrzowie wysokich urodzajów”. Szedłem do internatu, a ulicą jechał siedząc na wozie trzymając w lejcach dorodnego konika rolnik. Kiedy zbliżył się do mnie zapytał się mnie: - „Panie, czy tylko mają żyć ci, co są mistrzami”?. Po chwili konsternacji odpowiedziałem mu: - „Nie tylko”! Po tej rozmowie i rozejściu się nas, postanowiłem bliżej poznać mego rozmówcę, a także jego życie, poglądy, osobowość. Wydawało mi się bowiem dziwne, że rolnik, w tym nienajgorszych dla rolnictwa tzw. „gierkowskich czasach”, odważnie, ze swoją chłopską filozofią, ironizuje z ówczesnych PRL-owskich haseł. Cieszę się, że mogę teraz przybliżyć jego sylwetkę również czytelnikom „Naszych Gochów”, tym bardziej, że jest on dziś już dziadkiem m.in. swego wnuka Marka, który wraz z moim synem Tomkiem, jako koledzy, od urodzenia, razem przebyli edukację od przedszkola po Akademię Morską w Gdyni i dzisiaj są jej absolwentami. Zygmunt Wera urodził się 1 maja 1923 roku w Kiedrowicach i z tą wsią związał całe swoje życie . Jego ojciec Józef ożeniony był z Martą Rekowską (z tych Rekowskich, którzy mieszkają do dziś nad jeziorem Kiedrowickim od strony Lipnicy). Gdy Zygmunt miał 5 lat, zmarła mu matka, osieracając troje dzieci. Ojciec ożenił się po raz drugi. Z tego małżeństwa urodziło się jeszcze czworo dzieci. Rodzina Werów utrzymywała się z 13 hektarowego gospodarstwa. Zygmunt jako najstarszy z rodzeństwa musiał ciężko pracować wraz z ojcem na roli, a poza tym musiał opiekować się młodszym rodzeństwem. Szkołę podstawową, czteroklasową skończył w Kiedrowicach. Nie stać było rodziców na dalszą jego edukację, a także z tego względu, iż był na co dzień potrzebny do pracy w gospodarstwie i domu. Nadszedł rok 1939 i okupacja hitlerowska. Ojciec Zygmunta jak wielu w tym czasie zmuszony był do podpisania i przyjęcia III grupy narodowości niemieckiej. To spowodowało przymusowy pobór do wojska niemieckiego 19 letniego wówczas Zygmunta. W lutym 1943 roku już w mundurze żołnierza niemieckiego przechodził szkolenie w oddziale artylerii lekkiej w miejscowości Verden end Aler. Potem wraz ze swoją kompanią Polaków – Niemców, zostaje przerzucony do Francji - do miejscowości Klermonferand. Po dwóch miesiącach dostaje przydział do marynarki wojennej. Stacjonował w porcie belgijskim Brest. Niemcy wysyłali ich – Polaków po dwóch – trzech na okręty szukające min. To na jednym z niemieckich poławiaczy min, pływał w bojowych rejsach patrolowych pomiędzy Brestem a portem francuskim – Lorient (Lotaryngia). Okres jego służby był bardzo niebezpieczny, bowiem Alianci intensywnie z samolotów m.in. bombardowali niemieckie okręty. Podczas jednego z takich nalotów ,okręt na którym służył Z. Wera został zatopiony. Ocalałych z tego nalotu w tym Zygmunta skierowano do służby polowej na froncie francuskim. Dla Zygmunta i wielu jego kolegów tam we Francji nadeszła długo oczekiwana sposobność do ucieczki, do tego by rzucić niemiecki mundur i przejść na drugą stronę – do Aliantów. Wielu w tym i jemu to się udało. Uciekł z linii frontu wraz z dwoma kolegami, trafiając do Amerykanów. Dopiero tam dowiedział się o istnieniu polskiego wojska walczącego z Niemcami na zachodnim froncie, o walczącej niedaleko Dywizji Pancernej gen, Maczka i o Korpusie gen, Andersa. W obozie amerykańskim przebywał 2 tygodnie, poczym z pozostałymi uciekinierami – Polakami, zostali przewiezieni do Anglii. Po jednodniowej kwarantannie (mycie, badania lekarskie, dopasowanie nowych mundurów itp.) przerzucono ich do Szkocji, do polskiego obozu przejściowego. Tam przez tydzień przeprowadzano z nimi rozmowy o wstąpieniu do polskiego wojska. Ten tygodniowy pobyt, całe to polskie otoczenie, jak i własne przekonanie pozwoliły mu podjąć decyzje by na ochotnika wstąpić do Armii Polskiej i tak znalazł się w szeregach Korpusu gen. Andersa. To w ramach tej armii rozpoczęła się jego kolejna, frontowa wędrówka. Nasamprzód ze Szkocji poprzez Giblartar przepłynęli na francuskim okręcie „Marsylia” – do Włoch. Tam w ramach 12 pułku artylerii ciężkiej brał udział w walkach od Ancony po Bolonię. W Bolonii dowiedzieli się o kapitulacji Niemiec. Byli szczęśliwi. Jednak droga, którą Zygmunt Wera miał po zakończeniu wojny wrócić do kraju, do Polski – była jeszcze długa. Pamięta wiec we Włoszech, na którym przemawiał gen. Anders – mówiąc ,że „nie wrócimy do Polski, która jest pod rządami Moskwy, ale do Polski, która będzie wypisana na naszych sztandarach”. W sierpniu 1946 roku, kiedy dowiedział się, że Zachód uznał polski Rząd Jedności Narodowej, wyjechał z Włoch do Anglii. Tam w obozie wojskowym zastanawiał się czy powrócić do Ojczyzny , czy pozostać na Zachodzie. Pomimo rozterki, górę wzięła tęsknota za domem. W maju wraz z liczną grupą zdemobilizowanych żołnierzy powraca statkiem do Gdańska, skąd pociągiem dojeżdża do Chojnic, po czym ciężarówką, która raz dziennie docierała do Lipnicy, znalazł się w domu. W Lipnicy pierwszym napotkanym znajomym był Albin Pażątka – Lipiński, późniejszy długoletni sołtys wsi. , który odprowadził powracającego żołnierza - tułacza do jego rodzinnych Kiedrowic. Warto odnotować , że w Anglii spotkał lipniczanina, z którym się zaprzyjaźnił - Leona Wirkusa (był po wojnie listonoszem w Lipnicy), a który był w jego jednostce magazynierem mundurowym. Dzięki tej znajomości obaj mieli, zarówno dopasowane, jak dobre mundury oraz buty, stąd udając się na przepustkę, nie wstydzili się swego ubioru, a przy tym mogli liczyć na szczęście powodzenia... W domu po jego powrocie z 5 letniej tułaczki wojennej - serdeczności i ogromnej radości było co nie miara. Jak dzisiaj mi wspomina - nigdy nie żałował , że powrócił do domu, na swoje ukochane Kaszuby, do swej ukochanej wsi. A jak potoczyły się jego powojenne losy ? Otóż po powrocie z wojny, przez 3 lata pracował gdzie się dało. Najczęściej jako pomocnik murarza na budowach. W 1950 roku ożenił się z Małgorzatą Żmuda – Trzebiatowską z Łąkiego, która od 5 roku życia wychowywała się w Kiedrowicach u państwa Pałubickich. Pani Pałubicka była siostrą jej matki. Po ślubie młodzi Werowie – Zygmunt i Małgorzata zamieszkali u Pałubickich i wspólnie prowadzili z nimi 14 hektarowe gospodarstwo rolne, które dawało im utrzymanie. Po latach Werowie zostali po śmierci małżonków Pałubickich właścicielami tego gospodarstwa. Sami dochowali się czworo dzieci – dwóch bliźniaków – Zygmunta i Józefa oraz dwie córy – Helenę i Barbarę. Najmłodsza – Barbara wraz z mężem Czesławem Owśnickim, rodem z Brzeźna, mieszkają na ojcowiźnie. Państwo Zygmunt i Małgorzata Werowie początkowo przez kilka lat po zapisaniu gospodarstwa następcom, mieszkali u syna Zygmunta w Lipnicy. Jednak tęsknota za Kiedrowicami przyczyniła się do podjęcia przez nich decyzji i trudu wybudowania niewielkiego domu na swej kiedrowickiej ziemi, należącej do ich gospodarstwa. Dzisiaj są szczęśliwi i zadowoleni, zwłaszcza z dzieci i wnuków, a dom ich jest niezwykle gościnny dla wszystkich co ich odwiedzą. Dookoła ich małego domku, powstają dziś kolejne, a ich nowi sąsiedzi chętnie ich odwiedzają by skosztować i zażyć ciepła, które od nich emanuje, napić się kawy, posłuchać mądrych rad i posłuchać kaszubskiej mowy. Przy czym gospodarz snując dawne wspomnienia ze swych przeżyć zarówno tych wojennych jak i nowszych, ma także okazje by pokazać dokumenty, zdjęcia i odznaczenia - w tym te wojenne a wśród nich medale:- „Gwiazda Włoch” „Medal Brytyjski za udział w wojnie 1939-45”; „Polskich Sił Zbrojnych” itd. Z dumą pokazuje nominacje na stopień –oficerski – podporucznika jaki otrzymał w 2001r. , jako wyraz uznania za jego bohaterskie dokonania i wojenną udrękę której doświadczył w walce o wolną Polskę. I ja tam u Werów w Kiedrowicach byłem... A w ogóle, gdy jadę w Gochy, to parafrazując Adama Mickiewicza, wpadam na nie „jak do centrum ojczyzny, bo tu się człowiek napije i nałyka do woli Kaszebizny...”! |

![Zbigniew Studziński []](/foto/autorzy/40.jpg)