NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Obowiązek prawdy cz. I

[NG: 40]   Autor: Krzysztof Krzywicki - (liczba artykułów: 2)
Lech Bądkowski

Lech Bądkowski


Rozmowa red. Krzysztofa Krzywickiego z Lechem Bądkowskim opublikowana w Faktach nr 9 w z 28 lutego 1982 r.

Suwerenność literatury i niezależność pisarza — to postulały powracające ostatnio w rozmowach o literaturze? Co dla Pana znaczą owe hasła i jak winny funkcjonować w społecznej świadomości?

Tak, stoję na gruncie suwerenności literatury i pisarskiej niezależności pisarza. Literatura jest (powinna być) suwerenna i nie podlegać naciskom ideologii (partia komunistyczna. Kościół) lub sterowaniu. Oczywiście ulega i będzie ulegać uwarunkowaniom psychicznym i materialnym swojego czasu, czy lepiej mówiąc będzie je w sposób bardziej lub mniej wyraźny odzwierciedlać. To ostatnie dobrze znają historycy badający źródła. Mogą one zawierać wiele błędów i być mało wiarygodne w odniesieniu do faktów, lecz zawsze oddają klimat i cześć rzeczywistości czasu, w którym powstawały.
Suwerenność literatury i pisarska niezależność pisarza, to kwestia zaufania do demokracji, do stanu świadomości społeczeństwa, w którym literatura powstaje. Pisarz jest także obywatelem, w moim głębokim przekonaniu powinien zawsze o swoim obowiązku obywatelskim pamiętać — oczywiście w szerokim i nie doraźnym rozumieniu tego obowiązku. W naszych konkretnych warunkach trzeba sobie zdawać sprawę z konieczności możliwie sensownego łączenia na przykład wpisanego w naszą psychikę umiłowania wolności z wymaganiami czasu, co naturalnie jest trudne, ale daje też pewną korzyść, jak stały wysiłek intelektualny i hartowanie nerwów.

Czy woźna przeciwstawiać „suwerenną literaturę" i „prawdziwe życie ". Inaczej mówiąc, czy pisarz może funkcjonować w dwóch sferach, na dwóch obszarach niejako osobno zachowując dwie teorie postępowania: jedną artystyczną, drugą etyczną, związaną raczej z postępowaniem i działaniem?

Nie widzę tu przeciwstawienia. Suwerenna literatura jest składnikiem prawdziwego życia. Natomiast owszem, Panie Krzysztofie, pisarz może występować na „dwóch obszarach niejako osobno", przy czym nacisk kładę na słowo „niejako". Niektóry pisarz nawet musi. Rozumiem przez to nie dwie różne teorie postępowania, tylko dwie praktyki, w naturalnym, technicznym sensie słowa ”praktyka". Tak się złożyło, że ja, autor przede wszystkim tematu współczesnego, w ostatnich latach zająłem się tematem historycznym (ani ucieczka, ani chytre szukanie kostiumu) i właśnie od kilku lat wróciłem do działalności społeczno-politycznej, a plus minus od dwóch lat wszedłem w działalność polityczną, tout court. Nie znajduję w sobie z tego powodu jakiejś dwoistości. (Ale rad bym podwoić ilość czasu).

Jeśli przyjmiemy, że istnieją przynajmniej dwie sfery istnienia pisarza, która (w Jakich momentach) jest decydująca moralnie, historycznie, która ważniejsza, wystawia autorowi świadectwo: kim był właściwie w oczach własnych, w opinii społecznej?

Mówię teraz o doświadczeniu własnym, zupełnie świeżym, więc tym samym o „oczach własnych" opinię społeczną odkładając, na kiedy indziej. Kiedy w czasie Wielkiego Strajku na Pomorzu w dniu 21 sierpnia '80 wraz z gronem literatów szedłem z gotową deklaracją do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej (pierwszy raz byłem tam 17 sierpnia), aby już tam pozostać jako członek jego Prezydium, byłem przede wszystkim obywatelem, który wszystko czym jest i wszystko co ma rzuca na jedną szalę w najgłęszym przekonaniu, że tak właśnie musi postąpić, bo tak mu nakazuje obowiązek obywatelski. To znów w niczym się nie kłóciło z obowiązkiem czy statusem literata, ale obowiązek obywatela był głównym, może raczej jedynym. Literat tylko wspierał obywatela i wyostrzał jego odpowiedzialność.
Dodam, że wtedy nie miałem żadnego własnego scenariusza wydarzeń, na nic nią liczyłem, dopuszczałem wszystkie możliwości rozwoju sytuacji. Widzi Pan, miałem 19 lat i stopień plutonowego podchorążego najmłodszego rocznika ze szkoły w Brodnicy nad Drwęcą, kiedy jako dowódca plutonu piechoty szedłem na wojnę i brałem udział w bitwie nad Bzurą, której obrazy do dziś nawiedzają mnie od czasu do czasu. Dalsze wrażenia tego porządku nastąpiły. Coś z tych rzeczy... Idziesz spełniać obowiązek. To nie znaczy, że o niczym nie myślisz, bo, niestety, myślisz i wyobrażasz sobie, ale musisz mieć kategoryczną busolę i w określonych sytuacjach nie wahać się. Krótko mówiąc w czasie Wielkiego Strajku czułem się żołnierzem-obywatelem, który musi sprostać obowiązkowi; reszta jest nieważna.

Wspomniane problemy w ostatnich latach stanowiły pewien próg dla polskich autorów. Mówiąc wprost trzeba było określić swój stosunek wobec fałszywej rzeczywistości. Obserwowaliśmy przynajmniej trzy postawy: koniunkturalną, sprzeciwu i ucieczki przed tym wyborem... Myślę, że wyraźne linie podziału przebiegały przez całe środowisko. Jak Pan to widzi? Powstaje problem ceny określonych postaw. Rachunki trzeba było i trzeba nadal (w mniejszym niż to było do przewidzenia, stopniu) regulować nieomal natychmiast. Rachunki własne i we własnej twórczości. Bywało, że pozostawało albo milczenie, albo sukces pozorny, czyli premia za różne formy dworskości, które przyjmowało wielu autorów.

Owszem, przez środowisko przebiegały linie podziału, ale niekoniecznie wyraźne. Występowały też obszary graniczące. Ludzie są bardzo różni, wielu z nich ulega ciśnieniu okoliczności zmiennych i swoim rozterkom, trzeba to rozumieć. Cena? Powiem szczerze, nigdy się nad tym nie zastanawiałem, w każdym razie w odniesieniu do siebie. Zastanawiałem się natomiast nad niektórymi kolegami, którzy zapłacili rzeczywiście wysoką cenę (może i ogromną.) za oportunizm. Pokryli ją kosztem talentu. Milczenie zaś nigdy nie jest, nie musi być całkowite. Trzeba tylko rezygnować z premii, jak Pan to określił, otrzymywanej za służbą u dworu.

Należy Pan do tych pisarzy, którzy podjęli decyzję, czyli uznali, że samo pisanie nie wystarczy. Czy myślał Pan o ryzyku? O ile wiem, nie była to pierwsza tego typu decyzja. Czy jest to, więc kwestia temperamentu, czy też wynika z potrzeby zgodności pisarskich i społecznych celów, jakie — by tak powiedzieć — streszcza w sobie pisarz?

Właściwie już odpowiedziałem. Wykonując kategoryczny obowiązek o ryzyku myśleć nie należy, w każdym razie myśl taką należy oddalać. W odpowiedzi na drugą część pytania: przede wszystkim potrzeba zgodności pisarskich i społecznych celów, a następnie, na drugim planie kwestia temperamentu. Usposobienie określa rodzaj, zakres, siłę działań oraz wytrwałość w działaniach, ale nie stanowi, jak sądzę, czynnika decydującego o ich podjęciu. Tu właśnie decyduje wymieniona przez Pana -potrzeba zgodności.

Czy wynikało to z konieczności przezwyciężenia bezsilności, czy też imperatywu działania i dlatego poszedł Pan do Stoczni? Owo wejście było wręcz symboliczną decyzją wielu ludzi polskiej kultury zwłaszcza w czasie, gdy nikt nie miał pewności dalszego biegu wydarzeń. Przypuszczam, że znane rozstrzygnięcie przyniosła między innymi sytuacja, w której tak wielu ludzi z tak wielu środowisk podjęło jednoznaczne decyzje. Dopiero potem dołączyli Inni, znacznie ostrożniejsi. I głośni dopiero wtedy, gdy już było bezpiecznie, gdy sprawy się wyjaśniły.

Oczywiście, samo pisanie nie wystarczy, w każdym razie mnie nie wystarczy. Ale nie utrzymuję, że analogiczną decyzje, powinni podjąć wszyscy, to znaczy decyzję czynnej i jawnej walki ze złem toczącym Polskę. Uważam natomiast, że wszyscy powinni byli się opowiedzieć na rzecz zerwania z gigantycznym kłamstwem, chociażby ostrożnie, wtedy, gdy to było tak potrzebne. Później opowiedzieli się wszyscy.
Tak, dobrze Pan to powiedział: konieczność przezwyciężenia bezsilności, tak właśnie... Chętnie i bez wymówek witam tych ostrożniejszych, jeśli to nie szakale, które natychmiast odskoczą przy pierwszym poryku wracającego lwa.

Co ten fakt wyboru znaczy w Pana życiu nie tylko pisarskim? Także z perspektywy dnia dzisiejszego, gdy jest już pewien dystans wobec Sierpnia, poczucie sukcesu, a równocześnie niepokoju, że to wszystko zostanie zmarnowane. Zarówno przez niecierpliwość, jak i konserwatyzm.

Mój sierpniowy wybór — określony przecież całym dojrzałym życiem poczynając od Bzury — znaczy dla mnie wykonanie obowiązku. Niechaj nie będzie cienia podejrzenia, że licytuję kogokolwiek fałszywą powściągliwością. I, Bóg mi świadkiem, a ludzie chyba też, że żadnego kuponu nie obciąłem, właśnie z podium cofnąłem się w szeregi, aby pracować nie spektakularnie, nie w świetle reflektorów.
Tak: poczucie sukcesu, ulga, zadowolenie. I tak: poczucie niepokoju. Pierwsze, to już przeszłość. Drugie, to nasz dzień dzisiejszy i jutrzejszy. Ma Pan rację, obawiam się. zmarnowania, Tak: poczucie sukcesu, ulga, zadowolenie. I tak: poczucie niepokoju. Pierwsze, to już przeszłość. Drugie, to nasz dzień dzisiejszy i jutrzejszy. Ma Pan rację, obawiam się zmarnowania, ale nie wszystkiego. Całkowita utrata wydaje mi się niemożliwa. Z przyczyn, w które tu nie będę wnikał, wstrząs polskiego długiego gorącego lata, które trwa, był dramatycznie niezbędny. Gdyby nawet nastąpiła reakcja, zdrowe skutki wstrząsu będą świadomościowe i społecznie czynne, powiedzmy, na pokolenie, plus minus trzydzieści lat. Mam nadzieję. To sporo czasu.
Ale obawiam się utraty wielu wartości, które były i jeszcze są w zasięgu naszej mocy, mądrej mocy. W publicystyce, do której wróciłem, staram się dać temu wyraz, oczywiście daleko nie tak jasny, jak bym tego pragnął. Ten dotkliwy niedostatek wynika nie tyle z ograniczeń cenzorskich, które wyraźnie zmalały, ile z samoograniczeń, żeby nie wylać dziecka z kąpielą. Mam szereg ważnych uwag krytycznych pod adresem przywództwa „Solidarności", ale żebym mógł je wypowiedzieć bez skrępowań, dwa warunki musiałyby być spełnione: 1. prawo tak samo dobitnej mojej wypowiedzi krytycznej pod adresem władzy, 2. prawo przywódców „Solidarności" do publicznej obrony, raczej w ogóle do zabierania głosu powszechnie słyszalnego w społeczeństwie.
Z kilku bliskimi współpracownikami redagujemy „Samorządność", gazetkę w gazecie, po prostu mamy w naszej autonomicznej gestii na łamach „Dziennika Bałtyckiego" 1/3 strony trzy razy w tygodniu. Zabiegamy o coś znacznie więcej. Wokół naszego małego zespołu uformował się znacznie szerszy krąg, który nazwał się Kołem Inicjatywy Społecznej. Staramy się oddziaływać na władzę, i na społeczeństwo w duchu krytyczno-pozytywnym, czy konstruktywnym. Kropla w morzu, rzecz pewna. Ale niech takich kropli będzie więcej, niech drążą. (cdn)


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: