NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

(Wspomnienie z dziecinswtwa)
Zbychowskie chëcze pełne były zieleni, choć na zewnątrz budynków królowała jeszcze zima. Wprawdzie za dnia wiosenne słońce w dostępnych miejscach rozprawiało sic bezpardonowo z zlodowaciało-śnieżną szatą wycofującej się zimy, ale w cieniu wciąż marzło. a w nocy, począwszy od zmierzchu aż do świtu, ziemia była w jarzmie przedłużającej się w tym roku zimy. Pod wpływem tchnienia północno-wschodnich wiatrów odtajałe za dnia miejsca podczas nocy zamieniały się w tafle lodu, co sprawiało wielką uciechę dzieciakom udąjącym się z rana do szkoły. Było na czym pojeździć. Łyżwy nie były potrzebne - bo kto je zresztą miał - gdyż wspaniale ślizgały się po gładkim lodzie drewniane korki. Niektórzy przybijali na drewniany spód pantofla druty, co dawało większy poślizg.
W ciasnych kuchniach i ogrzewanych pokojach w najuboższych chatach, zamieszkałych przez wiejskich handlarzy, zastawionych było mnóstwo balii, wiader, kubłów i innych naczyń wypełnionych gałązkami brzozy i w mniejszym stopniu wierzby. Handlarze pod koniec wielkiego postu dwa, trzy razy w tygodniu wywozili swój zielony towar do nadmorskich miast, a szczególnie do Gdańska, by zdobyć trochę grosza na zbliżające się Jastra. Również w chałupach gburków kaszubskich rozwijały się pąki na zastawionych w mniejszych naczyniach gałązkach wspomnianych drzew. Wiosnę i święta wiosenne witało się zielenią.
Jedynie gałązek jałowca nikt tak wcześnie nie zrywał i nie wstawiał do wody. Zrywano je wprost z krzaków w rękawiczkach, najczęściej w Wielki Czwartek, gdyż w Wielki Piątek, zwany biczownikiem, ojcowie lub matki wyganiali śpiochów z łóżek, żeby zdążyć z wszystkimi przygotowaniami na Jastra. Tych opornych i ociągających się biczowano gałązkami jałowca. Co przezorniejsi ubierali na tę noc spódné buksë, czyli kalesony, ale jałowiec nawet przez te ochraniacze dotkliwie potrafił kłuć ciało.
- Tej lë z wërów, ale flot! - powiedziała owego czwartku moja mama i wygoniła bez użycia jałowca mnie i całe moje rodzeństwo z łóżek. Z pajdą swojskiego chleba w ręce wszyscy podążali do swoich zajęć. Siostry ścierały kurze, zmywały meble i okna. myły drewniane podłogi, a chłopaki miały wyznaczone zajęcia na dworze lub w pomieszczeniach gospodarczych, przy transporcie wody ze stawu lub ze studni.
W Wielki Czwartek poprzedzający piątkowy ścisły post, jadło się tylko suchy chleb i piło czarną kawę zbożową. Przed świętami w oba wspomniane dni postu zaradni gospodarze przygotowywali pełne skrzynie sieczki dla koni i bydła. Tą dla krów mieszano z posiekaną brukwią - o ile do tego czasu jakaś przetrwała - odpadami ziemniaczanymi i pociętym na drobno sianem. Gotowano zapas ziemniaków dla trzody chlewnej, rąbano drewka do piecow przynajmniej na trzy dni, usuwano obornik. Zapełniano beczki w chlewie wodą ze stawu, a beczkę w kuchni pitną wodą ze studni będących w posiadaniu kilku gospodarzy. Wszyscy mieli zajęcie. Zapasy musiały starczyć na trzy dni świąteczne, gdyż wtorek po Wielkanocy był też obchodzony, szczególnie przez kobiety, stąd nazwa tego święta: babskie święto. Kobiety miały prawo dëgôwac, czyli chłostać chłopców i dorosłych mężczyzn rózgami tylko w to nieformalne trzecie święto, z czego skwapliwie korzystały. Odwzajemniały się płci przcciwnej za degusë z dnia poprzedniego.
W niedzielę poprzedzającą Jastra, zwaną niedzielą palmową lub kwietną, każda szanująca się gospodyni zabierała do kościoła wiązankę wierzbowych gałązek z rozwiniętymi baziami. czy też - jak kto chce - kotkami. Gałązki te zwano pospolicie palmami. Poświęconc w kościele święconą wodą gałązki po powrocie do domu zatykano z namaszczeniem za święte obrazy w peńsczi izbie. Bazie z tej wiązanki dodane w Wielki Piątek do karmy zwierząt chronić je miały przed pomorem i wszelkimi innymi choróbskami przez cały rok. A gdy któreś zwierzątko pomimo to zachorowało w ciągu roku, szczególnie na urok, rozcierano kilka bazi i podawano choremu bydlęciu w celu przywrócenia zdrowia. Niekiedy proszek z roztartych palmowych bazi podawano ludziom dotkniętym niemocą lub chorobą. Wiara w cudowną moc tych poświęconych bazi przywracała ludziom w wielu przypadkach upragnione zdrowie i tężyznę fizyczną.
Jastra owego roku - a był to czas niespokojny - wypadły tuż po pierwszej wiosennej pełni księżyca, bodajże w przedostatni dzień marca. Cały powiat morski objęły wiece protestacyjne przeciwko panoszącej się brunatnej zarazie wciskającej się tak od strony III Rzeszy, jak z Wolnego Miasta Gdańska na nasze ziemie. Zagrożony był tak zwany przez hitlerowcow korytarz, czyli nasze wąskie dojście do Bałtyku. Władze nawoływały społeczenstwo do dozbrajania naszej armii. Apel został przyjęty, o czym świadczy ubiegłoroczna manifestacja zwartosci i siły na śmiechowskim poligonie, gdzie po poświęceniu przekazano Baonowi Morskiemu z Wejherowa cały rząd karabinów maszynowych. Ale mnie i moich kumpli - podrostków zc Zbychowa - owa wielka polityka w perspektywie wielkanocnych świąt niewiele interesowała. Bliższe nam były wydarzenia, jakie niósł kaszubski rok obrzędowy w okresie wielkanocnym. My żyliśmy Jastrami.
Ledwo świtało, a krwawa łuna porannej zorzy sączyła się niewielkim okienkiem do małej izby, a wszyscy byli już na nogach.
- To je czas na rezurekcję. Flot sã ôblakac ë marsz do kôscóka - poganiała swoją gromadkę nasza mateńka.
Wychowanka Gréta, której matka zmarła przed wieloma laty, przyniosła już ze zdroju jastrową wodę do porannej toalety, która dziewczętom zapewniała piękną cerę i urodę przez cały rok, a i lata następne.
- Czë te sã Grétkô czasã nie ôbezdrza ë do kôgusz słowa nie rzekła, bô wszetkô bë przepadłë - chciała wiedzieć mama.
Gréta była dziewczęciem roztropnym i wiedziała, jak postępować w świąteczny poranek z wodą źródlaną. Sama chciała być piękną, bo wiedziała, że w poniedziałek świąteczny ma przybyć na gwesnoscë jej kawaler Czapów Franc. Była zatem specjalnie ostrożna i przestrzegała pilnie ludowych obrządków.
Jajecznica z gęsią ôbłëną, czyli okrasą, stała gotowa na stole. Był też chleb dobrzc wypieczony bez zakalca, bo mama dodała do mąki żytniej sporą torbę mąki pszennej, a także na stół postawiło masło, a do kawy zbożowej cukier.
- Tej lë sadita ë zjédzta w imiã bôsczi - zachęcała mama - bô do kôscółka je daleko droga.
I rzeczywiście droga była daleka. Kościół parafialny znajdował się w oddalonej o milę, to jest o siedem kilometrów drogi od Zbychowa. To było pięć kwadransów równego marszu. A droga była z rana niezbyt przyjemna, bo w nocy lekki mrozik wciąż trwał. Zabraliśmy zielone wiązanki brzóz i w drogę. Mama została w chałupie, bo ktoś musiał przygotować świąteczny obiad. Poranne obrządki w zagrodzie zrobili ojciec i dzéwka Gréta. Popołudnie spędziliśmy w rodzinnym gronie i bardzo dostojnie.
W drugi dzień Wielkanocy ranny brzask nie zdołał jeszcze wygonić z zakamarków izby ostatnich cieni, a ja już nie spałem. Chciałem koniecznie wstać razem z ojcem, by nie dać się zaskoczyć przez kolegów z dëgusã. Śmiali by się ze mnie, że oberwałem po gérach. Lcdwie zdołałem się ubrać, a już butnowe drzwi zaskrzypiały, a do pokoju wtargnęli Butk. Gust, Józk i wiecznie umorusana Irka. Ona pierwsza zaczęła swym przeraźliwie cienkim głosem:
- Dëgus, dëgus spiochom w wërze,
niech na nogach bdą pãcherzë.
Gilgum nogã, gilgum pajã,
nie chcã chleba, leno jaja!
Chłopcy w międzyczasie zabrali się do dygowania sióstr w ich drabiniastym łóżku. Zrobił się pisk nielada. Młodzi bracia w łóżku też podnieśli lament. Świąteczny dyngus nie był tak bolesny, jak piątkowy biczownik, bo w Jastra używano tylko rózg brzozowych z rozwiniętymi listkami. Dygowano ostrożnie, żeby stracić jak najmniej zielonych i delikatnych listków. Mama obdarowała dyngujących kilkoma jajkami malowanymi na pare kolorów w wywarze różnych liści lub ziół. Były to jastrowe jajka i musiały być spożyte w okresie świątecznym. Dyngownicy otrzymali też po kawałku ciasta, z czego byli więcej zadowoleni niż z malowanek. Dziękując ukłonem opuścili mieszkanie i powędrowali do następnych chat. Podczas śniadania dziadek opowiedział nam, że w dawnych czasach po dyngusie chodzili lapsowie w wieku nawet dwudziestu i więcej lat, a zebrane jajka - wówczas w większości nie malowane, wymieniali w karczmie na sznaps lub piwo. Ten niedobry zwyczaj minął, a do jego zaniechania przyczyniły się białki, które wpadły na pomysł, by na dyngusa wszystkie jajka pomalować, a tych nikt nie kupi, bo wiadome było, że to jastrowe jaja.
W drugie święto Jaster dyngowano nie tylko z rana. Ludzie odwiedzali swoich sąsiadów -a był to dzien przeznaczony na wizyty - i w odwiedziny zabierali zielone rózgi. W zasadzie w dniu tym dyngować mogli tylko chłopcy i mężczyźni. Powszechnie wierzono, że ta dziewczyna lub kobieta, która była wielokrotnie chłostana jastrowymi rózgami, będzie miała lepsze szczęście w miłości, w zdrowiu, w pomnażaniu majątku. Dlatego to wszystkie panny i mężatki, choć wzbraniały się i kryły przed dyngusem, ale robiły to w taki sposób, żeby nie uniknąć wychłostania. Zdarzało się, że chłopcy polewali dziewczęta wodą, ale czynili to zazwyczaj napływowi. Na Kaszubach ,,mokry” dyngus był nieznany.
Małe dzieci czekały już kilka dni na zejca. Już w niedzielę świąteczną wystawiały w zaciszne miejsca: w chlewiku, szałerku lub w krzakach koszyczek wysłany sianem, do którcgo zając miał znieść wielkanocne jajka i małe, najlepiej czekoladowe zajączki. Jak tylko mama z Grétą wróciły z rannego nabożenstwa, maluchy otrzymały zezwolenie na odszukanie koszyczków. Co to była za radość! W koszyczkach na sianie oprócz malowanek były kolorowe jajeczka-cukierki, baranek z lukru i czekoladowe zajączki. Tylko ja nic nie dostałem, bo byłem za ,,stary” na te przyjemności, a za młody na dorosłego. Nie mogłem rodzicom wybaczyć tej ,,starości”, ale żal szybko mijał, bowiem maluchy ukradkiem podawały mi słodyczc ze swego przydziału.
W godzinach popołudniowych przybyli zgodnie z zapowiedzią i starym zwyczajcm jastrowym rajca Tóna Labuda i kawaler Grety - Czapów Franc. Kawaler przyniósł zielone rózgi wychłostał lekko najpierw moją mamę, a następnie chciał wysmagać swoją brutkę. Ale ta znikła. Kazano kawalerowi ją szukać. Mama celowo otworzyła mu skrzynię, w której znąjdowała się wyprawa Grétë, następnie szafę i mimochodem wspomniała, że bielizna pościelowa z lewej strony należy do szukanej dziewczyny. Zaszli do pokoju, w którym stało łóżko narzeczonej pełne pękatych poduszek. W końcu kawaler znalazł swoje dzéwczã w komórce. Zarumieniona, przesadnie zawstydzona, ze spuszczoną głową przyszła z Frankiem pod rękę do gościnnej izby.
- Maréczene buksë, te jã Francku wejlë weszukéł! Wa sã pewno do së mota? - powiedział rajca, a oni zerkali nieśmiało, ale zalotnie na siebie. Mama poprosiła kawalera do stołu, a Gréta usiadła na brzeżku ławki pod piecem. Ojciec przyniósł butelczynę kôrnusu na rozwiązanie języków, postawił też kieliszki, napełnił je gorzałką. Goście przy stole wypili najpierw na jedną nogę, następnie na drugą, zaraz po tym następne ladżé, zachwalając trunek. Języki rzeczywiście się rozwiązały i rozpoczęły się męskie gadki o pogodzie, ustępującej zimie, nadchodzącej wiośnie, bieżącej polityce, ciężkich czasach ... W międzyczasie mama z Grétą postawiły na stole w drugim - tym peńskim pokoju - świąteczny obiad. Gréta dziś po raz pierwszy pełniąc rolę gospodyni, zaprosiła do stołu rozgadanych mężczyzn. Mama wielokrotnie podkreślała, że obiad przygotowała Gréta. Mnie pozwolono zająć miejsce również przy stole, z czego byłem ogromnie dumny. Reszcie dzieciakom przygotowano obiad w kuchni Stary zwyczaj nie pozwalał przebywać dzieciarni z dorosłymi. Ja tu stanowiłem wyjątek. Nie wiem do dnia dzisiejszego dlaczego.
Ujawnienie celu wizyty, choć wszystkim był wiadomy, odsuwano na później. Po obiedzie ojciec i rajca przenieśli swe rozmowy do dalekiej Francji, gdzie obaj uczestniczyli w pierwszej wojnie światowej. Wojenne przygody spod Reims, Yerdun czy Metzu przerwała mama, sprowadzając rozmowę na aktualne wiejsko-rolnicze sprawy. Po pewnym czasie mama przyniosła świąteczne ciasto, a Gréta zaparzyła w kamionkowym garnku prawdziwą kawę. Przy jej piciu rajca po kilku wstępnych ludowych melodiach zanucił tę właściwą, skierowaną do mojej mamy:
Wejcë, zacno matkô,
tu je chłop stateczné.
Robi wszëtkô chwackô,
bądzë pôżeteczné
Po kilku dalszych zwrotkach zaśpiewał tą właściwą, wskazując na Czapowégo Franca.
Tu je tén kawaler,
chcë wóm bec senówcem.
Przyjmijcë gô z chãcą,
nie gôricë jałówcem.
I tak rozpoczęły się wrëje. Rodzice - wprawdzie zastępczy - choć z pewnym żalem, wyrażyli zgodę na małżeństwo Grétë z Francem. Uzgodniono termin zrãkawinów i zaproszono na tę uroczystość rodziców kawalera. Wstępnie ojciec określił spôsób, czyli posag Grétë. Gdy rajca i moi rodzice rozstrzygali sprawy materialne, młodzi usiedli razem na ławie pod piecem i szeptali o swoich sprawach. Późnym wieczorem, po obfitej kolacji, goście serdecznie żegnani odeszli. Na odchodnym kawaler wręczył młodszym dzieciom sporą tutã bomków, a mnie najpierw podał rękę, a następnie wytargał z uśmiechem za uszy.
- Zarobił jem skôrznie - przy pożegnaniu pochwalił się ojcu rajca Labuda.
Jastra, na które czekało się tyle czasu, minęły szybko. Kończyły przedłużającą się zimę, a rozpoczynały wiosnę, okres nadziei i wytężonej pracy na piaskach kaszubskich. Wspomniano o głodnym zymku. Pocieszano się przyszłymi zbiorami.
- Niech no minie głodny zymk, a bãdzë nama lepi - podtrzymywała nadziejc moja mama. A zwrejarzonym w Jastra wesele wyprawiono po polowych pracach, to jest jesienią. /-/
 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Dobry pas kulturystyczny Mocne hmb sklep Warszawa instalacje grzewcze