NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny
Zbigniew Kosycarz.

Zbigniew Kosycarz.


Stanisław Pestka vel Jan Zbrzyca.

Stanisław Pestka vel Jan Zbrzyca.


Zbigniew Kosycarz

Przez długie lata stolica miała swego Lucjana Fogla, Słupsk posiada Jana Maziejuka. Gdańsk natomiast szczyci się faktem posiadania Zbigniewa Kosycarza. Całą trójkę charakteryzuje zasiedzenie w swoim mieście. Dokumentowanie go staranne i codzienne, co z upływem lat składa się na dorobek na tyle bogaty i wszechstronny, że to nie fotografii bywają oglądane przez pryzmat dziejów miasta, ale miasto przez pryzmat fotografii wyżej pomienionych.

Stosunkowo najlepiej znam dorobek trzeciego z tego tercetu. Stało się tak przypadkiem. Za sprawą realizatora cyklu audycji telewizyjnych „Zatrzymane w kadrze” Ryszarda Wójcika (Któż dzisiaj pamięta tamten cykl, nad wyraz subiektywnych audycji w rodzimej TV?). Otóż Ryszard gdym go odwiedził w Jego domowym siedliszczu stołecznym na Sienkiewicza, wyciągnął w pewnym momencie gruby plik fotografii. Co do jednej pokazywały Gdańsk anno domini 1945. Pan Zbigniew nikomu ich wcześniej nie pokazywał. Dopiero teraz, o paradoksie, porą stanu wojennego.

Do dziś nie wiem co wówczas kierowało Zbyszkiem. Pewność, że u Wójcika zdjęciom tym nic złego się nie stanie? Chęć zdeponowania ich na wypadek rewizji? Może jedno i drugie?

Na owych Zdjęciach ukazany został cały dramatyzm miasta palonego, gwałconego, niszczone w intencji jego całkowitego zniszczenia, obrócenia w perzynę przez armię-wyzwolicielkę. Zbyszek miał wówczas zaledwie 16 lat. On chłopiec z Podhala rodem został jakim sposobem zgarnięty wraz z linią frontu. Armii był potrzebny jako kronikarz tego czasu. Rzecz w tym, że ów czas był pod każdym względem niezwykły. Na jaki więc szczegół czy plan ogólny skierowywał obiektyw swego aparatu – miał ich kilka, były wśród nich „trofiejne” leicki, zapisywał na błonie swego aparatu a to rzędu zgwałconych, pokotem, równiutko rządkiem leżących po ich uprzednim, zabiciu Gdańszczanek. To sylwetki podpalaczy rzędów starówkowych kamieniczek za pomocną fosforu. (Pamięta się o owym sowieckim Verbrennungskommando, jako o bydlakach rosłych, co do jednego brodatych, którzy z obłędem w oczach dokonywali dzieła unicestwienia tego, ich zdaniem, gniazda –pangermanizmu, języki ognia spowijające to miasto).

Przez cały okres komuny Zbyszek starannie chował te swoje fotografie. Jak również, po latach, te z r.1970, pokazujące gdańskich obywateli rozbijających witryny sklepowe, wynoszących z wnętrz sklepów naręcza towarów. I te zdjęcia pokazywał niezmiernie rzadko. Na ogół prezentował po rozmaitych wystawach – jak ostatnio w częściowo odrestaurowanym wnętrzu kościoła św.Jana – zdjęcia z czasów Bim-Bomu, początków jazzu w Sopocie. Czas gdy o kulturze w Gdańsku stanowili Jerzy Afanasjew, Zbigniew Cybulski, Bogumił Kobiela czy Wowo Bielicki. Czas Cyrku Rodziny Afanasjew, kabraetów Bim-Bom, Teatru Rąk, Tralabomby, kabaretu No To Co. Zbyszek miał to niewątpliwe szczęście, że żył w ciekawych czasach. „Obyś żył w ciekawych czasach”, powiada ludowe porzekadło. Zbyszkowi to się w pełni sprawdziło. Można wręcz powiedzieć, że momentami żył w nadmiarze ciekawych czasach. Gdański Październik 56. Marzec’68, Grudzień 70. Wszystkie te przełomy historyczne On fotografował.

A że albumu swoich fotografii za życia przedwcześnie zakończonego nie sporządził? Namawiałem Go do tego podczas naszego ostatniego spotkania w hallu Dworca Centralnego w Warszawie. Wysłuchał moich racji, uśmiechnął się, poczym każdy udał się w swoją stronę.

Może więc Maciej, syn Zbyszka, wzięty dziś, podobnie jak ojciec o pokolenie wcześniej fotoreporter, zdobędzie się na to przedsięwzięcie? Na razie, jako się rzekło, sporządził wspólną wystawę ojca i syna.. I choć Maciek ma do dyspozycji całą nowoczesną technikę, owe skanery, agencje, wydaje się, nie wdając w drobiazgowe oceny, że fotografie Kosycarza-seniora z upływem lat zyskały na głębi ostrości. To zresztą jest cecha wszystkich starych fotografii. Maciek musi czekać cierpliwie na ów szczególny moment, gdy dookolna temperatura nada Jego zdjęciom inny, pełniejszy wymiar. Już się częściowo doczekał. Nie przegapił owej powodzi, która przed rokiem zalała gdańskie opłotki, ale i okolice Dworca PKP w Gdańsku. Maciek był i na Oruni, i w św. Wojciechu, wszędzie gdzie coś interesującego się działo. A działo się nadzwyczaj wiele.

Jedynie agencyjne zobowiązania, owa chęć zapewnienia godziwych zarobków ludziom u siebie zatrudnionym., sprawia nieco inną optykę.

Widać to było jak na dłoni na wystawie „Zwykłe miasto. Gdańsk widziany przez obiektyw ojca i syna”. Wystawę sprokurował syn, dbający o imię ojca, jak i o swój własny wizerunek, wszędobylskiego fotoreportera.

Dziwne przypadki wejherowskiego muzeum

W swoim czasie, w związku z osobą jego dyrektora Bogusława Brezy, wzmiankowałem o dziwnych obyczajach panujących wokół wielce zasłużonej dla Kaszub i Pomorza placówce muzealnej, jaką jest Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej. Najpierw został zwolniony – mocą widzimisię wejherowskiego starosty - jej dyrektor. Po czym, na tak uwolnionej od bezpośredniej opieki administracyjnej placówce, pojawił się szef Instytutu Kaszubskiego prof. Józef Borzyszkowski. Jakiż cel mu przyświecał? Chęć przyjścia w sukurs niedawnemu szefowi muzeum?

Bogać tam. Przymuszony sytuacją w Gdańsku, gdzie Zarząd Główny Zrzeszenia Kaszubskiego Pomorskiego wypowiedział Instytutowi dotychczasowe, trzeba przyznać lukratywne, warunki najmu lokalu Instytutu, postanowił znaleźć je dla swego biura oraz instytutowej sekretarki w...wejherowskim muzeum. Podczas kolejnych odwiedzin pałacu Przebendowskich, w chwilę po zamianie kilku zdawkowych słów z po. dyrektora muzeum począł z zainteresowaniem zwiedzać muzealne wnętrza. Rychło miało się okazać w jakim celu. Po to ażeby Instytut zyskać mógł nowy adres – a przy okazji telefon itepe. Cóż bowiem po Instytucie, choćby naukowo najmocniejszym. Ten dotychczasowy działał naukowo w sile dwóch osób – jego szefa oraz Cezarego Obracht-Prądzyńskiego. Wyglądało na to, iż, wykorzystując fakt muzealnego bezkrólewia, postanowił sobie to i owo z panią po dyrektor pozałatwiać. Okoliczność, że Bogusław Breza jest doktorantem prof. Borzyszkowskiego miała w tym przypadku dużo mniejsze znaczenie. Choć nie jest wykluczone, że niejako ośmieliła promotora tej pracy w poczuciu, że się jest jak najbardziej u siebie i że, co grosza, jest się w prawie czyniąc wejherowskie muzeum rodzajem prywatnego folwarku.

Były dyrektor nie w ciemię bity. Udał się ze swoją sprawą do Sądu Pracy. Ten, nie bacząc na lokalne stosunki, relacje wzajemne pomiędzy zarządem powiatu a radnymi, postanowił o przywróceniu mgr. Brezy w prawach pracowniczych. Tym samym 15 lipca br. Breza wrócił do muzeum, choć nie wiedzieć czemu jako po dyrektora.

Trudno dociec jakim sposobem prof. B. pozyskał sobie sympatię wejherowskich radnych. Dość, że podjęli oni uchwałę o przekazaniu muzeum do prowadzenia Instytutowi Kaszubskiemu. Można tylko sobie wyobrazić zabiegi liczne, czynione uprzednio przez Osobę Najbardziej w Sprawie Zainteresowaną. Fakt faktem, że miały one – owe zabiegi - miejsce podczas nieobecności w muzeum uprzedniego dyrektora muzeum. Z chwilą jego powrotu do pracy, na dobrą sprawę, decyzje pp. radnych winny zostać automatycznie anulowane. Tak się jednak nie stało.

Ciekawostka. Ramię w ramię z prof. B. w powyższej sprawie działać począł Kazimierz Klawiter. Nie tak dawny oponent obecnego prezesa ZKP prof. Brunona Synaka w wyborach na prezesa Zrzeszenia. Otóż wicemarszałek Sejmiku Pomorskiego i niedoszły prezes ZKP natychmiast zawarł rodzaj gentleman agreement z tym, który został przez Synaka de facto – wnoszenie opłat za energię elektryczna i likwidacja etatu sekretarki okazały się ponad zasoby finansowe Instytytu - wysiudany z siedziby Instytutu przy ul. Straganiarskiej.

Starosta wejherowski Grzegorz Szalewski, mając poparcie dwóch kaszubskich tuzów, nie omieszkał wręcz odwoływać się – co teraz niesłychanie modne – do...Unii Europejskiej... A to nam się poniektórzy Kaszubi naprędce zeuropeizowali. A że przy okazji objawiają iście PRL-owskie skłonności do wojen podjazdowych jednych z drugimi, na czym najbardziej traci robota samego muzeum...

Na tym jednak nie koniec wojny na szczytach wejherowskiego muzeum. 3 lipca br. wicewojewoda Stanisław Kochanowski unieważnił decyzję wejherowskich radnych. „Prowadzenie działalności kulturalnej jest zadaniem własnym i obowiązkowym jednostek samorządu terytorialnego”. Nie można kompetencji rady powiatu powierzać innemu podmiotowi i dlatego „należy orzec nieważność przedmiotowej uchwały jako sprzecznej z prawem”.

Szef miejscowych radnych Eugeniusz Gajewski uznał w tej sytuacji: „Rozstrzygnięcie wojewody jest ostateczne”.

Sprawa ma jednak swój dalszy ciąg. Otóż okazuje się, że szef Instytutu Kaszubskiego uznał, że z pomocą muzeum da się wyprowadzić ów Instytut z finansowej zapaści, w jakiej się znalazł z chwilą wypowiedzenia mu dotychczasowych warunków umowy-najmu w Domu Kaszubskim. Likwidacja etatu sekretarki była potężnym ciosem w sprawnie dotychczas funkcjonującym instytutowym systemie. Tymczasem Instytut, mimo objawianej – a może właśnie z tej przyczyny – merytorycznej aktywności, jest de facto finansowym bankrutem. Książki publikowane w Instytucie, choć może słuszne i potrzebne, nie cieszą się szczególnym wzięciem u czytelników. (ich autorami w 90 procentach jest duet Borzyszkowski-Prądzyński). Dlatego Instytut ażeby mógł dalej trwać musi być w całości dotowany.

Tylko przez kogo, jeśli potencjalni donatorzy nie walą drzwiami i oknami i jako żywo brakuje chętnych, którzy by lekką ręką chcieli łożyć na tego, może i naukowo sprawnego, ale bankruta.

I wówczas to obie zacności naukowej głowy uradziły, iż najprościej będzie wejść w posiadanie wejherowskiego muzeum. Zawładnięcie nim błyskawiczne – z wykorzystaniem akurat istniejącego tamże bezkrólewia – i jego podmianę na, no właśnie, cząstkę Instytutu?

W pewnym momencie w sukurs muzeum przyszła, spowinowacona z Kaszubami przez osobę exteścia prof. Gerarda Labudę, pracownik kancelarii Prezydenta RP Barbara Labuda. „Proszę o jak najszybsze skierowanie do Kancelarii Pan Prezydenta, na moje nazwisko, prośby w sprawie finansowego wsparcia na cele remontowe muzeum”.

W muzeum już myślano, że byk został złapany za rogi. Krzysztof Oblewski, kierownik administracyjny muzeum zgodził się w przypływie euforii nazwać jedną z sal muzealnych „Salą Prezydencką”.

Jednak Anna Kwaśniewska, osoba wielce poczciwa i dla wejherowskiej placówki zasłużona, sprawująca w tamtym momencie obowiązki po. dyrektora muzeum, pisma tego do Kancelarii Prezydenta nie wysłała. Dlaczego? A bo jej tak doradził prof. Borzyszkowski. „Napisać będzie można ewentualnie później. Ale po konsultacji z nim”.

Dlaczego prof. B. imał się takiej, z pozoru, iście samobójczej taktyki? Może chciał doczekać momentu gdy On zostanie zaprzysiężony na szefa tej muzealnej placówki? A wówczas czemużby nie właściwie? Tyle, że wtedy cały splendor spadnie na jego osobę.

To są jednak tylko domniemania. W każdym razie nikt zdrowo myślący i stawiający dobro muzeum ponad własne, choćby i dyrektorskie – w Instytucie i w muzeum – ambicje na krok tego rodzaju by się nie zdecydował.

W tym kontekście sytuacja nowego-starego dyrektora muzeum, w jednej osobie doktoranta prof. B., nie jest godna pozazdroszczenia. Raptem znalazł się on pomiędzy Scyllą dobra swojej placówki i Charybdą dobra swego własnego jako doktoranta prof. B.

Czyja racja zwycięży, pokaże zapewne już najbliższa przyszłość.

P.S. Nie tak dawno przez łamy prasy pomorskiej przeszła wieść , że prof. Józef Borzyszkowski żywi nieposkromioną chęć wejścia w posiadanie zamku w Krokowej. Niegdyś, na fali dookolnej odnowy i szeregu kiełkujących inicjatyw lokalnych, zamku owego zająć mu się nie udało. W Krokowej bowiem pojawiła się osobowość dr. Kazimierza Plockiego, wójta gminy Krokowa, który w porozumieniu z hr.Von Krockow powołał do istnienia placówkę Centrum Europejskie Spotkania. Skutek był taki, że wówczas nie udało się zawładnąć pieniędzmi - o nie zaś chodziło w pierwszym rzędzie - oferowanymi przez stronę niemiecką na remont zamku-pałacu, instalację muzeum w jego wnętrzu, adaptacje wnętrz zamkowych na cele restauracyjno-hotelowe.

W kilka lat później, gdy Plocke, na fali swoich niewątpliwych dla okolicy zasług - posłanie kilkuset osób spośród kaszubskiej młodzieży na staże fachowe do Niemiec - został senatorem, prof.B., który w międzyczasie przestał być zarówno senatorem, jak i wicewojewodą, nominował zaś siebie dyrektorem przez siebie powołanego naprędce Instytutu Kaszubskiego, ponowił swe starania. Po raz wtóry bez korzystnego dla swojej osoby skutku. Może więc, gdy i na tym kaszubskim poletku poniosło się klęskę, w naukowej głowie prof. B zakiełkowała myśl nagła, że lepiej kontentować się bliższym (czytaj:wejherowskim) i pewniejszym, boć z szyldu swego kaszubskim, czyli wejherowskim muzeum?

P.S. 2
W swoim tekście wykorzystałem informacje zawarte w znakomitym tekście pióra Mirosława Odynieckiego, zamieszczonym na łamach „Głosu Wybrzeża” w wydaniu z 22 lipca br.

Archeolog słowa

W jaki sposób zaistniał Stanisław Pestka vel Jan Zbrzyca w gdańskim pejzażu? Otóż, gdy zaczęło się ukazywać w klimacie odwilży wywołanym Polskim Październikiem pismo „Kaszebe” – szefował mu red. Tadeusz Bolduan – Staszek sporządził list do redaktora. Pisał w nim o swej podległości kaszubskimi sprawami, o chęci włączenia się w, jakże wątły wówczas, nurt kaszubszczyzny.

Redaktor ów natychmiast szkólnemu ze Sławna, absolwentowi liceum w Kościerzynie oraz polonistyki na Uniwersytecie Poznańskim, odpowiedział. Pisał ażeby rzucił w diabły nauczycielską profesję, zjechał do Gdańska i zabrał się za regularne pisanie.

Tak też się stało. Red. Bolduan w najtajniejszych snach nie był w stanie przypuścić, że oto pozyskał dla Kaszub pióro nietuzinkowe, niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju. O tym, że zyska także reportażystę, prozaika oraz poetę, dowie się już wkrótce.

Dla niepoznaki, ale tylko z tego powodu, przybierze autor tamtego listu sprzed lat pseudonim literacki Jan Zbrzyca. Skoro w rodzinnej wsi Rolbik, gdzie przyszedł na świat i gdzie późniejszymi czasy wzrastał aż do literackich prapoczątków, przepływała rzeka Zbrzyca, narzucało się by przybrać pseudonim literacki wywodzący się wprost od tej płynącej wąską strugą, omywającej Jego dom rodzinny rzeczki.

Dalej sprawy zaczęły biec normalnym trybem. Przybywało wierszy, dochodziły tomiki z nich ułożone. Takie jak „Południca” (1976) „Wizre e duche” (1986). Wreszcie, najsolenniejszy z dotychczasowych, „Wieczorny widnik” (2002).

Pomyśleć że aż szesnaście lat musiało minąć od ukazania się poprzedniego tomu wierszy. Skoro jednak sam Staszek jest zdania, że poetą się nie jest, poetą się bywa, mogło tak się zdarzyć.

„Najbliższe 3-6 km od mojego domu rodzinnego, to był krajobraz mojego języka”, twierdzi autor „Wieczornego widnika”.

Język... Do niego, jako wyróżnika swojej twórczości, zdaje się Zbrzyca przywiązywać największe znaczenie. Wie co mówi, operuje przecież w świecie języka powszechnie uznanym za zanikowy.

„Nie wiem, jak to się właściwie dzieje. Ale gdy tylko zasiadam do pisania czegoś w mowie wiązanej, natychmiast, szeroką falą, podchodzą do mnie słowa, zwroty, frazy kaszubskie. I nawet gdybym chciał, nie udaje mi się niczego w innym aniżeli w kaszubskim języku sformułować.”

Miewa cenzorów swej kaszubskości. W osobach językoznawcy kaszubskiego Jerzego Tredera oraz prozaika i poety, jak on sam, Stanisława Jankego. Nie wiem, doprawdy, po cóż Zbrzycy tacy strażnicy świętego kaszubskiego ognia są potrzebni. Owszem, niegdyś skodyfikowano kaszubszczyznę, sprowadzono ją do jednego uniwersalnego nurtu, lecz, że będzie to miało swe konsekwencje w tym, że duet akurat Wejherowian zostanie postawionych pod broń? Tytułem uzurpacji? Decyzją jakiegoś wyimaginowanego kaszubskiego gremium?

Zbrzyca bronić się będzie rzucaniem poszczególnych słów, o których wiedzieć będzie zawczasu, że gdańscy kodyfikatorzy znać ich nie mają prawa. Trzeba było widzieć miny owych strażników gdy im, zapewne uprzednio je naszykowawszy, słowa rzucał. Takie, których nie ma w słownika Jana Trepczyka (też Wejherowianin) czy też Aleksandra Labudy (niegdyś w Streszej Budzie pod Wejherowem) zamieszkałego.

Zresztą Trepczyka sporo w jego nowym, jakże obszernym, tomie wierszy. Widać, że przez lata podlegał osobowości Mestra. Często przywołuje osobę tłumacza Biblii na język kaszubski Eugeniusza Gołąbka.

Co do słów kaszubskich... On je wyciągał z zakamarków Swojej, tej hen z Rolbika rodem codzienności. Z niuansów pamięci, odnawianych nadto pobywaniem w tych matczynych, siostrzanych i bratnich stronach. Gwoli nasycenia się żywiołem kaszubskim na równi z jego rozmaitymi niuansami.

Nazywa siebie archeologiem słowa. Dodajmy, że kaszubskiego słowa. Faktycznie odkopuje je, poleruje, wygładza i posyła na kaszubski bal zapamiętania.

Zbrzyca jest przeciwko, ogólnie u nas panującemu, kultowi cierpienia. Jest zdania, że każdy krzyż swój winien nosić z godnością. Przecież nawet w postaci Chrystusa, twierdzi, jest sporo elementów radości. „Jestem chyba pod ciśnieniem tego momentu”.

Był rok 1988. Zjechałem na Kaszuby w delegacji służbowej z miesięcznika zapisującego lokalne domy kultury. Wymyśliłem sobie opisanie Uniwersytetu Ludowego w Wieżycy. Kogóż tam wówczas spotkałem? Stasia szkolącego co do joty panie, kierowniczki tychże domów kultury z całej Polski. Co im Stasiu wówczas aplikował? Inscenizację procesu, jaki władza radziecka wytoczyła Josifowi Brodskiemu. Wokół dostrzegało się wprawdzie jaskółki swobody. Ale żeby od razu teatr i to za państwowe pieniądze...

W stronę rosyjskiej poezji zwróci się raz jeszcze, sporządzając „Dló Bombe epitafium”. Bomba... Tak nazywał się pies Staszka. Stworzenie jedyne w swoim rodzaju. Aż się więc prosiło ażeby skolacjować je z poematem Jesienina „Soboku Kaczałowa” w tumaczeniu Władysława Broniewskiego.

Zbrzyca jest jednak nadto erudytą. Wyprawia się co roku na sześć miesięcy do...USA. Tam mieszka jego druga połowa, on zaś, zawieszony od pewnego czasu, jak pisał Andrzej Brycht „ponad wielką kałużą Atlantyku”, przywozi stamtąd te swoje na w pół emigracyjne poetyckie zapisy, poetyckie reportaże. Takie jak znakomity „Tuńc Navajów”.

A przy tym wszystkim na zatraca kontaktu z Kaszubami. On na dobrą sprawę bywa chory na kaszubskie słowo. Cieszyć się więc wypada, że jest pośród nas. Że pisze, że tworzy na kaszubski pożytek.

ZBRODNIE NA KASZUBACH

Nowopowstały Instytut Pamięci Narodowej wydaje się być znakomitym – choć jakże spóźnionym – źródłem wiedzy na temat zawiłości i stopnia skomplikowania losów ludzi tej ziemi. Dotąd niewiele, lub wcale, się na te tematy nie pisałyo. Teraz, jak się na to zanosi, będzie można otwartym tekstem pisać, poznawać ogrom krzywd wyrządzonych w dekadzie lat 40-50-tych synom i córkom tej ziemi.

Na początek poszły losy Kaszubów na wschodzie. Synów gburów, kupców z woli historii wcielonych do Wehrmachtu, odpokutowujących nie swoje winy na tzw. białych niedźwiedziach. Całkiem ostatnio doszły zapisy na temat tego jaki los zgotowali po wojnie Polacy Polakom.

Kaszuba z Gowidlina Ottomar Zielke był jedną z tych ofiar. Zamieszany w sprawę ukrywania oficera AK – po jednej z kolejnych potyczek z udziałem oddziału V Brygady Armii Krajowej z Wilna walczącej po wojnie na Pomorzu – on, zarządca majątku pod Sztumem ukrył na swoim terenie rannych żołnierzy Zygmunta Szyndzielarza „Łupaszki”. Został aresztowany i skazany na śmierć, poczym rozstrzelany. Ażeby - w majestacie ówczesnego prawa - mógł zostać skazany, należało w stosunku do Ottomara Zielke wysunąć zarzut... złej gospodarki burakami.

Dziś nie ma już „sędziów” tamtej sprawy. Nie żyją świadkowie. Jest tylko teczka procesowa zdeponowana w gdańskim oddziale IPN. I, coraz bardziej ułomna, ludzka pamięć.

Zachowała się też jedna, jedyna fotografia Ottomara Zielke. Tego bohaterskiego męczennika polskiej, w tym i kaszubskiej, sprawy.


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Ekspresowe Pranie Dywanów Warszawa kielce Mazda fotografia ślubna lublin