| | Przeszłość ziemi bytowskiej przemawiaW cyklu: Ocalić od zapomnienia (liczba artykułów 1)[NG: 07] Autor: Urszula Mączka - (liczba artykułów: 6)Kolaż historii ze współczesnością, mentalności z humorem, realizmu z fantastyką czy paraboli z refleksją daje bardzo oryginalne opowiadanie starego kaszubskiego „barda” z ziemi bytowskiej: Wrześniowego popołudnia, kiedy słońce zapadło już za poszarpaną linię boru i z głębi lasu powiało chłodem, szedł powoli drogą do Tuchomia stary, ale krzepki mężczyzna o ogorzałej twarzy. Szedł od strony tzw. lasu królewskiego, ciągnącego się łańcuchem od gminy tuchomskiej do gminy studzienickiej. Jest to teren, gdzie zachowały się jeszcze wspaniałe starodrzewia świerkowe i sosnowe z fragmentami lasu mieszanego pochodzącego z naturalnego odnowienia. W jednej ręce trzymał wiklinową kipę, w drugiej mocną krekiew. Spod kapelusza, zdradzającego dawno minioną modę, bystre oczy rozglądały się dokoła. Był widać nieobcy w Tuchomiu, bo mężczyźni kłaniali się, wymieniając jego imię Jôn. W końcu stanął przed niskim wejściem do starej karczmy i wszedł do środka. – Dobry wieczór! – rzekł kaszubskim akcentem mijając wolnym krokiem młodych mężczyzn stojących przy bufecie. Usiadł przy oknie. Zaczęło się z wolna ściemniać, nadchodził zmierzch. Po chwili promień księżyca padł na mój stolik, a kiedy jasna smuga przesunęła się dalej, oczy przybysza poszły za nią. – To bądze noc dzekiego jachtorza – powiedział półgłosem i uśmiechnął się. Na ziemi bytowskiej zbyt dużo się dziedziczy z przeszłości, by nie zrozumieć wypowiedzi. – Proszę mówić – odezwałam się natychmiast – będę słuchała. – A czemu be nie? – powiedział starzec, a kiedy rozparł się wygodnie na „stółku” dorzucił: – Jô jem betowski (nie betowszczi!) weszczerga i pamiątom nasze skuski i wepki. Dowiedziałam się, że kiedy nadchodzi jesień a wraz z nią pora najbogatszych wrażeń myśliwskich, u nas, na Kaszubach, każdy jachtorz dzieli swoje nocne wyprawy na czarne i białe. Czarnym lub ciemnym nocom patronuje Małgorzata, bohaterka autentycznych i legendarnych dziejów Pomorza. Przeszła do historii jako Zwinisława – Małgorzata, córka księcia Sambora, młodszego brata Świętopełka, która w XIII wieku mieszkała na zamku Białogarda nad Łebą. Według licznych legend Małgorzata nade wszystko lubiła łowy. Na czarnym rumaku, w towarzystwie służby, otoczona sforą gończych psów w ilości „jedendwadzesce” (21) przemierzała często lasy i mokradła lęborsko-bytowskie polując na jelenie lub losie. Stara legenda głosi, że ongiś namiętna łowczyni zapuściła się wraz z orszakiem aż do lasu królewskiego, gdzie szczególnie piękny jeleń miał swoją ostoję. Znakomita nagonki znajomość kniei i przesmyków zwierza pozwoliła księżniczce zdobyć piękny wieniec. Wracając z wyprawy zatrzymała się przy starej kuźni studzienickiej. Tam zastała jedną ze swych towarzyszek, która w tym miejscu przerwała pogoń, ponieważ okulał jej koń. Nieomylne oko księżniczki spostrzegło jednak, że dworka wolała w ciemną, wietrzną noc jesienną swawolić z młodym, silnym kowalem. Rozgniewana okrutnie wymierzyła kochankom straszliwą karę: młody kowal musiał na oczach wszystkich obecnych podkuć dworkę - jak konia. Ta zaś, potwornie okaleczona, zmuszona została do prowadzenia za uzdę swego rzekomo okulałego wierzchowca, by jej odeszło wepkowanie. Po tej wyprawie Małgorzata unikała polowań na ziemi bytowskiej. Wróciła tutaj ponownie dopiero po swej śmierci. W ciemne, czarne noce jesienne przebywała tu wraz z nagonką i sforą psów aż do brzasku, strasząc zwierzynę i czuwając nad tzw. etyką zawodową myśliwych, którym w dniu poprzedzającym polowanie nie wolno było oddawać się miłosnym igraszkom - miały bowiem według starych wierzeń fatalny wpływ na przebieg polowania. – Śmieszne! – zżymałam się. Ale mój rozmówca zaprzeczył ruchem ręki: – Jachtorstwo takie rzecze nie ledeje! – A ten dzeki jachtorz? – Ten mo biołe noce w jachtorstwie. A ledzom tu derchem takiego werbla narobił, że ksądz niezabyszewski muszoł kupic od fiskusa nogrebszo chójka kole stegny z Płotowa do Niezabyszewa. Tero stoi czorny czikc z Ponem Jezusem. Z dalszej wypowiedzi rozmówcy wynikało, że dzeki jachtorz jest patronem księżycowych nocy na Kaszubach, zwany tez niekiedy nocnym wójtem. Urządza wspaniale polowania. Niektórzy myśliwi twierdzą, że uczestniczyli w takich wyprawach - ale na zaproszenie trzeba było sobie zasłużyć. Inaczej ma się rzecz z kłusownikami, dla których dzeki jachtorz jest postrachem, szczuje ich psami, odbiera zwierzynę, a w zamian daje śmierdzącą łopatę jelenia lub sarny i każe połknąć ścierwo. A zapach i smak padliny prześladować ich będzie do końca życia i nigdy nie przełamią wstrętu do mięsa. Kiedy odważyłam się wtrącić, że jednak u nas byli i są kłusownicy, rozmówca potwierdził, ale tylko kłusownictwo na drobną zwierzynę, do której zaliczył „zajki”, „kuropatki” oraz borsuki. Mięso i sadło borsuka było podobno cennym lekarstwem dla biołki, której mijały płodne lata. Nastąpiła bajka o starej lisicy. Niedomagająca, bezpłodna już lisica wprowadza się na jakiś czas do nory borsuka - samotnika, wdychając tam ostrą woń gospodarza. Po takiej kuracji czuje się jak odmłodzona i ponownie wydaje na świat potomstwo. – A co by było – spytałam – gdyby pan wypił filiżankę borsuczego sadła? – Wejle, wejle – odparł z lekką ironią. Rodzaj męski woli grzyby. Dlatego właśnie wybrał się do lasu. Niestety, „specjalnych” grzybów już niewiele, są gatunkiem bardzo delikatnym, rosnącym tylko w absolutnej ciszy, a tej już nie ma w naszych lasach. Zdobył jedyny okaz podczas długiej wędrówki - tzw. „truflę jelenią”. Jest to swoisty eliksir, którego poszukują przede wszystkim jelenie przed rykowiskiem, dla uzyskania większej siły wegetatywnej. W związku z brakiem trufli w naszych lasach nie należy się spodziewać dobrego rykowiska i coraz trudniej będzie podpatrzeć walkę byków. Ta zresztą nie przebiega już ustalonym rytmem., lecz odbywa się „cecho” - bez bojowego wyzwania silnych władców chmar i groźnego ryku straszących rywali. Najpiękniejsze doznania myśliwskich wypraw należą właściwie do przeszłości. Po tych wyjaśnieniach szerokim ruchem wsadzał kapelusz pod pachę, co oznaczać miało zakończenie rozmowy. Dowiedziawszy się uprzednio, że rozmówca liczy 80 lat, odważyłam się jeszcze zapytać: – A kiedy miłość odchodzi? Przybrawszy bardzo ważną minę i unosząc wysoko brwi powiedział: – Do smantka! Jo doch jem w prawym wieku, z tako zacho le idz do stareszka. Tak więc tutejsi Kaszubi manifestują swoją potencję w opowiadaniach, które jeszcze dziś legitymują się zadziwiającą żywotnością. |
