NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Kraina równie piękna co uboga

[NG: 02]   Autor: Krzysztof Ront - (liczba artykułów: 2)
Zapceń - 1995, siedlisko Zb. Talewskiego (po Werach), wzdłuż stodoły „sporna granica”
 

 

 

Zapceń - 1995, siedlisko Zb. Talewskiego (po Werach), wzdłuż stodoły „sporna granica”

 

 

 


Jezioro Borzyszkowskie. Domki letniskowe nad jeziorem Gwiazde. (fot. Jan Maziejuk)

Jezioro Borzyszkowskie. Domki letniskowe nad jeziorem Gwiazde. (fot. Jan Maziejuk)


W północnej części powiatu chojnickiego, wśród jezior o kamienistych dnach, piaszczystych wydm i sosnowych „gradeł” leży kraina równie piękna co uboga. Bardzo rzadko odwiedzają ją turyści, a jeszcze rzadziej dziennikarze z pism stołecznych, nie mówiąc już o prowincjonalnych.

Bo i cóż ciekawego zobaczyłoby się w tych kilku kościelnych wioskach jak Zapceń, Borzyszkowy, Lipnica, Brzeźno, czy pomniejszych sadybach, zrośniętych z morenowym krajobrazem?

A jednak pod pozorami banalności odkrywa się rzeczy przyjemne, sprawy tak frapujące, że nie potrzeba ubierać ich w szatę poetyckości.

Przyznaje, że garść wrażeń, zebranych z przelotnego pobytu w Gochach, to trochę za mało, ażeby urobić sobie właściwy sąd o mieszkańcach tej ziemi, za dużo, aby nie wyzbyć się dotychczasowej niefrasobliwości i obojętności do nich.

Jeżeli jedzie się na północ od nadleśnictwa łaska piaszczystą leśną drogą napotyka się na mnóstwo przesieków, zwanych tutaj "wilbonami". U wylotu jednego z nich majaczy się cebula kościelnej wieży, osadzonej na czerwonym podnóżu. Jeszcze trzy kilometry jazdy po korzenistej ścieżce i jest się między opłotkami Zapcenia. Kościół, który tak natrętnie przyciąga oko przybysza, rozczarowuje jakąś ewangelicką surowością architektury. Jedyną jego osobliwością jest rzeźba (ołtarz główny) nieżyjącego męża znanej hafciarki z Wiela.

O wiele ciekawsza jest rozmowa z mieszkańcami wioski. Ubawiło mnie to, że prawie wszyscy, z którymi rozmawiałem, mówili w taki sposób o swojej wsi, jakby smakowali dobre wino.

Nazwa Zapceń prawdopodobnie została wzięta od jeziora Pień lub Pceń, dziś już wyschłego. Stąd ten zielony półksiężyc wokół zagród wiejskich.

Istnienie wioski datuje się od 1711 roku, kiedy to Anna Radziwiłówna, starościna człuchowska wydała dla niej przywilej. Osada stała się prawie wyłącznie szlachecką dopiero po wyprawie wiedeńskiej. Nawet teraz starsi ludzie opowiadają o dobrym królu Sobku, pod którym walczyli pradziadowie. Jałowa ziemia jednak tak samo jak dawniej dla chudopachołków, tak później dla herbowych rodziła źle i namiastkowo. Toteż zapcenianie spoglądali zawistnym okiem na gospodarzy z Kiedrowic, których rozległe włości graniczyły z ich ziemią. Często tez dochodziło między nimi do sporów. Jeden z nich zakończył się szczególnie krwawo: dziewięciu zabitych kiedrowiczan i jeden z Zapcenia. Sąd w Kosobudach, o który oparła się sprawa nie miał łatwego zadania. Ziemię jednak pozostawił w rękach gospodarzy kiedrowickich.

Byłoby śmiesznością mniemać, że dzisiejsi potomkowie tamtych gwałtowników, kompletnie są wyprani z zadziorności i uporu. Swego czasu wieś o innym nie mówiła jak o kłótni Szypryta z Glonowskim, których łączy bliskie pokrewieństwo. Nienawiść tak zaślepiła Szypryta, że zabronił siostrze brać ślub w kościele, w którym na organach gra Glonowski*. Natomiast sprawy w sądzie o kaczki czy gęsi u nikogo nie wywołują dzisiaj zdziwienia.

Jednakże teraźniejszej procesomani Gochów daleko do tej krwistości, jaką odznaczały się dawne utarczki. W niektórych spornych wypadkach radzono sobie w przeszłości doskonale bez pomocy sądu. Jeżeli przedmiotem nieporozumienia była miedza, to zwykle uciekano się do starego, niezawodnego systemu rozstrzygania. Polegał on na tym, że na miedzy stawały dwie kobiety. Każda z nich usiłowała podkasać kieckę swej przeciwniczce. Której udawało się to rychlej, tej maż wygrywał spór o miedzę.

Młode pokolenie tych wszystkich historii już nie pamięta. Ma życie bez porównania łatwiejsze niż ojcowie w okresie swojej młodości. Znakomita większość trudni się rolnictwem. W lesie pracują ci, co nie mają ziemi. Reszta przerzuciła się na rzemiosło. Największą dumą Zapcenia są murowane domki stawiane z cegły produkowanej sposobem gospodarczym z piasku i cementu. Takie same schludne "murowańce" widzi się w Lipnicy, co upodabnia ją trochę do miasteczka. Zresztą niejedno prawdziwe miasteczko nie posiada tak dobrze prowadzonego ośrodka zdrowia. Jego kierownik z satysfakcją stwierdza, że w izbie porodowej, prawie zawsze zapełnionej, nie miał miejsca ani jeden wypadek śmiertelny w okresie powojennym.

Poważne zmartwienie gnębi gburów Lipnicy i okolicy. Do tej pory nie zezwolono na założenie we wsi targowiska, na którym chłopi mogliby dokonywać sprzedaży lub kupna zwierząt gospodarskich. Projekt ten ma największego wroga w osobie powiatowego weterynarza.

O sześć kilometrów od Lipnicy oddalona jest bodajże najuboższa wioska na Gochach - Pradzona. Jej mieszkańcy chronicznie narzekają na brak zarobków, nie wszyscy bowiem mogą pracować w lesie. Gospodarze mają kłopot ze sprzedażą mleka. Można by temu zaradzić przez zorganizowanie na miejscu zlewni mleczarskiej.

Wrażenie opuszczenia i zaniedbania wsi jakie rodzi się na widok starych, zmurszałych, drewnianych chałup o miniaturowych okienkach, potęguje się jeszcze bardziej, gdy trzeba sobie uprzytomnić, że nie ma tu elementarnych wygód, jak telefon i światło elektryczne.

We wsi byłoby jeszcze gorzej i ciemniej, gdyby nie dobroczynny wpływ na środowisko miejscowego kierownika szkoły i jego żony, państwa Bajgot. Jeśli np. którejś z kobiet zachoruje dziecko to najpierw proszą panią Bajgot by postawiła diagnozę. Przedtem stosowali różne zabiegi znachorskie. Jeszcze dziś wypędzają pewne dolegliwości przy pomocy woreczka z wełną, twierdząc, że jak ona w nim przerośnie to i wyleczy.

* Autor był publicystą wydawanego pod kierownictwem Tadeusza Bolduana dwutygodnika kaszubskiego KASZEBE. Powyższy artykuł opublikował on po swej wizycie na Gochach w numerze pierwszym 1 [– 32 -] tego czasopisma w 1959 roku.

W artykule tym wspomina się o procesomanii zapceniaków. Jest to prawda, której sam doświadczyłem kiedy to na początku lat dziewięćdziesiątych mieszkałem w tej wsi w kupionym od państwa Werów siedlisku gospodarczym.

Prowadziłem tam wówczas firmę drzewną i byłem przez to znany tam pod lokalna ksywą Szef albo Pagaj (tak nazywał się mój nieodżałowany pies rasy sznaucer nie mniej znany na Gochach ode mnie). Właśnie granice tego siedliska były przedmiotem procesu jaki mnie przed sądem w Bytowie wytoczył Stanisław Kiedrowski, popularnie nazywany "Dziecko".

Również autor pisze o sporze Glonowskiego i Szypryta przekręcając przy tym nazwisko robiąc z Klonowskiego – Glonowskiego, a także pomylił się twierdząc, że to Klonowski był organistą, a było odwrotnie, ale o tym mówi niżej publikowany list, jaki po tym artykule przesłał do redakcji ww. Szypryt. /tz/

Ja jestem Organistą
W artykule pt. "Kraina równie piękna co uboga", zamieszczonym w nr. 1 (KASZEBE - dop. red.) jest streszczenie kłótni Szypryta z Klonowskim. Powiedziano tam, że nienawiść tak zaślepiła Szypryta (mnie), że zabronił siostrze brać ślub w kościele, w którym na organach gra Klonowski. To nie jest prawdą. Klonowski na organach nie gra. Organistą jestem ja, Szypryt, już od 1935 roku gram na organach. Zaznaczam, że nikomu nie zabraniałem brać ślubu w kościele, ani podobnych ceremonii nie miałem.
Sprawa ma się odwrotnie. Klonowski chodził do księdza proboszcza i chciał, abym ja nie grał na organach w czasie ślubu jego córki, ale proboszcz się nie zgodził.

Józef Szypryt, Zapceń, Powiat Chojnice


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: