| | Wrzesień 1939W cyklu: Historia (liczba artykułów 64)[NG: 07] Autor: Tadeusz Martychewicz - (liczba artykułów: 4)Na granicy – strażnicy nie byli wprowadzani w sprawy wielkiej polityki. Oficjalnie mówiono im, że mają być apolityczni. Jednocześnie obowiązywało zarządzenie nakazujące wyjątkową ostrożność w sprawach niemieckich. Żadnych prowokacji, spokojnie, alby nie urazić... Wcześniej, w latach dwudziestych i na początku trzydziestych, nasi strażnicy żyli na dobrej stopie z niemieckimi odpowiednikami po drugiej stronie granicy. Bywało i tak, że służbę pełnili koledzy z frontowych okopów pierwszej wojny. Niewykluczone, iż ze strony niemieckiej był w tym ukryty zamysł. Od roku 1933 jednak wiele się popsuło w tych stosunkach. Wiedziano, że niemal każdy z niemieckich strażników dostał „opiekuna” SS-mana... Zaczęła się aktywizować mniejszość niemiecka. W rejonie działania placówki Nakla dwaj Niemcy, obywatele polscy - Gerhard Genser i Alfons Schulz - byli podejrzani o szpiegostwo. Zostali zatrzymani, następnie zwolnieni, po czym szybko uciekli do Niemiec. Na trzy lata więzienia skazany został Anton Herbich, ale wkrótce - we wrześniu - z więzienia uwolnili go Niemcy. We wrześniu też wrócił Schulz i na nieszczęście Polaków był w placówce SS w Bytowie. Herbich z wybuchem wojny, wyprowadził się z własnego gospodarstwa. Genser - zabrał gospodarstwo Piotrowi Jakubkowi, którego wywłaszczono i wysłano na roboty do Niemiec. Tak było po kilku miesiącach. Ale na początku roku 1939 w życiu służbowym Stefana Sierzputowakiego nadszedł ważny moment: – Miałem być przewodnikiem psa. Pojechałem na przeszkolenie do Rawy Ruskiej, gdzie mieściła się szkoła Straży Granicznej. Przebywałem tam cztery tygodnie, po czym otrzymałem wezwanie do powrotu. Na naszej granicy podejmowano przygotowania. Ale nawet oficerowie wysokiego szczebla nie zawsze byli informowani o tym, jakie miejsce zajmuje Pomorze w pospiesznie opracowanym polskim planie wojny z Niemcami. Nie przewidywano w nim długotrwałej obrony „korytarza”. Trudno było zresztą nawet marzyć o skutecznej obronie, wiedząc z góry, że Polska jest znacznie słabsza od Niemiec i po to tylko, by przetrwać do zapowiedzianej przez Anglię i Francję pomocy – trzeba było skoncentrować się na liniach gwarantujących jakąś skuteczność obrony. Wcześniej jednak podjęto przygotowania do ewakuacji rodzin strażników. 25 sierpnia wyjechały one w Lubelskie. Sami strażnicy byli już w okopach. Wspomagała ich kampania rezerwistów. Dowódcą był aspirant Jan Kostur, podporucznik wojsk podhalańskich. Morale wojska było wysokie, gorzej z uzbrojeniem. Na jednego żołnierza przypadało zaledwie po 50 naboi do polskiego karabinu i 6 granatów. W wyposażeniu ponadto – łopata saperska, maska gazowa, koc, chlebak. Coraz częstsze stawały się nocne zebrania Niemców. Do działań gotowała się V kolumna. W napięciu mijały kolejne dni. St. Sierzputowski był dowódcą drużyny ciężkich karabinów maszynowych, przerzuconej do Żelewca. Myślami najczęściej powracał do rodziny — żony, dwóch synów i córeczki. Jak sobie radzą na Lubelszczyźnie? Wiadomości na razie nie było. – Nad ranem 1 września – straszna strzelanina, chyba z kierunku Gdyni. Z okolic Lipusza przybiegł gospodarz i mówił, że Niemcy przyjechali samochodami i z oddziałami pancernymi. Z Jabłuszka przybiegł drugi gospodarz – Borzyszkowski, też z wiadomością, że Niemcy przekroczyli granicę. Trasa ich przemarszu wiodła prawdopodobnie przez lasy Somińskie, przez Jabłuszko do Żelewca. Było nas siedmiu chłopa. Czekaliśmy. Podszedł pluton Niemców. Podpuściliśmy ich, potem daliśmy ognia. Rozproszyli się i wycofali. Siedzieliśmy w okopach do drugiej po południu. Potem nas wycofali do Lipusza, a tam załadowali do pociągu. Wcieleni do Batalionu Obrony Narodowej z Kościerzyny – trafiliśmy z kolei do Borów Tucholskich, gdzie miał być punkt oporu. Trzeciego września przejechały po nas niemieckie czołgi. Poszły na Tucholę, Świecie. My zostaliśmy w kotle. Walczyliśmy do 6 września. Nie udało się wyrwać z okrążenia. Kapitulowaliśmy, razem z wieloma żołnierzami z armii „Pomorze”. Na szczęście, byłem w mundurze wojskowym. Wielu innych mundurów, wbrew temu, co się sądziło według „pierwszej” wojny - Niemcy nie szanowali. Po zajęciu Lipusza zrobili masakrę. Ginęli kolejarze, policjanci a także nauczyciele, najlepsi gospodarze. Niemcy zamordowali nauczyciela ze Skwieraw - Gruchałę. Propagandowo „‚wygrali” jaszcze sprawę, opisując w gazetach te zbrodnie, jako dzieło Polaków, mszczących się na Niemcach. Dostaliśmy się do niewoli w miejscowości Gawroniec, razem z drugim strażnikiem i dwudziestką innych kolegów: różnych formacji. Ustawiono nas pod murem, przed nami karabiny maszynowe. Myśleliśmy, że będzie już koniec. Potem wjechał jakiś major na koniu. Po kłótni zabrał nas do stajni. Na drugi dzień było nas kilkuset jeńców, stłoczonych w stajni, oborach, na podwórzu. W nocy strzeliły karabiny maszynowe. Myśleliśmy, że to nasi. Okazało się, że nocą Niemiec „przejechał” serią po naszych żołnierzach, śpiących na podwórzu. Nie pozwolono nam pomóc rannym. Dopiero o czwartej po południu przybyła pomoc sanitarna. Lżej ranni doczekali się pomocy, inni - zmarli. Pogrzebani zostali na miejscu. Zaczęła się nasza jeniecka dola. Najpierw - stalag Grossborn, potem - po dwóch tygodniach - Westphalenhof, a wreszcie - obóz docelowy Hammerstein. A co działo się z ewakuowanymi rodzinami strażników? Pani Klara wspomina: – Długo jechaliśmy pociągiem. W Warszawie staliśmy bardzo długo, bo zaskoczyła nas mobilizacja. Potem - jazda aż do Lublina. Tam byliśmy dwa tygodnie i tam zaskoczyła nas wojna. Rozwieźli nas po wioskach. Z małymi dziećmi przebywałam, aż do listopada we wsi Wygnańce, nad Bugiem. Miałam wybór - albo pójść na wschód, albo wrócić na Pomorze. Wróciłam w listopadzie z dziećmi do matki i braci. /cdn/ |
