| |
Od RedaktoraW cyklu: Od Redaktora (liczba artykułów 18)[NG: 07] Autor: Zbigniew Talewski - Borowy Młyn (liczba artykułów: 325)Nie podejmę pogłębionej dyskusji – co może spowodować wśród niektórych zawód – z dziennikarzem jednej z naszych lokalnych gazet, z którym notabene w wielu sprawach, zwłaszcza związanych z naszym regionalizmem lokalno-kaszubskim utożsamiam się, lecz w tym przypadku o którym wspominam – nie tylko z subiektywnych względów mam inne zdanie. Otóż redaktor „KAS” z Oddziału Bytowskiego „Głosu Pomorza”, niczym przysłowiowa „Kaczka dziwaczka” – nie wiem komu czy mnie, czy Panu Janowi Ryszardowi Kurylczykowi – Wojewodzie Pomorskiemu – pełen zadziwienia – w złośliwym podtekście zarzucił, iż moją skromną osobą rozpoczął na naszych Kaszubach „partyjną karuzelę stanowisk”. Wierzę, iż sam Pan Redaktor ten zarzut Wojewodzie postawił jako „temat dyżurny”, robiąc przy jego pomocy na wszelki wypadek „oko”... do pozalewicowych układów. W takim przypadku to nic dziwnego, że to uczynił, bo... samorządowe wybory tuż, a po nich może być różnie... Chcę wierzyć, iż redaktor „Kas” „w tym temacie” - jak mawia pan prezydent Lech Wałęsa - powodowany był przez kogoś i tylko w jego imieniu wyraził te wątpliwości, zabarwione dozą zawiści... Podobnie zawistny podtekst został także zaprezentowany przez ww. wobec mojej skromnej osoby („...powołanie go było zaskoczeniem dla wielu osób”) jak sądzę taki to stosunek do mnie został przyjęty m.in., za to iż to mnie – a nie być może z „kręgu” Pana Redaktora – wyznaczono na stanowisko zarządcy komisarycznego PT i SK „Kaszubski Bór” w Sominach. Pragnę zapewnić, że powołanie to nie jest daniem mi, jak się sugeruję, lukratywnej „posadki” a jest postawienie mi (na co z całą świadomością i odpowiedzialnością się zgodziłem) do wykonania trudnego i odpowiedzialnego zadania: wyprowadzenia tego jedynego - jeszcze istniejącego na Zaborach i Gochach - NASZEGO - bo państwowego przedsiębiorstwa turystycznego i stadniny koni,- z gospodarczej i finansowej zapaści, z niezmiernie trudnym zadaniem zatrzymania dalszej dewastacji i rozkradania tego zakładu, a także utrzymania w nim zatrudnienia. Dziwić może, że przy tej okazji po latach zdobywania przeze mnie doświadczeń zawodowych i społecznych, a także przy posiadaniu odpowiednich kwalifikacjach zawodowych, poddaje się w wątpliwość moje predyspozycję merytoryczne do pełnienia funkcji zarządcy tej Firmy, z góry nad nie przedkładając moje od lat, niezmienne i stałe preferencje i postawy społeczno-polityczne, które w tym i innym przypadku powinny mnie „jako lewicowca” - jak to chcieliby niektórzy – skazywać na niebyt. „...może się sprawdzi”. Dziwie się? Gdzie była pana troska, kiedy przez dwa lata w Sominach działo się bardzo źle, aż tak, że ja na starcie po swych komisarycznych poprzedniczkach, przejmuję ten zakład jako gospodarczą sromotę i nędze, pogłębioną zadłużeniem u wielu wierzycieli, którzy zaufali, a dziś nie wiedzą czy ja mając za zadanie „ukręcenie przysłowiowego bicza z piasku” – podołam ich słusznym żądaniom. Może nieskromnie to zabrzmi... ale wierzę... i mam nadzieje, że sprostam temu wezwaniu! *** *** To marcowe święto Dnia Kobiet ma swe długie tradycje, jego korzenie sięgają do Stanów Zjednoczonych – Ameryki Północnej, do silnego tam na przełomie XIX/XX wieku Ruchu Emancypantek walczących o równouprawnienie kobiet w życiu społecznym i ekonomicznym ówczesnej Ameryki. U nas w czasach PRL-u Święto to „obchodzone” było w sposób szczególny Jak dobrze pamiętamy było ono organizowano z „urzędu”, a jego kulminacyjnym punktem było masowe wręczanie naszym paniom, bukietu tulipanów i paczki z „rajstopami”. Nie mniej dzisiaj w okresie społecznej transformacji i młodego polskiego kapitalizmu, powszechnego ubożenia, rosnącej krzywdy i nierówności społecznej - na powrót święto to może przybrać swą pierwotną postać, dnia solidaryzmu kobiet w ich zabiegach tym razem nie o emancypacje, lecz w walce o poziom życia a zwłaszcza ich rodzin, ich dzieci. Póki co, troskę o godniejszy - spokojniejszy ekonomicznie byt kobiet: „strażniczek domowego ogniska”, matek, przejawiamy my – mężczyźni, decydenci polityczni, kreatorzy życia społecznego i ekonomicznego - bez względu na partyjną barwę partii, którą reprezentujemy, nadal tylko okazjonalnie, np. w okresie wyborów i innych „politycznych akcji”. To wtedy najczęściej z troską wypowiadamy się o społecznej pozycji „Naszych Pań”, składając okazjonalne deklarację – obiecując, że „od jutra w tym względzie będzie im lepiej... i łatwiej będzie im się ekonomicznie żyło”. *** Stąd stało się tak, „ze latoś nie moma wcześnego zimku”. Zimkiem Kaszubi nazywają wiosnę, z kolei nazimk to przedwiośnie, a pozimk – oznacza koniec wiosny. A więc obojętnie, czy pada śnieg czy deszcz w te nazimkowe dni to i tak: „ju mo se do zimku... bo śnieg na dnioch stopnieje, i wiosna, czyli ZIMK rychło przeleci, bo: „kej be ne beło zimku - ne beło be lata.” W dniach poprzedzających przyjście „wiosny” - kiedyś na Kaszubach, miejscowa młódź robiła słomianą kukłę wyobrażającą postać ludzką utożsamiającą ZEME, której kończyny były plecione na podobieństwo warkoczy. Taką kukłę topiono wśród radosnych okrzyków w rzekach i jeziorach. Radowano się, że „je ju po ZEME i że tera badze ju ciepło, bo od Grzegorza „słuńce neka znad morza” - czyli cierpliwie teraz wypatrujmy rychłego święta zwiastowania a z nim przylotu „jaskułeczki i bocana” – co oznaczać będzie, że na pewno będzie już wiosna. Wspomnę jeszcze o zwyczajach związanych z dniem św. Józefa. Dzień ten był dniem kiedy to kaszubski gbur po raz pierwszy po zimie ruszał z pługiem w pole by odłożyć pierwszą skibę. Ta czynność wynikała z odwiecznego gospodarskiego kalendarza, w którym jest zapisane: „ze na Światego Józefa - musała bec zanekana przez pole pierwszo bruzda”! Zwyczaj ten także nakazywał by tą skibę osobiście odłożył gospodarz – „bowiem dobry gbur - nie do zanekac sobie pierwszej bruzde - bo jak sobie on ją odłoży, tak bondze mioł zaorane całi pole”! Również w ten Józwowy dzień gburzyny nasadzały drób bo z tego wylęgu kurczęta i kury trzymać się będą podwórza w przeciwieństwie do drobiu wysadzanego w dzień św. Marka - bo ten: „szwenda se wrządze jak Marek po piekle.” Kaszubi Józefa nazywali także po swojemu Jopem. To do niego modliły się kaszubskie dziewczęta o dobrego męża. A więc „wdowe ji dzewczenta – zaklinały prosząc go - o dobrego chłepa”. Ta modlitewna nadzieja a przede wszystkim związane z nią ożywienie - chociażby dziewczęcego ducha i ciała - potwierdza że nadszedł już czas wiosny że już lada dzień przyleci bocian a z nim oczekiwana ciepła, ożywcza a także pełna miłości wiosna. Czego nam wszystkim życzę... |

![Zbigniew Talewski [Borowy Młyn]](/foto/autorzy/1.jpg)