NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Wizyta córki H. Derdowskiego, p. Heleny Zimniewiczowej z Saint Paul w redakcji Kaszebe w lipcu/sierpniu
1961 r.; odlewej Leon Roppel, Florencja Zimniewiczowa (wnuczka Derdowskiego), Aleksander Arendt,
Helena z Derdowskich Zimniewiczowa, Tadeusz Bolduan, Bernard Szczęsny, p. Bałachowska i Czesław
Bałachowski (siostrzeniec Derdowskiego z Grudziądza).

Wizyta córki H. Derdowskiego, p. Heleny Zimniewiczowej z Saint Paul w redakcji Kaszebe w lipcu/sierpniu
1961 r.; odlewej Leon Roppel, Florencja Zimniewiczowa (wnuczka Derdowskiego), Aleksander Arendt,
Helena z Derdowskich Zimniewiczowa, Tadeusz Bolduan, Bernard Szczęsny, p. Bałachowska i Czesław
Bałachowski (siostrzeniec Derdowskiego z Grudziądza).


ROZMOWA Z CÓRKĄ JAROSZA DERDOWSKIEGO

Nareszcie zwiedziłam i zobaczyłam owe legendarne dla mnie, a tak często przez mego ojca wspominane Kaszuby – zwraca się do mnie córka Hieronima Derdowskiego p. Helena Ziemniewicz.

- Po raz pierwszy Pani w „starym kraju?”
- Tak, zawsze nosiłam się z myślą, aby odwiedzić rodzinne strony ojca. Udało mi się to dopiero teraz, gdy już jestem babką.

- Czy któryś z Pani wnuków odziedziczył po dziadku talent poetycki, mówiąc jego słowami słabość do „łgorsciech rymów”?
- Mam sześcioro dzieci i piętnaścioro wnuków, lecz żaden z nich nie widzi świata w kategoriach poetyckich. Jedynie córka Florencja, która ze mną przyjechała do Polski, mogłaby pisać wiersze, ale na razie nie chce. A szkoda, bo wszystko co nie zostaje spisane ulega zapomnieniu i ginie.

- Czy Pani spisała może swe wspomnienia o ojcu?
- Cośkolwiek znajduje się w brulionach, które zostawiłam w domu. Sporo materiału przyczynkarskiego, ułatwiającego rozeznanie w poglądach i działalności ojca, zawierają poszczególne numery pisma „Wiarus”, wychodzącego pod koniec XIX wieku w Winonie. Właściwie amerykański okres działalności ojca jest stosunkowo mało znany.

- Czy tamtejsza Polonia pomięta o nim?
- Pan ma na myśli jego utwory? Mało kto je tam zna. Szacunek, jakim ojciec cieszył się za życia, nie rozciąga się aż na teraźniejszość.

- Pani zgodzi się z tym. Że my tutaj mamy dłuższą i wdzięczniejszą pamięć...?
- Oczywiście, przekonuję się o tym na każdym kroku. Wystarczy wymienić nazwisko p. Aleksandra Arendta, którego ulubioną lekturą są: Kaszube pod Widnem”. Czyż nie jest ujmującym to, że prezes Z. G. Zrzeszenia Kaszubskiego Bernard Szczęsny witał mnie cytatami wyjętymi z „Czorlińsciego”? O p. Roppłu już nie wspominam, to chyba najwybitniejszy współczesny znawca twórczości mego ojca?

- Tak, to nie ulega wątpliwości. Słyszałem, że była Pani również w Wielu?
- Ta, wioska stanowiła „gwóźdź” programu mej wycieczki. Na wstępie się rozczarowałam trochę, bo wielewska gwara, to już nie ta czysta kaszubszczyzna z „Jaśka z kniei”. Potem jednak wspaniałą niespodziankę sprawił pan Konkolewski. Można powiedzieć, że recytacje tekstów kaszubskich w jego wykonaniu są artystycznie skończone. Porobiłam w Wielu mnóstwo zdjęć, m.in. utrwaliłam na kliszy pomnik jaki mieszkańcy wioski wznieśli swemu łgarzowi, oraz owe „Góre Chełmiccie gdze zemne wiatre wieją i z wydmów piosek mniedze chojcie seją ...”.

- Od jak dawna datują się Pani zainteresowania kaszubskie?
- Nie skłamię jeśli powiem, że już od dziecka. Ze wszystkich dzieci ojciec lubił mnie najbardziej. Często, gdy przychodził z redakcji, brał mnie na kolana i nazywając ”sierotką”, długo mówił o kraju, o Kaszubach. Posiadał niezwykły dar plastycznego przedstawiania wydarzeń, wygrzebywał z pamięci sylwetki ludzi, których dobrze znał: Stryja z Kazanic, Danielewskiego, Kętrzyńskiego, Kraszewskiego itd. Z chwilą śmierci ojca, ta nić łącząca mnie z jego rodzinnymi stronami została zerwana. Dopiero wasze pismo „Kaszebe”, które dociera też do Ameryki, umożliwiło mi odnowienie „starej miłości”. Czytając „Kaszebe” zestawiam w wyobraźni, to co ojciec opowiadał mi o każdej wiosce, z tym co Wy o niej piszecie. Po trosze zazdroszczę Panom przyjemnych warunków w jakich pracujecie.

- Dlaczego?
- Tam w Ameryce ojciec redaktor nie miał łatwego chleba. Przeciwnicy z konserwatywnych pism ciągle zatruwali mu życie. W aktach na Jarosza celował Michał Kruszka. Być może z tego powodu ojciec zamierzał przenieść się do Chicago. Nie zdążył, w tydzień później nastąpiła śmierć. Do ostatnich dni utrzymywał kontakty z różnymi ludźmi. Okoliczni biedacy nie mający pieniędzy na opłacenie adwokata, do niego przychodzili po porady prawne. Już to samo wystarczyło, by sobie zasłużyć na powszechny szacunek. I to zapewne spowodowało, że Irlandczyk Towny stał się najlepszym, przyjacielem mojego ojca.

- W sumie można powiedzieć, że jest Pani zadowolona z wycieczki?
- Jak najbardziej, szczególnie cieszy mnie cenny podarunek Zrzeszenia Kaszubskiego w postaci medalu 500-lecia powrotu Pomorza do Polski. Wkrótce wyjeżdżam do domu, do Saint Paul w stanie Minnesota. Napisze stamtąd do redakcji.
- Bardzo prosimy.

„KASZEBE” nr 17/1961 r.


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Informator imprez rozrywkowych.party,imprezy stomatolog Wrocław