Aleksander Arendt (z lewej) i prof. Gerad Labuda (z prawej; w głębi od lewej Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, prezes ZKP Jan Wyrowiński, Jerzy Kiedrowski, Edmund Kamiński, a także - w okularach - autor artykułu). Fot. Antoni Filipkowski.
W pogrzebie pierwszego prezesa Zrzeszenia uczestniczyły stanice kilkunastu partów ZKP.
Byłem zapewne ostatnim dziennikarzem, który odwiedził Aleksandra Arendta w Jego sopockiej samotni. Była jesień roku 2001. Właśnie ukazała się książka krakowianina p. Lubeckiego, której pokaźna część zawiera opis „sprawy Arendta”. Wręczył mi ja poprzedniego dnia w siedzibie Zrzeszenia przy Straganiarskiej jego prezes prof. Brunon Synak. Nie ukrywałem radości z faktu, że jestem pierwszym, który zmęczonego wiedzionym sporem ex Prezesa ZKP o fakcie jej ukazania się poinformował. Pan Aleksander był jak to On, żywy, pełen władz umysłowych, żywo dyskutującym. Co chwila przynosił, na dowód swoich wynurzeń, kolejne dokumenty. Dobrze nam się z sobą, jak to byłym Kartuzjanom, rozmawiało. Nie przeczuwałem, że w kilka miesięcy od czasu naszej rozmowy uda się on – w styczniu roku 2002 – do Pana. Tym samym zamykając w sposób definitywny pewien rozdział z dziejów głupoty na Kaszubach. odetchnąłem, gdym się dowiedział, mocno poniewczasie, iż jednak zezwolił rodzinie na pochówek na „starym” kartuskim cmentarzu.
Nawet nie wiem czy Jego trumnę, wzorem przodków naszych, pokryła, na krótko przed złożeniem do grobu, kaszubska stanica. Ta, która zazwyczaj kończyła życiową drogę największych Kaszubów. Od Majkowskiego przez Arendta do Bąbkowskigo...
Okrzyknięto go enkawudystą, ubekiem, gestapowcem. Wykonano na tym człowieku cywilny wyrok śmierci. Nikt jednak nie chce z nim rozmawiać. Pewna pańcia z telewizji przez płot okalający jego sopockie mieszkanie zapytała: „Czy to prawda, że był Pan w gestapo?”, Sytuacja jest schizofreniczna. Zarzuty dotyczą bowiem jednej z najbardziej aktywnych postaci całej historii ruchu kaszubskiego.
X
Pan Aleksander nie ma więc innego wyjścia, jak przed obliczem powszechnych sądów dochodzić swoich racji. Nie on pierwszy jest zmuszony udowadniać, iż nigdy nie był wielbłądem. Może gdyby był obdarzony nieco mniejszym życiowym temperamentem. Gdyby w swoim czasie nie udzielał się na prawo i lewo, może by mu darowano jego, jakże bogaty, życiorys. A tak zawsze się do czegoś tam w jego biografii da się przyczepić.
Ten bez mała 90 – letni starzec – choć nie ma w sobie nic z trzęsącego się staruszka – nadspodziewanie dobrze znosi przeciwności losu oraz obelgi od bliźnich. Ma w tym w końcu niemałą wprawę. On – żołnierz Września 39, więzień Stutthofu. To go zdążyło zaprawić w bojach. Wysechł jedynie niczym rosochata wierzba. Zostały z niego skóra i kości. Umysł jednak nadal pracuje sprawnie. Do tego stopnia, że w trakcie naszej 5 – godzinnej rozmowy wiedzionej przy sopockiej ul. Szopena koncentruje się jedynie na sprawach naprawdę istotnych.
Kaszuba ze wsi Będargowo pod Pomieczynem w kartuskiem. 5 lat spędził na gospodarstwie Cis u swoich krewnych Kleinów. W wieku 16 lat zamieszkał z matką – ojciec Antoni zmarł w r. 1925 – w Kartuzach. I wówczas jego matka wyszła po raz drugi za mąż za niejakiego Kuszowskiego. Na świecie było już wtedy sześcioro dzieci pp Arendtów.
W Kartuzach żyli z początku ze sprzedaży domowizny. Z czasem ojciec jego stał się robotnikiem kolejowym. U Borzestowskiego – miał sklep w rynku – bywał ojciec Aleksandra pomocnikiem furmana. O swojej matce Aleksander przechował wspomnienie, że lubiła czytać.
Do szkoły powszechnej zbyt długo nie chodziłem – opowiada. Ledwo dwa, trzy lata. W r. 1923 zamknięto w Kartuzach Szkołę Wydziałową. Podążył więc do Wejherowa. Zapisali go od razu do 2 klasy tamtejszego gimnazjum. Elitarne to było gimnazjum. Ksiądz Taichert uczył w nim łaciny. Moim kolegą w klasie był przyszły dziekan stołecznej SGGW Abdon Stryszak. Tylko inaczej się on wtedy nazywał – Stryczek. Moją ukochaną nauczycielką była polonistka Mirecka. Zakochała się w swoim uczniu, Karolu Głombiowskim. Pobrali się. To była bardzo słynna historia. Kolegą z klasy był przyszły jezuita Franciszek Okrój. Ten Kaszuba był później sekretarzem biskupa polowego Gawliny.
Aktywny harcerz. W stopniu ćwika komendantował Arendt niejednemu skautowskiemu obozowi. Roczny pobyt matki w szpitalu sprawił, że na 2 lata przerwał naukę. Immatrykulowany jako student prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Powołał – wespół z Robertem Komkowskim, Karolem Kreftą, Bernardem Kulą – do istnienia Korporację Studentów – Kaszubów „Cassubia”. Biedowali po rozmaitych klitkach, stancjach. Wakacje niezmiennie spędzali na Kaszubach. Arendt otrzymał powołanie do szkoły podchorążych w Zambrowie. 9 miesięcy nauki – specjalność: CKM – przydać mu się miała na frontach II wojny światowej.
Był w dyspozycji gen. Michała Karasiewicza – Tokarzewskiego w Służbie Zwycięstwa Polski, poprzedniku Armii Krajowej. Podlegały mu wojskowe grupy estradowe. Stworzył z nich, a jakże, 6 par kaszubskich.. Pamięta dziewczęta z Kartuz Klarę Benkowską oraz córkę miejscowego stolarza Kolkównę. Jego naczelnym zadaniem było przygotowanie społeczeństwa na wypadek wojny. Występowali u Konkolów w Nadolu. W tej jednej przed wojną wsi polskiej po zachodniej stronie jeziora Żarnowieckiego. Odwiedzanej w swoim czasie przez prezydenta Ignacego Mościckiego.
XX
Jedynie Hel oraz Westerplatte miały się bronić na północy kraju. Takie były sztabowe uzgodnienia. Do dziś nie zbyt rozumiem – powiada - rozkazu o obronie, „cywilnej” przecież, poczty Polskiej w Gdańsku.
Z chwilą wybuchu wojny XVI Dywizja Piechoty – w jej składzie on, mający pod opieką broń przeciwpancerną – operowała w rejonie Radomia, Starachowic, Gór Świętokrzyskich. Dla wielu kolegów niewola oznaczała obóz w Wolldenbergu. On wojował nadal. W lubelskiem, w okolicach Puław, Hrubieszowa. Pod Wojsławem spotkał się z Kleberczykami.
Nie byłem w niewoli – wspomina. W trakcie realizacji paktu Ribbentrop – Mołotow Niemcy weszli zbyt głęboko. Byli zmuszeni się cofnąć. Podjąłem więc próbę ewakuacji przez Rumunię. Okazała się jednak spóźniona. Wszelkie drogi prowadzące na Siedmiogród i do Bukaresztu były już zablokowane. Nieraz sobie myślę, jak blisko byłem wówczas podzielenia losu tysięcy polskich oficerów zamordowanych w Katyniu, pod Charkowem i w Miednoje... Zdążyli jeszcze zarekwirować 23 autobusy niemieckie po wierzch wypełnione aprowizacją dla frontu. A także przejąć 32 osoby załogi.
Powrócił do Kartuz, gdzie działy się rzeczy straszne. Miastem trzęśli, pospołu, Amtskomissar Willy Goertz, okupacyjny burmistrz Guthjar, prywatnie... ogrodnik z Friedhofstrasse, później Cmentarnej, po likwidacji cmentarza ewangielickiego noszącej imię Floriana Ceynowy, zarządca browaru Brandt, a także podpisujący seryjne wyroki śmierci na kaszubskich patriotach Milbrecht – Mielewczyk oraz Sokolowski – Felkner.
Gdzie pracował ? Trochę na roli, trochę w niemieckich przedsiębiorstwach jako robotnik, pomocnik pisarza. Rychło, bo w r. 1940, nawiązał łączność z dowódcami TOW „Gryf Kaszubski” – Józefem Dambkiem i Augustynem Westphalem. W dwa lata później stał się instruktorem wyszkolenia bojowego tej kaszubskiej partyzantki oraz członkiem Komendy Głównej. Pełnił obowiązki komendanta „Gryfa”. W rok później został nim z nominacji.
12 maja 1944 roku o godz. 8.30 w Gdyni. W trakcie pracy w firmie „Nord Ost Bau” został aresztowany przez gestapo i po serii okrutnych przesłuchań, osadzony w obozie koncentracyjnym Stutthof.
Inny Kaszuba, kolega z gimnazjum w Wejherowie, choć o rok starszy ks. Franciszek Grucza. Przyszły tłumacz Pisma Świętego na język kaszubski, odbywał w tym obozie na Mierzei Wiślanej potajemnie msze święte. Doczekał się ewakuacji i „Marszu Śmierci”. Zbiegł z niego w Przodkowie. Rosjanie, z chwilą wkroczenia na Kaszuby, w pierwszym rzędzie postawili na więźniów obozów koncentracyjnych i Woldenberczyków. Ofiary Hitlera, partyzanci byli dla nich najbardziej wiarygodni. W ich rzędzie, naturalną koleją rzeczy, znalazł się także Arendt.
– Nigdy nie byłem komendantem milicji w Kartuzach – nie pytany w tej kwestii zaprzecza w trakcie rozmowy. Moi oponenci czynią mi z tego koronny zarzut w stosunku do mojej osoby. Był nim Henryk Żydowicz, Woldenberczyk. Zapobiegłem zarekwirowaniu, zbudowanych przed wojną, młynu, tartaku oraz mleczarni. Uchroniłem przed aresztowaniami i wywózką na białe niedźwiedzie liczne grono kaszubskiej inteligencji oraz rzemieślników.
W mieście panował tyfus – w poewangelickim kościele zgromadzono 200 trupów – brakowało prądu, wody, żywności, lekarstw. Gwałty były na porządku dziennym i, zwłaszcza, nocnym. W gronie b. stuttowiaków, gryfowców powołali Komitet Obywatelski oraz Straż Obywatelską.
Zaczęto oczyszczać miasto z trupów, zorganizowano prowizoryczny szpital i punkty opatrunkowe, uruchomiono dwie kuchnie polowe, wodociągi, dwie piekarnie, elektrownię w Rutkach na rzece Raduni. Do domu, w którym przebywały sztutowianki usiłowali wtargnąć radzieccy żołnierze. Doszło do regularnej bitwy z udziałem milicji – powstała ze Straży Obywatelskiej – oraz żołnierzy armii – wyzwolicielki. Jeden z nich zginął.
XXX
Ktoś sobie przypomniał, że Arendt jest absolwentem przedwojennego Instytutu Pracy i Samorządu Terytorialnego. W r. 1946 został wicestarostą gdańskim. W rok później starostą kościerskim. To za jego kadencji Bierut uczestniczył na rynku kościerskim w polowej mszy świętej.
Otrzymałem sygnał, że jest rozbierany dworek w Będominie. Ten, w którym urodził się twórca hymnu narodowego Józef Wybicki. Przyjechaliśmy w pięć osób. Nakazałem wstrzymanie robót rozbiórkowych. Udało się uratować. Powołałem do istnienia w jego wnętrzach Uniwersytetu Ludowego. Dziś mieści Muzeum Hymnu. Pomogłem w załatwieniu renty cierpiącej biedę, Teodorze Gulgowskiej. Wystarałem się dla niej o pomoc domową, która gotowała jej obiady.
Był świadkiem w procesie gauleitera Alberta Forstera. A także agenta gestapo Jana Kassnera – Kaszubowskiego. /Ten ostatni, skazany na 15 lat, odsiedział sześć poczym...znikł. Pracował na kilka frontów?/ Ile się przy tym nakopał Arendt w rozmaitych materiałach, zapiskach gauleitera gotykiem czynionych... Niejeden koronny dla prokuratury argument w nich znalazł. Sam PPS-iak, nie przystąpił do PZPR. Przesuwany ze stanowiska na stanowiska. Odsuwany w jednym miejscu, pojawiał się w innym. Choćby w Wydziale Komunikacji i Drogownictwa podległym Centralnemu Zespołowi Dróg Publicznych w Warszawie.
Kursował niemal po całej Polsce. W 1956 r. w atmosferze nadchodzących przemian październikowych, miał jednak dość czasu ażeby znaleźć się pośród kreatorów Zrzeszenia Kaszubskiego. W jednym ze swoich biurowych pomieszczeń w Oliwie znalazła siedzibę redakcja dwutygodnika „Kaszebe”.
– Pierwszy artykuł programowy na łamach „Kaszeb” był mojego autorstwa – przyznaje z odcieniem przechwałki w głosie. Aż jego wycieńczony obozem organizm zaatakowała gruźlica. Skutki obozowych przeżyć dały o sobie znać. Wziął się za leczenie. Gdy poczuł się nieco lepiej, został wybrany prezesem Zarządu Głównego Zrzeszenia.
XXXX
– Kiedy zaczął się ten mój konflikt z pp Pryczkowskimi ? Podczas poświęcenia Pomnika Czynu Partyzanckiego na Złotej Górze k. Brodnicy. Za PRL– u nie było po temu warunków. Teraz stało się to możliwe. Przemawiałem. PP. Pryczkowscy siedzieli w pierwszym rzędzie pośród zaproszonych przeze mnie osobiście gości. Nie wymieniałem nikogo po nazwisku. Ich więc, partyzantów „Gryfa”, także nie. I to okazał się być dla tych ludzi ostateczny kamień obrazy. Wkrótce zgłosili się do nich pp Dambek, bratanek Józefa, dowódcy „Gryfa” oraz dr Uciński. Zainicjowali długą serię oszczerstw pod moim adresem. Aż w końcu oddałem sprawę do sądu, żądając przeprosin. I odwołania kampanii oszczerstw pod moim adresem.
Niedawno nakładem Instytutu Kaszubskiego ukazała się praca dr Leona Lubeckiego – zmarł niedawno w wieku 90 lat w Krakowie – „Preparowanie dokumentów i fałszowanie niektórych epizodów historii Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf Pomorski”. – Co z tego, że przyznaje mi ona rację – powiada rozgoryczonym głosem Aleksander Arendt. Skoro najpierw ten cały wymyślony przez to grono osób Zespół Ochrony Etosu Gryfa Pomorskiego dokumentnie zszargał moje dobre imię.
Przez wiele lat, działając społecznie w Głównej Komisji Zbrodni Hitlerowskich upamiętnił na Pomorzu wraz z gronem przyjaciół setki miejsc kaźni, egzekucji. Kto jednak jemu samemu zabliźni rany spowodowane przez ludzi z gruntu mu niechętnych?
– Rachuję tygodnie jakie mi pozostały – powiada mój sopocki rozmówca z ul. Szopena. Zastanawiałem się nad wyborem miejsca wiecznego spoczynku. Chciałem by był nim kartuski cmentarz. Jednak po tym co w ostatnich latach ze mną zrobiono, Kartuzy do szczętu mi obrzydły...
Aleksander Arendt - były Komendant TOW „Gryf Pomorski” i Prezes ZG Zrzeszenia Kaszubsko - Pomorskiego.
Zmarł 1 stycznia 2002 roku w wieku 90 lat
Spoczął na Cmentarzu Kartuskim
Spoczywaj Drechu w spokoju.
Niech wdzięczna pamięć o Twoich czynach trwa wiecznie.
Cześć Ci i Chwała.
* Autor w liście do mnie przesyłając ten tekst m.in. napisał: „...byłem jedynym i ostatnim dziennikarzem, który z nim na kilka miesięcy przed Jego zejściem z tego łez padołu rozmawiał osobiście i Go piórem oraz komputerem zapisał... W przyszłości tekst ten wejdzie – takie mam plany – do liczącej już 300 stronic książki o Kaszubach pt. „Zapomniany kaszubski kąt”. (...) To chyba ostatnia fotografia, jaką zrobiono za życia Mu zrobiono. Wiedzie na niej serdeczny spór ze swoim wejherowskim druhem prof. Labudą. W tle zaś siedzą prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, exposeł i prezes ZKP Jan Wyrowiński /Toruń/, Edek Kamiński /Wejherowo/, a także w głębi ja - piszący te słowa. (...) Miłej lektury, kaszubski ziomku rodem z Goch. /tz/