NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Wiesław Wiśniewski [Słupsk]

U księżnej pani w Smołdzinie

[NG: 40]   Autor: Wiesław Wiśniewski - Słupsk (liczba artykułów: 8)

Słowińcy – Spotkania z przeszłością (6)

Próba odpowiedzi na pytanie, jak przebiegał proces germanizacji Słowińców - gdzie się zaczął, jak rozwijał zaprowadziła nas do Smołdzina. Dzisiejsza murowana, zelektryfikowana i starannie wyasfaltowana wieś w niczym się nie kojarzy się z życiem Słowińców. Tym życiem, którego obraz znaleźć można jeszcze tylko w skansenie w Klukach. Bardzo skromnie także Smołdzino manifestuje świadomość własnej, niezwykle bogatej i - dodajmy – wyjątkowo jak na te tereny udokumentowanej historii słowińskiej; widać to tylko w nazwie Słowińskiego Parku Narodowego, którego dyrekcja ma tutaj swoją siedzibę oraz w nazwie głównej ulicy, której za patrona przydano sławnego pastora tutejszej parafii ewangelickiej z połowy XVII wieku, autora pierwszych książek do nauki religii w języku słowińskim Michała Mostnika, zwanego także Pontonusem.
Rowokół - święta góra dawnych Pomorzan, miejsce kultu i pogańskich obrzędów, a później - już w czasach chrześcijańskich - pokutnych pąci za odkupienie grzechów, dziś nie wiedzieć, czemu wstydliwie ukrywa swoją przeszłość przed turystami. Brzydka stalowa wieża strażnicza stoi w miejscu, gdzie kiedyś znajdowały się ołtarze ofiarne, na których składano obiaty pomorskim bóstwom, a potem stał tajemniczy kościółek, z którego dzwony - jak głosi legenda - do dziś spoczywają na dnie Łupawy. Przez tę wieżę, na której młody strażnik ostentacyjnie sprawdza bilety wstępu i grozi milicją za posiadanie aparatu fotograficznego, odziera się to miejsce z wszelkiego romantyzmu. Ktoś postarał się o to, aby to, co mogło być ze względu na swoją autentycznie bogatą i fascynującą przeszłość miejscem głębokich przeżyć i wzruszeń, było dziś pretekstem do nieporozumień i demonstrowania długiej listy administracyjnych zakazów. To pewnie taka nasza współczesna specyfika.
Ze szczytu Rowokołu zaś widać legendarną Ziemię Słowińców na przestrzeni kilkunastu kilometrów jak na dłoni, aż po zwieńczony łańcuchem żółtych, ruchomych wydm błękitny brzeg Bałtyku, Z jednej strony rysują się ginące w sinej mgiełce kontury położonych na drugim brzegu jeziora Gardno wsi Rowów i Dębnica, nieco bliżej zaś – domostwa Retowa, Wysokiej, Czystej, Gardny Wielkiej, z drugiej - bardziej osamotniony Smołdziński Las, Żelazne i - najdalej - Kluki, już na skraju rozległego jeziora Łebsko.
Czy to jest cała Ziemia Słowińców? To kolejne pytanie w naszych „Spotkaniach z przeszłością” i kolejna zagadka.
Jeżeli wierzyć niemieckiemu archeologowi Walterowi Wittowi, który inaczej niż doc. dr Józef Spors ze słupskiej WSP (porównaj dwa poprzednie odcinki „Spotkań”) ocenia pochodzenie Słowińców, formułując tezę o pełnej odrębności etnicznej całej tej krainy od zarania wieków, wtedy to, co widzimy ze szczytu Rowokołu, jest całą Ziemią Słowińców. Witt twierdzi mianowicie, że Ziemię Słowińców stanowi obszar leżący dookoła Rowokołu w promieniu około 14 kilometrów, obejmujący w przeszłości garść małych osad. W takim promieniu – jak utrzymuje ten badacz – stwierdzono występowanie archeologicznych dowodów na istnienie tu innej niż na całym Pomorzu kultury materialnej. Teren ten obejmuje, obok wspomnianych wsi, jeszcze kilka innych, położonych bardziej na po¬łudnie i zachód od Smołdzina - aż po Stowięcino. Inni badacze, m.in. Hilferding, Parczewski i Lorentz, rozciągają Ziemię Słowińców również znacznie w kierunku wschodnim - po Główczyce, Pobłocie, Cecenowo.
I tu znów natrafiamy na kolejny spór badaczy. Parczewski, który uważa Słowińców za podgrupę Kaszubów, odnajdując w XIX wieku w słownictwie mieszkańców Główczyc, Pobłocia i innych, bardziej od Smołdzina odległych na wschód miejscowości dużą liczbę wyrazów charakterystycznych dla języka słowińskiego, przyjmuje ten fakt jako dowód na prawdziwość swojej tezy. To jest ta sama grupa etniczna - utrzymuje. Jego krytykom natomiast ten sam fakt pozwala wysunąć tezę najzupełniej odwrotną: o rozciągniętej w czasie ekspansji Słowińców z zachodu na wschód.
Z braku możliwości rozstrzygnięcia tej kwestii pozostawiamy tego rodzaju sprawy innym, bardziej w piśmie uczonym. Spróbujmy skoncentrować się na faktach, które mają pełne źródłowe potwierdzenie.
A fakty te mówią, że tereny, które dziś widzimy z wierzchołka Rowokołu, jeszcze przed stu laty wyglądały zupełnie inaczej niż obecnie. Bowiem dzisiejszy ich wygląd jest w równym stopniu dziełem natury, co prowadzonej tu przez człowieka przez cały wiek XIX melioracji. A więc to, co dziś widzimy jako zielone pola i łąki, było kiedyś płytkimi, bagnistymi jeziorami, bądź rozległymi mokradłami porosłymi charakterystyczną roślinnością bagienną.
Z tego morza bagien i moczarów wyłaniały się tu i ówdzie poszczególne wyspy niewielkich, płaskich wzniesień. U podnóża najwyższego, czyli Rowokołu (115 m n.p.m.), rozsiadło się Smołdzino, dalej wznosiły się: Pagór Czysty, Pagór Będzichowski, Pagór Ziemiński i kilka innych. Są to te miejsca, na których Słowińcy zbudowali swoje pierwsze osady. Później, od chwili rozpoczęcia walki o osuszenie możliwie największej powierzchni bagien, przybywało wsi, pól uprawnych oraz łąk i pastwisk.
W pierwszym wyglądzie tej krainy - jak pisze Bożena Stelmachowska - „z całą wyrazistością rozpoznajemy jakby rezerwat osobliwy i refugium, w którym człowiek mógł czuć się stosunkowo izolowany od wpływów ówczesnego świata. Jeżeli Słowińcy byli grupą, która pod naporem osadnictwa niemieckiego przesuwała się z zachodu na wschód, a przecież tak być mogło, to zapewne szukali terenów o cechach refugialnych, tj. mało atrakcyjnych i trudno dostępnych. Jeżeli natomiast trwali na swoich dziedzinach od dawien dawna, to przetrwanie ich na Pomorzu Środkowym aż do progu XX stulecia stało się możliwe dzięki wspomnianym cechom tego regionu”.
Kiedy Bożena Stelmachowska z UAM w Poznaniu prowadziła tu swoje badania w końcu lat pięćdziesiątych, Słowiniec, stary Bonek z Gardny Wielkiej opowiadał jej, iż słyszał od swojego dziadka, że tam, gdzie dziś widać uprawne łąki, rosły nieprzebyte chaszcze i krzewy, stanowiące siedlisko nieprzeliczonych stad wilków, które były prawdziwą plagą tych okolic. Ich nocne wycie zniechęcało obcych, czyniło te strony odludnymi i niechętnie odwiedzanymi przez napływających z zachodu germańskich przybyszów, których rodzima, słowińska ludność nazywała Pomarenkami.
O tym, jak układało się współżycie Słowińców z miejscową przyrodą, stary Bonek już nie mówił. Dla niego i jego współbraci była to rzecz zwyczajna. Trwali tu nie tylko wbrew mokradłom i wilkom, ale także innemu groźnemu żywiołowi - ruchomym piaskom. Z innych historycznych przekazów wiemy, że swego czasu Łeba podzieliła los starożytnych Pompejów; została całkowicie zasypana piaskiem. Lecz kiedy znika pod zwałami piasku spore miasto, leżące u ujścia spławnej rzeki, fakt ten odnotowują światowe kroniki. Kto natomiast liczył, ile zaborcze, lotne piaski pochłonęły małych, słowińskich osad rozsiadłych na wąskim przesmyku między morzem a jeziorem Łebsko? I walka z tym nieznanym gdzie indziej żywiołem także była ceną za prawo do trwania na tym zapomnianym przez Boga i ludzi pustkowiu - Ziemi Słowińców.
Wracajmy jednak do Smołdzina. Pierwsza wzmianka historyczna o tej miejscowości pochodzi z roku 1281. W dokumencie sporządzonym na polecenie księcia pomorskiego Bogusława IV z okazji nadania klasztorowi Norbertanów w Białobokach licznych dóbr rozsianych po całym Pomorzu, wymieniona jest m.in. villa Smolseno w kasztelanii słupskiej. 19 lat później Smołdzino wraz z całą kasztelanią przechodzi na własność możnego rodu pomorskiego Świeców. Ci, jak wiemy z opisu wydarzeń historycznych, odstępują te ziemie Krzyżakom.
Reformacja, która obejmuje tę część Pomorza, zmienia dość istotnie stan władania wieloma dobrami ziemskimi należącymi do przedstawicieli Kościoła. Wiadomo, że w 1546 roku Smołdzino znalazło się we władaniu rodziny Świętoszów von Tessen. Od 1608 wraca w skład dóbr książęcych. Ostatni z książąt pomorskich, Bogusław XIV, podarował je najpierw swojej małżonce Erdmuncie, a następnie - w roku 1622 - swojej siostrze Annie, wdowie po księciu de Croy.
I to jest bardzo ważna data w dziejach tej miejscowości, stanowiącej dotąd - niezależnie od przynależności prawnej - niejako naturalną stolicę Ziemi Słowińców. Księżna Anna bowiem osiada w Smołdzinie na całe czterdzieści lat. Sprowadza tu swój dwór i liczne służby, co ma znaczący wpływ zarówno na rozwój tej wsi, jak i okolicznych osad. W trzy lata później książę Bogusław osobnym aktem - co jest wielce znaczące - nadaje Annie również Rowokół. Oznacza to, że Rowokół był miejscem szczególnym nie tylko w sensie tradycji, ale również stanowił oddzielną dziedzinę. Prawdopodobnie, ze względu na swoje kultowe znaczenie, pozostawał zawsze w bezpośredniej podległości władzy książęcej.
To właśnie księżna Anna zwraca uwagę na skromnego duchownego protestanckiego, Michała Mostnika. Sprowadzony do Smołdzina jeszcze przez księżnę Erdmuntę Mostnik ma opiekować się nowo wybudowanym kościołem ewangelickim. Ten kościół wzniesiono w miejsce istniejącego tu od XIII wieku kościoła katolickiego pod wezwaniem św. Stanisława. (Oprócz tego istniał ów tajemniczy kościółek pod wezwaniem św. Mikołaja na szczycie Rowokołu).
Nowy kościół ewangelicki, którego fundatorem jest landrat Lęborka Swiętosz von Tassen, jest na razie kościołem filialnym parafii w Gardnie Wielkiej. Ale wkrótce, jeszcze przed przybyciem do Smołdzina księżnej Anny, owa filia znacznie usamodzielniła się, głównie dzięki działalności Mostnika, któremu księżna Erdmunta w roku 1610 powierza funkcję osobistego kapelana. Księżnej Annie, która wyjechała do Smołdzina najprawdopodobniej w rok po otrzymaniu tych dóbr, czyli w roku 1623, i ten stosunkowo nowy kościół wydaje się za skromny. Każe go więc zburzyć, a na jego miejsce wznieść okazałą świątynię. Była ona gotowa w roku 1632 i od tej pory datuje się istnienie w Smołdzinie samodzielnej parafii ewangelickiej, której pełnoprawnym pastorem od tego momentu zostaje Michał Mostnik.
Kościół ten przetrwał wieki, wielokrotnie grabiony w trakcie licznych wojen, które przetaczały się przez Pomorze, a także w części burzony i odbudowywany. Stracił m.in. wieżę, której mosiężne okrycie pełniło swego czasu rolę stągwi na piwo w tamtejszym browarze. Najmniejszy ślad natomiast nie pozostał po książęcej rezydencji - pałacu, który przecież musiał istnieć w Smołdzinie w czasie tak długiego pobytu dwóch księżnych, zwłaszcza Anny. Nie zachował się też żaden opis jak mieszkała, jakie życie dworskie prowadziła dumna Gryfitka, której szczątki, obok prochów jej syna Ernesta, do dziś spoczywają w specjalnych sarkofagach w Słupsku.
Źródła pisane mówią o tym, że za czasów Mostnika i księżnej Anny mieszkańcy Smołdzina i okolic mówili wyłącznie po słowińsku. I to skłoniło pastora nowo utworzonej parafii ewangelickiej do przełożenia opracowanego przez Marcina Lutra katechizmu protestanckiego na język słowiński. (Por. poprzedni odcinek „Spotkań z przeszłością"). Wraz z dworem musieli się jednak pojawić - jak byśmy ich dzisiaj nazwali - liczni specjaliści pochodzenia niemieckiego. Wielu z nich osiedliło się tutaj na zawsze. Zapuścili korzenie. Te rodziny stały się niewątpliwie forpocztą późniejszej, za panowania pruskiego szczególnie intensywnej kolonizacji niemieckiej.
Faktem jest, że wraz z przybyciem księżnej obok starej osady leśnej zaczęło tu powstawać nowe osiedle, tzw. Gorne Smoldzeno, położone tuż obok Rowokołu, a po części na zboczu tej góry. Jego zabudowa zasadniczo różniła się od tradycyjnych osiedli słowińskich. Można powiedzieć, że w połowie XVII wieku do Ziemi Słowińców wkroczyła zachodnia Europa, spychając to, co miejscowe, w dół, za rzekę Łupawę. Ale to był dopiero początek tego procesu. O jego kolejnych etapach - w następnym spotkaniu.

 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: